Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o życiu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o życiu. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 sierpnia 2023

Żegnaj, O.

[muzyka]

Wiesz, O.?

Nawet nie wiem, kiedy przestałam nazywać Cię po imieniu. Wybuchłeś w moim życiu z siłą bomby atomowej, ale jak gwałtownie to nastąpiło, tak gwałtownie także zniknąłeś, zostawiając po sobie cierpienie, blizny i zgliszcza.

Dziś 5 sierpnia. Pamiętasz, co mi obiecywałeś? Miałam wstać z samego rana, trochę ogarnąć chatę, wypić pierwszą kawę i wsiąść w auto, by pojechać po Ciebie. Miałam Cię tutaj zabrać. Na stałe. Do domu.

Mogłeś mieć wszystko. Spokój, pracę, gorący obiad na stole, wymarzonego psa i mojego wymarzonego kota. Dom. Tak bardzo pragnąłeś mieć dom. Opowiadałeś o tym, że nie pamiętasz, żebyś miał normalne święta, że nigdy nie miałeś tortu na urodziny, że wszystko w Twoim życiu do tej pory wywrócone było do góry nogami.

No tak. Tylko jak ktoś nie zna normalności, to skąd może wiedzieć, że jej potrzebuje? Szybko Ci się znudziła. Albo może ja Ci się szybko znudziłam. Nie jestem szczególnie rozrywkową osobą. I nie jest mi z tym źle.

Właściwie nie wiem, dlaczego to piszę. Chyba potrzebuję domknąć ten rozdział życia i otworzyć następny. Pewnie gdybym nie usunęła wszelkich śladów po Tobie z telefonu, to dostałbyś to wszystko w wiadomości. Ale nie mam już do Ciebie numeru telefonu. Ani facebooka. I pewnie nigdy tego nie przeczytasz. Ale to właśnie moje pożegnanie z Tobą.

Chciałabym tylko, żebyś żył. Żeby nie podkusiło do powrotu do heroiny. Bo jak ją weźmiesz, to umrzesz. A ja mimo wszystko nie życzę Ci źle.

Z jednej strony chciałabym Cię jeszcze kiedyś spotkać. Żebyś zobaczył, że się da. Żyć i walczyć o każdy kolejny dzień bez rozwalania się o każdy róg na korytarzu życia.

Ja nie byłam w stanie przekonać Cię, że można. Że każdy zasługuje na bycie kochanym. Przykro mi, że tego nie zrozumiałeś.

Z drugiej strony chyba lepiej będzie, jeśli już nigdy się nie spotkamy. Serce mi się do Ciebie wyrywa na każdym kroku, a to byłoby niebezpieczne dla mnie. Więc lepiej, jak zostanę sama, z Yshką może już niedługo, poprzestawiam parę mebli, żeby mieszkanie nie przypominało mi Ciebie. I jakoś będę trwać. Może za jakiś czas stąd wyjadę i zapomnę o wszystkim, co wydarzyło się przez te kilka tygodni. Mam nadzieję.

Trzymaj się, O. Chciałabym się kiedyś dowiedzieć, że odnalazłeś szczęście.

poniedziałek, 26 czerwca 2023

Odsłona XXIX

[muzyka]

         Długo się zastanawiałam, czy w ogóle otworzyć nowy dokument tekstowy. Może powinnam wrócić do początków, tworzyć na nowo, od zera, znów wyrabiać styl, bazgrząc gdzie się da w mikrozeszytach, kartkach i karteluszkach. Może to znowu dałoby mi trochę satysfakcji.

Od dawna właściwie nie piszę. Kiedy dotarło do mnie, że ostatni logiczny post na blogu naskrobałam 3 lata temu – oniemiałam. Przychodziłam tu zawsze, kiedy było mi źle, zawsze, kiedy potrzebowałam się wypłakać, wygadać, wykrzyczeć swoje skołdunione i chaotyczne myśli.

Przez te trzy lata było mi trudniej niż kiedykolwiek.

