Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maski. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 lipca 2023

Obudź się

[muzyka]

Budzisz mnie

budzisz we mnie 

to co złe i dobre

co trudne i piękne.


Wyrywasz

z mroku źrenic

z łap demonów

z głębokiej czerni


Zdzierasz ze mnie ból

zdzierasz to, co trudne

jesteś obok nawet wtedy

gdy ja chcę uciec... w niebyt.


A ja nie potrafię...


Widzę Twoje troski, bóle, 

niemy krzyk, skryty za

maską potwora

którym nie jesteś

choć tak o sobie myślisz.


Potrafisz zbudować i zniszczyć

jednym tylko gestem

jednym spojrzeniem


Jesteś pobliźniony

przeżuty, poszarpany, zagubiony

ale jesteś piękny.


Chciałabym raz w życiu łatwiej.

Prościej. Jaśniej. Zacniej.


Ale nie potrafię...


A jeśli coś się kiedyś zmieni

to już wtedy, gdy znikniemy

My - ludzie, którzy na lepszy świat

naprawdę zasługujemy. 


Pozwól mi być. 

Wziąć za rękę

i iść obok

choć dla obu jest to takie ciężkie.


Uwierz, że możesz.

Że świat już wystarczająco Cię karze.

Nie każ się samemu.

Nie pogrążaj się w cierpieniu. 

poniedziałek, 6 lutego 2023

zamknij oczy

 zamknij oczy

niech ciemność otuli

Twoją smutną duszę


zamknij oczy

w więzieniu z powiek

oddech łatwiej się toczy


zamknij je

zamknij szczelnie


zamknij oczy

niech uśmiech

złemu losowi łzę utoczy

niedziela, 22 listopada 2020

Odsłona XXVIII

 [muzyka]

Wyrywam się z domu na spacer. W głowie pobrzmiewają oskarżenia, pretensje. Czym jesteś zmęczona? Przecież siedzisz w domu! A ja muszę do pracy... Tak, mamo, bo tylko Ty pracujesz. A że ja siedzę non stop przed komputerem i pracę kończę o 21.15, gdzie lekcje skończyłam już dawno, że trzeba się zająć milionem nie moich problemów, że non stop ktoś potrzebuje skrawka rozmowy, wyświetlanej na monitorze świecącym zbitkiem literek... Czymże mogę być zmęczona?

Idę opustoszałymi ulicami miasta żółto-niebieskich i biało-niebieskich elfów, stających do siebie plecami, jakby w opozycji. Gdzieś na wysokim balkonie powiewa czarna jak noc flaga z białym napisem i czerwoną potterowską błyskawicą. Od czasu do czasu przejedzie obok jakiś samochód, albo minie się zagubionego przechodnia, czasem wyraźnie nie radzącego sobie z lekkimi smagnięciami coraz chłodniejszego wiatru.

Idzie zima. Gdzieś obok przebiega kot, a zabłąkany pies z niezidentyfikowanym obiektem w zębach zakręca się pod nogami, zdziwiony, że ktoś się do niego odezwał. Błyskają światła latarni i czerwono-zielono-pomarańczowe błyski sygnalizacji świetlnej mrugają do mieszkańców. Z ust pewnie chciałaby wydostać się mleczna para, ale hamowana jest przez wszechobecne maski. W mieszkaniach budynków świecą się światła, a ktoś nawet ozdobił już swoje okna kolorowymi lampkami, sygnalizując nieubłagany upływ czasu. 

Idą święta. Ale nie chcę o nich myśleć, bo w głowie mam tylko ten cały fałsz, który wylewa się w piosence nieszczerych życzeń i maskach uśmiechu. Tęsknię za moimi maskami.

Jakiś zabłąkany liść spada mi na okrytą czapką głowę. W kieszeni karminowej kurtki natarczywie dźwięczy telefon, ale nie chcę na niego reagować. Potrzebuję odpocząć od całego świata i siebie samej, bo powolutku znów nie mogę sama ze sobą wytrzymać. Pretensje nie pomagają. 

Moje nogi kierują się w stronę pobliskiego parku. Z tęsknotą patrzę na budynek miejskiej biblioteki, w której chciałabym się zamknąć na tydzień i poprzeglądać co tam nowego, co mogłoby mi się przydać, a co dla przyjemności mogłabym poczytać. Nie mam czasu na czytanie wśród milionów wiadomości, tysięcy pytań, setek pretensji i kilku ciepłych słów, które od czasu do czasu zabłądzą do mojej świadomości. Drżę, bynajmniej z zimna. Zagłębiam się w siatkę betonowych ścieżek i spojrzenie ciemności, która zewsząd czai się na zbłąkanego przechodnia. Czarna tafla stawu faluje przyjemnie jak gdyby zapraszając zastraszone dusze. Nie ulegam, nie jest aż tak źle, choć momentami pojawia się jedna czy druga myśl o tym, kto cierpiałby po tym, jakbym odeszła. Od razu przed oczami staje mi kilka znajomych twarzy, więc potrząsam głową, a rude loki pchają mi się do oczu, odganiając na trochę trudne myśli.

