Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 sierpnia 2023

Żegnaj, O.

[muzyka]

Wiesz, O.?

Nawet nie wiem, kiedy przestałam nazywać Cię po imieniu. Wybuchłeś w moim życiu z siłą bomby atomowej, ale jak gwałtownie to nastąpiło, tak gwałtownie także zniknąłeś, zostawiając po sobie cierpienie, blizny i zgliszcza.

Dziś 5 sierpnia. Pamiętasz, co mi obiecywałeś? Miałam wstać z samego rana, trochę ogarnąć chatę, wypić pierwszą kawę i wsiąść w auto, by pojechać po Ciebie. Miałam Cię tutaj zabrać. Na stałe. Do domu.

Mogłeś mieć wszystko. Spokój, pracę, gorący obiad na stole, wymarzonego psa i mojego wymarzonego kota. Dom. Tak bardzo pragnąłeś mieć dom. Opowiadałeś o tym, że nie pamiętasz, żebyś miał normalne święta, że nigdy nie miałeś tortu na urodziny, że wszystko w Twoim życiu do tej pory wywrócone było do góry nogami.

No tak. Tylko jak ktoś nie zna normalności, to skąd może wiedzieć, że jej potrzebuje? Szybko Ci się znudziła. Albo może ja Ci się szybko znudziłam. Nie jestem szczególnie rozrywkową osobą. I nie jest mi z tym źle.

Właściwie nie wiem, dlaczego to piszę. Chyba potrzebuję domknąć ten rozdział życia i otworzyć następny. Pewnie gdybym nie usunęła wszelkich śladów po Tobie z telefonu, to dostałbyś to wszystko w wiadomości. Ale nie mam już do Ciebie numeru telefonu. Ani facebooka. I pewnie nigdy tego nie przeczytasz. Ale to właśnie moje pożegnanie z Tobą.

Chciałabym tylko, żebyś żył. Żeby nie podkusiło do powrotu do heroiny. Bo jak ją weźmiesz, to umrzesz. A ja mimo wszystko nie życzę Ci źle.

Z jednej strony chciałabym Cię jeszcze kiedyś spotkać. Żebyś zobaczył, że się da. Żyć i walczyć o każdy kolejny dzień bez rozwalania się o każdy róg na korytarzu życia.

Ja nie byłam w stanie przekonać Cię, że można. Że każdy zasługuje na bycie kochanym. Przykro mi, że tego nie zrozumiałeś.

Z drugiej strony chyba lepiej będzie, jeśli już nigdy się nie spotkamy. Serce mi się do Ciebie wyrywa na każdym kroku, a to byłoby niebezpieczne dla mnie. Więc lepiej, jak zostanę sama, z Yshką może już niedługo, poprzestawiam parę mebli, żeby mieszkanie nie przypominało mi Ciebie. I jakoś będę trwać. Może za jakiś czas stąd wyjadę i zapomnę o wszystkim, co wydarzyło się przez te kilka tygodni. Mam nadzieję.

Trzymaj się, O. Chciałabym się kiedyś dowiedzieć, że odnalazłeś szczęście.

niedziela, 29 grudnia 2019

Odsłona XXVII

[muzyczka]
Pędem wpadam do mojej garderoby i zatrzaskuję za sobą drzwi. Zasuwka ze zgrzytem zapada się w sobie i już wiem, że w końcu złapię trochę spokoju. Szybko podchodzę do skrzynki, którą po tylu miesiącach w końcu odnalazłam, niemalże frunę w jej stronę, odczuwając w końcu upragniony spokój, poczucie bezpieczeństwa, którą daje mi jej zawartość. Bo kto powiedział, że do tego potrzebny jest drugi człowiek?