Dorwała mnie dorosłość w pełnym tego słowa znaczeniu. Już nie czas na pierwsze razy – pierwsze miłości, pierwsze prace, pierwsze prawdziwe wyzwania. Czas na to minął. Przeleciał mi przez palce i nawet nie wiem, kiedy do tego doszło. I nie wróci. A ja tak wielu rzeczy się nie nauczyłam. Czuję się jak zabawka, którą świat pierdolnął o ścianę i połamała się. Tak po prostu, odpadło jej kilka części, ważnych części, bez których nie może normalnie funkcjonować.

Chciałabym zrobić listę rzeczy, które tak bardzo chcę porzucić wraz z wejściem w dorosłość. Zresztą, kazano mi taką zrobić – to część mojego samoleczenia. Tylko co to da? Jestem dorosłą, ukształtowaną kobietą. Nawet nie wiem, kiedy zamieniłam określenie dziewczyna na kobieta.

Zacznijmy.

Chciałabym przede wszystkim porzucić odpowiedzialność za innych. Za matkę, która przez ostatnie lata regularnie rujnowała mi życie. Za jej picie, za pretensje, za agresję słowną i ekonomiczną. Za jej krzyki, za jej przemoc, za jej krzywdę. Nie jestem nią. Nigdy nią nie będę. choć bardzo się postarała, żeby mnie stworzyć na nowo na swój obraz i podobieństwo, najpierw roztrzaskać na kawałki, a później posklejać w nową wersję siebie. To, co udało mi się ocalić z samej mnie… wiecznie było kością niezgody. Praca – mimo że pracuję dużo i chętnie – nie taka, jak być powinna. Nic przecież nie robię. Czymże mogę być zmęczona? Otóż jestem. Bardzo, bardzo, cholernie bardzo zmęczona. Pasje? A to mam na to czas? To może bym coś w domu zrobiła? Dałabym sobie już spokój z czytaniem tych bzdur. Z tym doktoratem zresztą też, bo nigdy go nie napiszę, to strata czasu. Ale spokojnie, przecież mi pomagała. Jestem tym cholernie, kurewsko, tragicznie zmęczona.

Za ojca. To udało mi się jakiś czas temu, chociaż cały czas się to we mnie odzywa. Nie chcę być odpowiedzialna za jego picie, za jego urojenia, za molestowanie. To były jego decyzje. Nie moje. Muszę to sobie często powtarzać, wtedy zakładam dość skuteczny knebel na wyrzuty sumienia, które drą się w mojej głowie, bo nie wiem, co się z nim dzieje.

Za siostrę. To się nie udawało bardzo długo. Wiecznie wszystko na złotej tacy, żeby miała łatwiej. Wiecznie za nią, wiecznie dla niej, wiecznie kosztem siebie. W grudniu nawet podzieliłam się własnym łóżkiem. W lutym wyniosłam się z nią, żeby miała gdzie mieszkać i za co żyć. W maju zostałam sama.

Za babcię. Ostatnio, co prawda, trochę lepiej wyglądają nasze relacje. Ale wciąż nie chcę czuć się odpowiedzialna za to, co i jak robi, czy dociera do niej, że coś złego się z nią dzieje, czy nie. Więc nie zabiorę jej dowodu na czas nadchodzących wyborów. I nie zmuszę do wizyty u psychiatry. To nie jest moja odpowiedzialność.

Oni wszyscy są dorośli. I nie chcę być za nich odpowiedzialna. Nie chcę słuchać tego, jacy byli w życiu skrzywdzeni, jak mieli źle, jak bardzo życie ich skopało. Nie mam najmniejszej ochoty. I nie muszę. Jak będę to sobie wystarczająco często powtarzać, to może zapamiętam.

Chciałabym też porzucić swój brak zorganizowana i bałaganiarstwo. Jestem bałaganiarą. Jestem bałaganiarą. Jestem bałaganiarą. I jeśli chcę – zmienię to. To też muszę sobie często powtarzać.