Ktoś na mnie czeka, więc przyspieszam kroku. Mijam pojedynczą parę z kundelkiem o piaskowym zabarwieniu i opuszczam park. Daję znać czekającym i kieruję się na kwadrat. To mało bezpieczne, bo w okolicy kręci się patrol, jeden czy drugi, czyhając tylko na moment, kiedy bawełniana maska z uśmiechniętymi nietoperzami zsunie się z ludzkiej twarzy. Niby samoistnie, a niby specjalnie, by do płuc dotarło nieco więcej świeżego powietrza. 

Podchodzę pod znajomy blok. Wysyłam wiadomość i sięgam po coś, co dotąd nigdy nie było mi niezbędne do uspokojenia drżących, bynajmniej z zimna, porysowanych zmęczeniem dłoni. Wiem, że pod oczami pojawiły mi się już pierwsze oznaki wieku, a nos zmarszczył się odrobinę, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Powiedziałabym lustrzanemu odbiciu, że dodaje mi to uroku. W paczce jest jeszcze kilka sztuk, więc bez wyrzutów sumienia odpalam i zaciągam się miętowym posmakiem nikotyny. Obok parkuje człowiek, auto już lekko naznaczone zębem czasu warczy jeszcze przez chwilę, zanim silnikowi odetnie się dopływ paliwa. Światła przez chwilę mnie oślepiają tak, że nie zauważam kiedy żar parzy mi palce, a obok pojawia się dwójka ważnych dla mnie ludzi. Żartujemy, a mimo to w moich oczach pojawiają się łzy. 

Czym Ty jesteś zmęczona, przecież siedzisz tylko w domu!

Zamykam oczy na chwilę i wymuszam uśmiech na twarzy. Idziemy ramię w ramię posiedzieć i pomarznąć, by coś robić wspólnie, a nie - jak zawsze - osamotnieni.

niedziela, 29 grudnia 2019

Odsłona XXVII

[muzyczka]
Pędem wpadam do mojej garderoby i zatrzaskuję za sobą drzwi. Zasuwka ze zgrzytem zapada się w sobie i już wiem, że w końcu złapię trochę spokoju. Szybko podchodzę do skrzynki, którą po tylu miesiącach w końcu odnalazłam, niemalże frunę w jej stronę, odczuwając w końcu upragniony spokój, poczucie bezpieczeństwa, którą daje mi jej zawartość. Bo kto powiedział, że do tego potrzebny jest drugi człowiek?

Patrzę z czułością na wyłaniające się stamtąd białe, czarne i szare maski, niesamowity twór, który jakiś czas temu - ile to ja miałam lat? Z 15? - jakiś czas temu stał się moją naturą. Gdy tylko jedna z nich dotyka mojej twarzy, ogarnia mnie ten błogi spokój, to poczucie, że nikt nie ma prawa zrobić mi krzywdy. Z prędkością światła przetwarzają strukturę mojej - kruchej i poplątanej - istoty, moja twarz lekko przenika się z ciepławym, nieludzkim materiałem, który wówczas ewoluuje... Właśnie. W co?
We mnie - ale taką mnie konkretną. Mogę być miła, odczuwając wstręt. Mogę uśmiechać się, gdy jest mi smutno, okazywać zrozumienie, choć sama nie mam pojęcia, o co chodzi. Do tego na tyle skutecznie, że ludzie o tym nie wiedzą, nie zauważają masek.

Maski to wynalazek, do którego każdy może i musi dojść sam - nie ma instrukcji obsługi, żadnych lekcji z budowy i technik użytkowania masek czy kursów i szkoleń. Nie ma nauczycieli ani tym bardziej uczniów. To dziewiczy teren. Ale gdy uda ci się je skutecznie oswoić, to staną się twoim atutem i bronią przed światem - tym okrutnym, męczącym i destabilizującym światem. Ale z czasem zgubisz własną twarz. Sam oceniaj, czy to dobrze, czy źle. Ja jej już nie pamiętam. A maski zmieniam z wprawą zawodowca.

Przyklękam przed starym kufrem z drewna. Zdobienia jeszcze lśnią od lekko przetartego już lakieru. Jakiś miesiąc temu, może 2(?) - starłam kurz z wieka. Zaczynam powoli przeglądać zawartość. Wąska stróżka światła pada przez zbitą szybę okna. Wraz z nią do pomieszczenia wpada chłodnawy podmuch zimy, ale lubię to uczucie gęsiej skórki, jakie wywołuje jego liźnięcie na mojej skórze. Swoją drogą, gdzie ten śnieg... Myśli często uciekają mi przy tej czynności do czegoś innego. Czasem są banalne, jak marzenia o białym, lekkim puchu, pokrywającym ziemię, a czasem biegną do jakiegoś problemu, który muszę przeanalizować i rozwiązać. Albo chociaż pomóc rozwiązać. Im starsza jestem, tym dochodzę do wniosku, że czasem to nie o rozwiązanie chodzi, ale o obecność i zrozumienie. I chociaż nóż sam się w kieszeni otwiera na to, co z dziećmi wyprawiają dorośli, to możesz tylko stać murem przy takim piętnastolatku i pokazywać, że nie jest sam.