Patrzę z czułością na wyłaniające się stamtąd białe, czarne i szare maski, niesamowity twór, który jakiś czas temu - ile to ja miałam lat? Z 15? - jakiś czas temu stał się moją naturą. Gdy tylko jedna z nich dotyka mojej twarzy, ogarnia mnie ten błogi spokój, to poczucie, że nikt nie ma prawa zrobić mi krzywdy. Z prędkością światła przetwarzają strukturę mojej - kruchej i poplątanej - istoty, moja twarz lekko przenika się z ciepławym, nieludzkim materiałem, który wówczas ewoluuje... Właśnie. W co?
We mnie - ale taką mnie konkretną. Mogę być miła, odczuwając wstręt. Mogę uśmiechać się, gdy jest mi smutno, okazywać zrozumienie, choć sama nie mam pojęcia, o co chodzi. Do tego na tyle skutecznie, że ludzie o tym nie wiedzą, nie zauważają masek.

Maski to wynalazek, do którego każdy może i musi dojść sam - nie ma instrukcji obsługi, żadnych lekcji z budowy i technik użytkowania masek czy kursów i szkoleń. Nie ma nauczycieli ani tym bardziej uczniów. To dziewiczy teren. Ale gdy uda ci się je skutecznie oswoić, to staną się twoim atutem i bronią przed światem - tym okrutnym, męczącym i destabilizującym światem. Ale z czasem zgubisz własną twarz. Sam oceniaj, czy to dobrze, czy źle. Ja jej już nie pamiętam. A maski zmieniam z wprawą zawodowca.

Przyklękam przed starym kufrem z drewna. Zdobienia jeszcze lśnią od lekko przetartego już lakieru. Jakiś miesiąc temu, może 2(?) - starłam kurz z wieka. Zaczynam powoli przeglądać zawartość. Wąska stróżka światła pada przez zbitą szybę okna. Wraz z nią do pomieszczenia wpada chłodnawy podmuch zimy, ale lubię to uczucie gęsiej skórki, jakie wywołuje jego liźnięcie na mojej skórze. Swoją drogą, gdzie ten śnieg... Myśli często uciekają mi przy tej czynności do czegoś innego. Czasem są banalne, jak marzenia o białym, lekkim puchu, pokrywającym ziemię, a czasem biegną do jakiegoś problemu, który muszę przeanalizować i rozwiązać. Albo chociaż pomóc rozwiązać. Im starsza jestem, tym dochodzę do wniosku, że czasem to nie o rozwiązanie chodzi, ale o obecność i zrozumienie. I chociaż nóż sam się w kieszeni otwiera na to, co z dziećmi wyprawiają dorośli, to możesz tylko stać murem przy takim piętnastolatku i pokazywać, że nie jest sam.

Nawet nie zauważam, gdy lśniąca i wypucowana wredotka trafia z powrotem do swojej szkatułki. Następnie czas na obojętność i złość, a później w moich dłoniach - lekko zeschniętych i z popękaną skórą od detergentu - lądują też dobrotliwość, empatia czy współczucie. Wszystkie odkładam do odpowiednich pudełek. UGH. Sporo kurzu nazbierało się pod brzegami niektórych masek, których używałam tylko na początku, gdy tak dobrze nie rozumiałam ich przeznaczenia. Są tam najczęściej hybrydki. Obojętność z radością, nieobejmującą oczu, która to pozwalała mi ukrywać lepiej niż wszystkie długie rękawy jeszcze krwawiące rany, od przeciągniętej po skórze żyletki. Uśmiech ze smutkiem, mająca podobny efekt, ale chowająca raczej te psychiczne zarysowania. Ból z euforią. To najciekawsza hybrydka w mojej kolekcji. Prawie prawdziwa. Ból był kiedyś dla mnie substytutem przyjemności.

Akurat kończę wycierać niezbyt upaskudzone zaskoczenie, gdy do drzwi rozlega się cichutki stukot. Wiem, kto jest po drugiej stronie. Mój wodzony magnes na ludzi z problemami mocno się uaktywnił, gdy zaczęłam pracować w szkole, a jego wyczuwałam już, gdy postawił pierwszy krok w moim małym teatrze. Och, nie, nie widziałam go na widowni. Wiem, że go tam nie było. Raczej warto by szukać go za sceną, gotowego wejść na środek i prowadzić filozoficzne dyskusje, ukrywając tym samym swoją wrażliwą duszyczkę, noszoną w ukryciu na ramieniu. Zakładam zaskoczenie na twarz i czekam przez sekundę czy dwie, aż pukanie rozlegnie się jeszcze raz.