Chciałabym też przestać być zależna od innych. Przestać dawać innym decydować o mnie, o moim życiu, o moich wyborach lub ich braku. Chciałabym po prostu zacząć żyć.

Chciałabym wyrzucić z głowy kato-spierdolenie. To rygorystyczne wychowywanie w ciągłym strachu, że jak nie umyję zębów wieczorem, albo rzucę soczystą kurwą, to z pewnością pójdę się smażyć w piekle. Nie pójdę. Piełko dawno zamarzło, a Bóg umarł. Albo jest chujem. Nie wiem, która opcja jest gorsza.

Chciałabym przestać się tak wszystkim przejmować i martwić. W końcu jakiś czas temu znalazłam ludzi, którzy dzielą ze mną nie tylko smutki, ale też radości. I nawet częściej te drugie. Chciałabym się nauczyć, że są obok mnie tacy, którzy nic ode mnie nie chcą, tylko być, tylko rozmawiać, tylko patrzeć na mój uśmiech. Wiem, że tacy są, ale zawsze gdzieś podskórnie czuję, że są tylko dla korzyści, że albo będę dla nich coś robić, albo zostanę sama. To strasznie durne myślenie. Muszę się go oduczyć.

Chciałabym też przestać w siebie wątpić. Przestać się tak krytycznie oceniać. Przestać mówić o sobie źle. Być dla siebie chociaż w połowie tak dobrą, jaką jestem dla innych. I chciałabym się nauczyć odpoczywać. Potrzebuję odpocząć.

 

piątek, 23 października 2020

Pisane niezrozumieniem

 Karmi się nas

wrogością

niepewnością

przemocą

pseudowolnością


Karmi się nas

zakazem

nakazem

pod postacią ochrony


Karmi się nas

złością

zniewoleniem

rozbiciem

milczeniem


Karmi się nas a my

po prostu się dajemy

poniedziałek, 30 marca 2020

Zapodziana

[muzyka]

Jestem zepsutą zabawką,
której ktoś dać zechciał nowe życie.
Czy jesteś rozwiązaną zagadką?
Oczy uciekają w słów-kłamstw ukrycie.

Ująłeś mnie uśmiechem,
co zdobi Twoją twarz bez końca,
chociaż pod perlistym śmiechem
skryta jest mała, zagubiona owca.

Iskry w Twych błękitnych oczach
ostatnio giną, przepadają...
Zjada je blady strach.
Spierzchnięte usta od zębów pękają.

Zostań - krzyczę, milcząc przecież -
Bez Ciebie już nie wiem, gdzie podziać się.

środa, 15 sierpnia 2018

Odsłona XXV

Wbiegam, dysząc ciężko, po schodach mojego teatru. Znowu wygląda jak coś, co kiedyś przypominało piękny neogotycki budynek, ale zaniebali go właściciele i teraz odpadło mu trochę tynku, a farba zszarzała i wykruszyła się w wielu miejscach. Jestem pewna, że z tyłu znowu rozprzestrzenił się ten bezczelny bluszcz. Jestem zła na siebie. Wiem, że to moja wina, że tak długo mnie tu nie było. A potrzebowałam tego oczyszczenia, mojego prywatnego katharsis, tej ucieczki i oddechu.
Nie sądziłam, że miłość może być destrukcyjna na polu twórczym. Chociaż, tak, zgryźliwy czytelniku, obserwatorze. Trudno moją bazgraninę i występy cyrko-kabaretowe uznać za twórczość. Ale lubię tak o nich myśleć.

Wpadam do pomieszczenia kontrolnego i zapalam wszystkie światła, kaszląc jednocześnie od kurzu. Ugh, czy ja przestałam płacić dozorcy?
Odpalam komputer i szukam jakiejś przyzwoitej piosenki. Sama nie wiem, co się ze mną działo. Ot, blokada. Kiedy tylko patrzyłam w stronę teatru, miałam ochotę wymiotować i unikałam go jak ognia.