Nawet nie zauważam, gdy lśniąca i wypucowana wredotka trafia z powrotem do swojej szkatułki. Następnie czas na obojętność i złość, a później w moich dłoniach - lekko zeschniętych i z popękaną skórą od detergentu - lądują też dobrotliwość, empatia czy współczucie. Wszystkie odkładam do odpowiednich pudełek. UGH. Sporo kurzu nazbierało się pod brzegami niektórych masek, których używałam tylko na początku, gdy tak dobrze nie rozumiałam ich przeznaczenia. Są tam najczęściej hybrydki. Obojętność z radością, nieobejmującą oczu, która to pozwalała mi ukrywać lepiej niż wszystkie długie rękawy jeszcze krwawiące rany, od przeciągniętej po skórze żyletki. Uśmiech ze smutkiem, mająca podobny efekt, ale chowająca raczej te psychiczne zarysowania. Ból z euforią. To najciekawsza hybrydka w mojej kolekcji. Prawie prawdziwa. Ból był kiedyś dla mnie substytutem przyjemności.

Akurat kończę wycierać niezbyt upaskudzone zaskoczenie, gdy do drzwi rozlega się cichutki stukot. Wiem, kto jest po drugiej stronie. Mój wodzony magnes na ludzi z problemami mocno się uaktywnił, gdy zaczęłam pracować w szkole, a jego wyczuwałam już, gdy postawił pierwszy krok w moim małym teatrze. Och, nie, nie widziałam go na widowni. Wiem, że go tam nie było. Raczej warto by szukać go za sceną, gotowego wejść na środek i prowadzić filozoficzne dyskusje, ukrywając tym samym swoją wrażliwą duszyczkę, noszoną w ukryciu na ramieniu. Zakładam zaskoczenie na twarz i czekam przez sekundę czy dwie, aż pukanie rozlegnie się jeszcze raz.

Gdy się nie rozlega przez tę chwilę, otwieram drzwi. Widzę, jak w ostatniej chwili chłopiec cofa nogę znad krawędzi schodów i ogląda się przez ramię. Na twarzy rozciąga mu się uśmiech. Chyba nawet szczerze mnie lubi, nie tylko szuka pomocy. Oczy jednak pozostają przygaszone, wiem, czego to oznaka. W ostatniej chwili zauważam, jak fragment maski wtapia się gdzieś w brodę chłopaka.

- Och, to Ty? - pytam w zgodzie ze swoją maską, która jednak troszeczkę się buntuje, bo moja istota potrzebowała by tu raczej uśmiechu i profesjonalizmu. - Wejdź - mówię zamiast tego, odsuwając się na krok i pozwalając, by gość zerknął do mojej małej garderoby na poddaszu i zdecydował, czy na pewno to miejsce dla niego. Coś w środku go przekonuje, bo powoli przekracza próg poddasza. Widzę, jak chłonie każdy element mojego małego królestwa. w międzyczasie zdążam zmienić maskę na zainteresowanie, a w rękawie czuję współczucie, którego sam zainteresowany pewnie nie chciałby u mnie zobaczyć. Ale jest naturalną reakcją i trudno byłoby mi się bez niego obyć. Wiem, co za chwilę usłyszę.

- Ojej. Więc nie wydawało mi się. Pani też gra w maski.

Czuję jak serce zatrzymuje mi się na ułamek sekundy i po chwili wznawia rytm. Nigdy nie skupiałam się na ukrywaniu masek, bo nie było mi to do niczego potrzebne. Teraz jestem naprawę zaskoczona, choć oczywiście zainteresowanie nie daje tego po mnie poznać.

- Jakoś specjalnie ich nie ukrywam, Myszko - mówię i zdobywam tym kolejny punkt w chyba nieskończonej skali zaufania. Proponuję coś do picia i siadamy - on na kanapie, ja na krześle przy biureczku z lustrem. Zerkam na sekundę na swoje własne spojrzenie i upewniam się, że nie widać tego, czego nie powinien zobaczyć. Nie chcę, by interesował się moją przeszłością, nie mam ochoty pokazywać mu, że bardzo się nim przejmuję. Chcę zachować pozory profesjonalizmu, by nie czuł się przytłoczony.

Gadamy o pierdołach. Tylko między zdaniami przemyca mi jakąś informację o sobie, która wniosłaby coś do sprawy. Widzę, że ma problem z wytrzymywaniem ciszy - musi cały czas mówić, co jest zapewne oznaką niepewności i strachu przed nią, przed tym, co brak dźwięków, może w nim wykazać. Oczywiście maska półuśmiechu nie schodzi mi z twarzy, chociaż nie umie objąć nią oczu. Wiem, że to wciąż początki zabawy w teatr w tym przypadku. I sama nie wiem, czy powinnam pozwolić mu się rozwinąć, czy raczej interweniować, by maski go nie pochłonęły.

Bo maski gubią Twoją twarz. Sam zdecyduj czy to dobrze, czy źle. A później daj im się żywić swoją nadwrażliwością na świat lub odrzuć nadwrażliwość i walcz o swoje w inny sposób.