Gdy się nie rozlega przez tę chwilę, otwieram drzwi. Widzę, jak w ostatniej chwili chłopiec cofa nogę znad krawędzi schodów i ogląda się przez ramię. Na twarzy rozciąga mu się uśmiech. Chyba nawet szczerze mnie lubi, nie tylko szuka pomocy. Oczy jednak pozostają przygaszone, wiem, czego to oznaka. W ostatniej chwili zauważam, jak fragment maski wtapia się gdzieś w brodę chłopaka.

- Och, to Ty? - pytam w zgodzie ze swoją maską, która jednak troszeczkę się buntuje, bo moja istota potrzebowała by tu raczej uśmiechu i profesjonalizmu. - Wejdź - mówię zamiast tego, odsuwając się na krok i pozwalając, by gość zerknął do mojej małej garderoby na poddaszu i zdecydował, czy na pewno to miejsce dla niego. Coś w środku go przekonuje, bo powoli przekracza próg poddasza. Widzę, jak chłonie każdy element mojego małego królestwa. w międzyczasie zdążam zmienić maskę na zainteresowanie, a w rękawie czuję współczucie, którego sam zainteresowany pewnie nie chciałby u mnie zobaczyć. Ale jest naturalną reakcją i trudno byłoby mi się bez niego obyć. Wiem, co za chwilę usłyszę.

- Ojej. Więc nie wydawało mi się. Pani też gra w maski.

Czuję jak serce zatrzymuje mi się na ułamek sekundy i po chwili wznawia rytm. Nigdy nie skupiałam się na ukrywaniu masek, bo nie było mi to do niczego potrzebne. Teraz jestem naprawę zaskoczona, choć oczywiście zainteresowanie nie daje tego po mnie poznać.

- Jakoś specjalnie ich nie ukrywam, Myszko - mówię i zdobywam tym kolejny punkt w chyba nieskończonej skali zaufania. Proponuję coś do picia i siadamy - on na kanapie, ja na krześle przy biureczku z lustrem. Zerkam na sekundę na swoje własne spojrzenie i upewniam się, że nie widać tego, czego nie powinien zobaczyć. Nie chcę, by interesował się moją przeszłością, nie mam ochoty pokazywać mu, że bardzo się nim przejmuję. Chcę zachować pozory profesjonalizmu, by nie czuł się przytłoczony.

Gadamy o pierdołach. Tylko między zdaniami przemyca mi jakąś informację o sobie, która wniosłaby coś do sprawy. Widzę, że ma problem z wytrzymywaniem ciszy - musi cały czas mówić, co jest zapewne oznaką niepewności i strachu przed nią, przed tym, co brak dźwięków, może w nim wykazać. Oczywiście maska półuśmiechu nie schodzi mi z twarzy, chociaż nie umie objąć nią oczu. Wiem, że to wciąż początki zabawy w teatr w tym przypadku. I sama nie wiem, czy powinnam pozwolić mu się rozwinąć, czy raczej interweniować, by maski go nie pochłonęły.

Bo maski gubią Twoją twarz. Sam zdecyduj czy to dobrze, czy źle. A później daj im się żywić swoją nadwrażliwością na świat lub odrzuć nadwrażliwość i walcz o swoje w inny sposób.