Z ulgą witam załączającą się klimatyzację i biegnę po schodach, by dotrzeć do starej garderoby. Zaraz wpadnę w moje maski i będę mogła z ulgą powitać złośnicę, wredotę, szczęściarę i wiele, wiele innych. Muszę odpocząć od mojej zmęczonej twarzy.

Miłość - właśnie ona zadziałała na mnie tak okrutnie. Przestałam umieć wyrażać siebie, coś mi gdzieś umnęło. Może uznałam to za nieporządane. A może tylko zagrzebałam maski razem z uczuciem odrzucenia i po prostu pozwoliłam, żeby mniej mnie bolało.

Wpadam do garderoby i od razu rzucam się w kierunku stołu.
Ale ten jest pusty.
Zatrzymuję się z wytrzeszczonymi oczami.

Gdzie są moje maski?

W pomieszczeniu rozlega się sapnięcie i rzucam się w stronę starej komody. A później szafy. A później przeszukuję całe pomieszczenie.

Nie! One są mi potrzebne! Zwłaszcza teraz...

Za tydzień i dwa dni mam swój wielki występ. Nie mogę na nim pokazać tej zmęczonej życiem twarzy. Nie mogę pozwolić, by zobaczył smutek.

Muszę je znaleźć.

Wiecie, gdzie mogę z powrotem nauczyć się przywdziewać maski?

Pukanie przerywa mi rozgorączkowane szukanie. - Wlazł! - krzyczę i rzucam się w stertę szmatek, które wkładałam raz w życiu i nie pozwalałam, żeby więcej ujrzały światło dzienne. Może tam.

- Co robisz?

Staję jak wryta. Czyżby...
Ale nie, to nie on. To dwójka nowych. Jeden patrzy na mnie wygłodniałym wrokiem, drugi jest smutny. Oni też chyba zgubili swoje maski.

Wzruszam ramionami.
- Nic takiego. Kto Was tu wpuścił?

Wyższy uśmiecha się drapieżnie i podchodzi bliżej niż bym chciała. Wiem, czego ode mnie chce i powstrzymuje się tylko dlatego, że ten drugi patrzy.

- Masz dla mnie prywatny występ? - pyta wprost do mojego ucha, ale ze śmiechem odpycham go i wyganiam dwójkę na zewnątrz. Gdybym miała wybierać, to nie ten miałby szansę na prywatne przedstawienia.

Na drzwiach teatru wywieszam karteczkę "Uwaga, prace remontowe. Wstęp wzbroniony".
Idę do domu. Tam poszukam. Tam jeszcze muszę je mieć. Boję się jechać bez nich do Lubina.

A co jeśli nie?...

piątek, 31 marca 2017

Brak mi

Brak mi czasu
czasu który straciłam
i który zyskałeś
kosztem moim

brak mi czasu
czasu który przeminął
i który raz zabolał
i cały czas boli

brak mi czasu
tych wszystkich zdarzeń
których nie umiem cofnąć

brak mi czasu
i tego że przez niego
ciemną nocą nie umiem zasnąć

poniedziałek, 13 marca 2017

Słońce

Nad chmur­nym nieboskłonem
góruje
we włosach ru­dy refleks
maluje
bladą twarz gładko
przypieka
od niego zadrży nieraz
powieka

Kwiaty zwra­cają ku niemu
twarze
płat­ki się pluszczą, głowy
marzą
raz spa­la, raz grzeje
przyjemnie
aż wie­czo­rami zachodzi, tańczą cienie
na skórze.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Staś