środa, 29 listopada 2017

One-shot: Marzyłem o lataniu



Marzyłem o lataniu
Wiatr uderzał we mnie raz po raz, gdy spoglądałem w przerażającą twarz przepaści, wykrzywioną szumem fal obijających się z krzykiem o zęby skał. Czułem strach. Strach, który mógłby mnie sparaliżować, a nawet przeciwko mnie siłą odciągnąć mnie od krawędzi, gdyby tylko chciał. Mógłby. Sam mógłbym uciec. Albo skoczyć. I to ta druga myśl targała moim sercem z dużo większą zawziętością.
Czułem na sobie dotyk. Lekki, jakby puchowy, ledwo muskający moje ramiona czy ręce, ale z drugiej strony dający pewność. Silny. Bezpieczny. Wiatr czułem także tam, jak przesuwa się i rozczochruje poszczególne włókna, włókienka i włosowatości tego, co ponownie wyrosło mi przed chwilą z nagich pleców. Stałem na wpół obnażony i niepewny, czy jeszcze wciąż miałem prawo myśleć o sobie z rozróżnieniem płci. Stworzenia, takie jak ja, nie mają płci. Jesteśmy tymi stworzeniami. Tym. Rzeczą bez duszy i bez wolnej woli. Dlaczego więc wahałem się, czy skoczyć?
Drżałem. Skóra poddawała się uderzeniom chłodu, oczy mrużyły się bez wiedzy woli pod wpływem powietrza i słońca, wyglądającego na mnie przezeń granatowych, ciężkich chmur, zamykających stopniowo niebo w swoim upierzonym, ale twardym, ciężkim, ale delikatnym, gwałtownym, ale uporządkowanym grobie. Strach próbował schwycić mnie za obnażone gardło gdy wyciągnąłem ręce przed siebie, czując, że chwila skoku zbliża się nieuchronnie. Żołądek lodowaciał z jednej strony w oczekiwaniu na dawno zapomniane uczucie, a z drugiej strony wrzał pod wpływem wizji upadku na skały, o które z coraz większą wściekłością rozbijały się zagniewane bałwany.
Słońce było pochłaniane z każdą chwilą – wiązane sznurami w kratach burzowych atrybutów. Gdzieś pod horyzontem zalśniła czerwienią groźby błyskawica, znajdując ujście na powierzchni wody, w którą uderzyła gniewnie, wzburzając już i tak niespokojny ocean.
Wiedziałem, że to już ostatnia chwila na podjęcie decyzji, decyzji o powrocie. To nigdy nie powinno być decyzją. Powinienem po prostu skorzystać z jakże łaskawej wspaniałomyślności, jaka dawała mi możliwość powrotu. Chciałem go. Chciałem znów poczuć na sobie wzrok Boga, otulającego moje ramiona otuchą i boską, doskonałą miłością.
A mimo to wahałem się.
Zawahanie mogło kosztować mnie wszystko. Jeśli bym teraz nie wystartował, burza mogła mnie odciąć, a wtedy już nigdy nie dane by mi było wrócić do Ojca mojego i Pana. Zawahanie mogło kosztować mnie wszystko.
Zrobiłem krok.
Pod stopą zabrakło mi ziemi, jakby ta przekazywała mi, że nie jestem tu mile widziany, że ziemia już mnie nie chce i nie potrzebuje gościć. Jakbym już – a może dopiero? – wykorzystał swoje dni, swoje lata, swoje dekady. I jakby nadszedł czas wrócić do swoich.
I już miałem runąć w przestrzeń powietrza, między wodę a niebo. Czułem, jak coś mnie tam woła z obietnicą zbawienia. Cała moja istota pragnęła właśnie tego. Cała!
Czemu się oszukuję? Serce zareagowało szybciej niż rozum i przeznaczenie.
- Zaczekaj!
Marzyłem o powrocie do Nieba. Do Boga. Do służby i nieświadomości, jaką dawała mi rezygnacja z wolnej woli. Marzyłem o tym, by nie czuć i nie musieć dłużej myśleć o jej lnianych włosach.
Marzyłem by uciszyć serce i duszę oddać znowu walce ze złem i cierpieniem. Marzyłem by przestać cierpieć.
Marzyłem o lataniu.
Lecz na ziemi trzymało mnie coś więcej niż niegościnna potrzeba posiadania twardego gruntu pod stopami.
Boska miłość jest doskonała. Nie zna wyjątków czy poświęceń.
Ludzka miłość jest inna. Zazdrosna. Krucha. Gwałtowna i egoistyczna, jak wszyscy ludzie na ziemi. Ale przez to wyjątkowa i niepowtarzalna. Bardziej pociągająca.
Niebieskie oczy zwróciłem ku niebu, niemo błagając o przebaczenie. I grunt usunął się spod mych stóp, gdy w uniesieniu rzuciłem się w ramiona Anieli.
A pióra powoli znikały pomiędzy wzburzonymi falami.

czwartek, 20 lipca 2017

...

Zamilcz, Ciszo. Dziś nie da się Ciebie słuchać.

____________________________
Chester Bennington [*]

piątek, 31 marca 2017

Brak mi

Brak mi czasu
czasu który straciłam
i który zyskałeś
kosztem moim

brak mi czasu
czasu który przeminął
i który raz zabolał
i cały czas boli

brak mi czasu
tych wszystkich zdarzeń
których nie umiem cofnąć

brak mi czasu
i tego że przez niego
ciemną nocą nie umiem zasnąć

poniedziałek, 13 marca 2017

Słońce

Nad chmur­nym nieboskłonem
góruje
we włosach ru­dy refleks
maluje
bladą twarz gładko
przypieka
od niego zadrży nieraz
powieka

Kwiaty zwra­cają ku niemu
twarze
płat­ki się pluszczą, głowy
marzą
raz spa­la, raz grzeje
przyjemnie
aż wie­czo­rami zachodzi, tańczą cienie
na skórze.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Staś



Moment, w którym huk, wypełniający ci uszy od niemalże dwóch godzin, cichnie, zamiera z krótkim, pojedynczym uderzeniem serca… Moment, w którym przechodzące obok ciebie osoby – te znajome i nieznajome, te bliskie i tylko mijane na co dzień, te szczęśliwe i te obojętne – przestają dla ciebie istnieć... Moment, w którym zapominasz, co chciałaś właśnie zrobić, czego wymaga od ciebie sytuacja… zapominasz, co przed chwilą czułaś, jakiej złości, sfrustrowania i zawodu doznałaś, jak bardzo żal było ci tego, że w ogóle tutaj przyjechałaś, bo przecież nikt Cię nie zmuszał. Ten moment, w którym obracasz się i twój wzrok pada na niego… i nie możesz uwierzyć, że to on.
   Dla przeciętnego przechodnia pewnie za bardzo się nie zmienił. Te same płowe włosy, w których złocistym blasku od jarzeniówek prześwitują miedziano-rude refleksy. Te same oczy, w których uwiecznione zostało wspomnienie potęgi wzburzonego morza splecionego w namiętnym pocałunku ze spokojem letniego, bezchmurnego nieba, leniwie upływającego dnia, który swym gorącem zapowiada burzliwy koniec mijającego właśnie lata. Te same ramiona, mogące unieść dużo więcej, niż przeciętnego człowieka. Ten sam tors odznaczający się dobrze zarysowanymi, sprawnymi, wyćwiczonymi mięśniami na szaro-czarnej podkoszulce, zupełnie przemoczonej zdrowym potem. Te same dłonie, które znasz z zaobserwowanych ukradkiem aktów czułości, ale i mocy, które zawsze ciskają pioruny, wprawiając w ruch piłkę, z wielką prędkością odbijającą się od ściany za plecami osłupiałego bramkarza. Te same nogi, wiodące go zawsze do celu, mogące prześcignąć o wiele smuklejszych przeciwników, szczupłe, ale pełne siły i pewności. Ten sam wzrost, który sprawia, że na co dzień może patrzeć na ciebie z góry z iskierkami lekko uszczypliwej, ale szczerej radości.
   To ten sam człowiek. Więc dlaczego wahasz się i zastanawiasz w ogóle, czy powinnaś do niego podejść?
   Cóż, to chyba proste. Bo mimo że to ten sam człowiek, to jego widok rozdziera ci serce.
   Te włosy, które na czubku głowy zawsze układają się w rozwichrzoną kępkę nieusłuchanych łanów, teraz opadły, posklejane i jakby bez entuzjazmu. Pociemniały i już w ogóle nie błyszczą. Te oczy, które zazwyczaj cieszą się do ludzi, teraz są smutne. Tak bardzo smutne, tak okrutnie wpatrzone w przestrzeń, że aż puste, jakby morze stanęło, a niebo bezdźwięcznie zawaliło ci się na głowę, rozpadłszy się pod ciężarem przed minutą przeżytej tragedii. Te same ramiona i barki, teraz opadłe, oklapnięte, zapadnięte w sobie, jakby unoszenie ciężaru świata w końcu go zmęczyło i poddał się, pozwolił przygnieść. Ta sylwetka, na co dzień pełna siły i energii, a teraz jakby mniejsza, jakby skurczona, skulona pod wpływem rozdzierającego serce cierpienia, zawodu, połączona z twarzą człowieka, który przed chwilą stracił sens, twarzą człowieka, który płonie na stosie. Te same dłonie, teraz splecione przed twarzą z łokciami opartymi na kolanach. Bezradne. Bezsilne. Wiotkie. Te same nogi, lekko drżące i jakby nie mogące utrzymać ciężaru, niepewne, nieznośnie słabe, do czego nie da się tak po prostu nagle przywyknąć, widząc jak wiele na co dzień są w stanie wytrzymać. I oczy wpatrzone w drżące palce upaćkane, umorusane, skostniałe. Jest jakby mniejszy. Jakby słabszy. Jakby za chwilę miał rozpaść się na milion kawałków i nigdy już nie pozbierać.
   Chcesz do niego zawołać. Podbiec, złapać za ramiona i potrząsnąć. I błagać, och, błagać, żeby przestał o tym myśleć, że to przecież jeden z wielu, to tylko błahostka. Chcesz dopaść jego nóg i łzami obmyć mu dłonie, złapać za nie i sprawić, że zacisną się w pięści, a on powstanie znów silny, znów zmotywowany, by trzymać na barkach cały ciężar tego świata. Tego małego światka, w której ta tragedia się nie wydarzyła. Chcesz błagać, by w oczach znów zalśniły iskierki szczęścia i uszczypliwego humoru. By blade usta rozciągnęły się w lekko kpiącym uśmiechu. Chcesz prosić, by przestał, by przestał wyglądać na słabego. Chcesz ująć jego twarz w dłonie i wyperswadować, przetłumaczyć, że to nie jego wina, że to się zdarza, chcesz mu po prostu pomóc!
   Ale nie możesz. Stoisz tam, zamknięta w swoim małym cierpiącym świecie i czekasz, aż uderzenie serca przeminie, a huk znów wypełni ci uszy.
______________
Siedzi to we mnie od grudnia. Od momentu, gdy go takiego zobaczyłam. I nie mogę, po prostu nie potrafię wyrzucić tego z głowy. Mimo że nie jest dla mnie nikim bliskim.

wtorek, 24 stycznia 2017

One-shot

Specjalnie tytuł podam na końcu. Bon appétit ;)
__________________________________


Najpierw czekasz. Czasem pada deszcz, który w ostrych powiewach zimnego, bezlitosnego wiatru, zalewa ci twarz i sprawia, że życie wydaje się szare i ponure, jakby już nigdy zza połaci ciemnych, ciężko wiszących chmur nie miało wyjrzeć słońce. Czasem upał nie pozwala na zaczerpnięcie głębszego oddechu, a pot spływa ci z twarzy strumieniami, jakby wiszące nad głową, przypiekające słońce powzięło sobie za punkt honoru doprowadzić cię do odwodnienia, mimo tego, że już mniej nie mógłbyś mieć na sobie, nie budząc ogólnego społecznego zdziwienia i ponurej dezaprobaty, tańczącej ci dreszczem po plecach, gdy bluzka zsunie ci się trochę za nisko albo gdy spodenki odsłonią odrobinę ciała za dużo. Czasem zaś stoisz opatulony podkoszulką, grubym swetrem, płaszczem, szalikiem i kominem, czapką i rękawiczkami, na nogach masz grube spodnie i rajstopy, dwie pary skarpet i ciepłe buty, a i tak dygoczesz z zimna, zastanawiając się jakiej cholery coś cię podkusiło do wyjścia z domu w tę kurzawkę śnieżną – śnieg ładuje ci się do oczu – jedynej odsłoniętej części twarzy, gdzieś w oddali starsza pani przewraca się na lodowym pokryciu chodnika, o który nikt nie zechciał zadbać. I czekasz. 

Później wchodzisz do środka, dziękując w duchu wszystkim swoim świętościom, że jest, już jest, uwalniając cię jednocześnie od smrodu papierosowego dymu, który – jakbyś się nie ustawił – leciał na ciebie od trującego się smolistym dymkiem faceta, który wyglądał na tyle groźnie, że nie odważyłeś się zwrócić mu uwagi na wielki, czerwony napis „zakaz palenia”. Podchodzisz do środka i wygrzebujesz skostniałymi z zimna palcami kilka monet z kieszeni, po czym karmisz zautomatyzowanego potwora, który pożera pieniądze i po długim zastanowieniu oddaje ci w zamian zabezpieczenie przez pretensjami starszego jegomościa z kanarkowym kawałkiem plastiku, na którym mrówki czarnym tuszem wydreptały kilka zdań podobno w polskim języku. I musisz mu uwierzyć na słowo, kiedy sugeruje, że chciałby zobaczyć, Twój jednorazowy dowód na to, że masz prawo stać w tym miejscu. Później rozglądasz się za miejscem siedzącym i dostrzegasz jedno, ale szybko się reflektujesz i nie idziesz w tamtą stronę. Ekscentrycznie wyglądająca blondynka w szarym płaszczu z dziwną fryzurą na głowie i ze starą książką w dłoniach, która zajmuje miejsce tuż obok, to nie towarzystwo dla ciebie. Radość w oczach i rozciągnięte w rozbawionym uśmiechu blade usta są wyrazem czytelniczego obłędu i jeszcze mógłbyś się tym zarazić, bo w końcu skąd wiadomo, czy to nie zakaźna choroba? Opierasz się więc o metalową barierkę, która ma chyba za zadanie bronić przed tobą ściany, ale w sumie nie jesteś pewien, bo to przecież nie muzeum, nikt nie będzie krzyczał, że upaćkałeś tłustymi palcami szybkę chroniącą eksponat. Wzruszasz ramionami i próbujesz się rozgrzać, bo wiesz, że już niedługo miła pani powie przez głośnik, że to tu, to czas znów zmierzyć się ze śnieżycą. 

Rzucasz spojrzenie spod rzęs na pozostałych gości. Dwie starsze kobieciny w zielonych, moherowych beretach i długich, purpurowych, zmechaconych płaszczach, które pamiętają jeszcze poprzednią epokę, pochyliły się ku sobie i cicho, ale nie aż tak, byś nie słyszał, pomstują na sposób ubierania się dzisiejszej młodzieży. Jakby dziury na kolanach w spodniach i asymetryczna bluzka były powodem wybuchu trzeciej wojny światowej. Za nimi rozsadowił się jakiś obdartus i teraz klnie pod nosem na jegomościa z kanarkowym plastikiem, a po drugiej stronie grupa młodych chłopaków głośno dokazuje i rechocze z czegoś, co tylko oni dostrzegają za oknem. Z drugiej strony jest ta ekscentryczna dziewczyna z książką w ręku, a po twojej prawej siedzi para, która chyba chce być inspiracją dla plotkujących starowinek, bowiem właśnie zaczęła się nawzajem połykać z głośnym ssącym odgłosem. Jakaś nastolatka bawi się telefonem, zasłuchawkowiona. Jest ładna, ale za młoda, żebyś zwracał…

Nagle czujesz, że lecisz, przewracasz się, ziemia cię woła, za chwilę rąbniesz o podłoże, ale na szczęście w ostatniej chwili łapiesz się słupka i ratujesz się przed upadkiem. Twoje oczy ciskają gromy w dyrygenta całego zamieszania i zastanawiasz się, kto go nim uczynił i czy on na pewno ma odpowiednie kwalifikacje, bowiem śmiesz szczerze w to wątpić. Na szczęście już niedługo musisz znosić jego niespodziewane ekscesy i wychodzisz na ziąb, który atakuje ci twarz w ponurym uścisku zimy. 

Ale, przecież wiesz, że mogło być gorzej. Latem samo wejście do autobusu grozi zaczadzeniem potem niemytych, zgrzanych ciał.
_______________________________

I tytuł: W autobusie. Przyznać się, kiedy domyśliliście się, że to podróż autobusem? :)