Moment, w którym huk, wypełniający ci uszy od niemalże dwóch godzin, cichnie, zamiera z krótkim, pojedynczym uderzeniem serca… Moment, w którym przechodzące obok ciebie osoby – te znajome i nieznajome, te bliskie i tylko mijane na co dzień, te szczęśliwe i te obojętne – przestają dla ciebie istnieć... Moment, w którym zapominasz, co chciałaś właśnie zrobić, czego wymaga od ciebie sytuacja… zapominasz, co przed chwilą czułaś, jakiej złości, sfrustrowania i zawodu doznałaś, jak bardzo żal było ci tego, że w ogóle tutaj przyjechałaś, bo przecież nikt Cię nie zmuszał. Ten moment, w którym obracasz się i twój wzrok pada na niego… i nie możesz uwierzyć, że to on.
   Dla przeciętnego przechodnia pewnie za bardzo się nie zmienił. Te same płowe włosy, w których złocistym blasku od jarzeniówek prześwitują miedziano-rude refleksy. Te same oczy, w których uwiecznione zostało wspomnienie potęgi wzburzonego morza splecionego w namiętnym pocałunku ze spokojem letniego, bezchmurnego nieba, leniwie upływającego dnia, który swym gorącem zapowiada burzliwy koniec mijającego właśnie lata. Te same ramiona, mogące unieść dużo więcej, niż przeciętnego człowieka. Ten sam tors odznaczający się dobrze zarysowanymi, sprawnymi, wyćwiczonymi mięśniami na szaro-czarnej podkoszulce, zupełnie przemoczonej zdrowym potem. Te same dłonie, które znasz z zaobserwowanych ukradkiem aktów czułości, ale i mocy, które zawsze ciskają pioruny, wprawiając w ruch piłkę, z wielką prędkością odbijającą się od ściany za plecami osłupiałego bramkarza. Te same nogi, wiodące go zawsze do celu, mogące prześcignąć o wiele smuklejszych przeciwników, szczupłe, ale pełne siły i pewności. Ten sam wzrost, który sprawia, że na co dzień może patrzeć na ciebie z góry z iskierkami lekko uszczypliwej, ale szczerej radości.
   To ten sam człowiek. Więc dlaczego wahasz się i zastanawiasz w ogóle, czy powinnaś do niego podejść?
   Cóż, to chyba proste. Bo mimo że to ten sam człowiek, to jego widok rozdziera ci serce.
   Te włosy, które na czubku głowy zawsze układają się w rozwichrzoną kępkę nieusłuchanych łanów, teraz opadły, posklejane i jakby bez entuzjazmu. Pociemniały i już w ogóle nie błyszczą. Te oczy, które zazwyczaj cieszą się do ludzi, teraz są smutne. Tak bardzo smutne, tak okrutnie wpatrzone w przestrzeń, że aż puste, jakby morze stanęło, a niebo bezdźwięcznie zawaliło ci się na głowę, rozpadłszy się pod ciężarem przed minutą przeżytej tragedii. Te same ramiona i barki, teraz opadłe, oklapnięte, zapadnięte w sobie, jakby unoszenie ciężaru świata w końcu go zmęczyło i poddał się, pozwolił przygnieść. Ta sylwetka, na co dzień pełna siły i energii, a teraz jakby mniejsza, jakby skurczona, skulona pod wpływem rozdzierającego serce cierpienia, zawodu, połączona z twarzą człowieka, który przed chwilą stracił sens, twarzą człowieka, który płonie na stosie. Te same dłonie, teraz splecione przed twarzą z łokciami opartymi na kolanach. Bezradne. Bezsilne. Wiotkie. Te same nogi, lekko drżące i jakby nie mogące utrzymać ciężaru, niepewne, nieznośnie słabe, do czego nie da się tak po prostu nagle przywyknąć, widząc jak wiele na co dzień są w stanie wytrzymać. I oczy wpatrzone w drżące palce upaćkane, umorusane, skostniałe. Jest jakby mniejszy. Jakby słabszy. Jakby za chwilę miał rozpaść się na milion kawałków i nigdy już nie pozbierać.
   Chcesz do niego zawołać. Podbiec, złapać za ramiona i potrząsnąć. I błagać, och, błagać, żeby przestał o tym myśleć, że to przecież jeden z wielu, to tylko błahostka. Chcesz dopaść jego nóg i łzami obmyć mu dłonie, złapać za nie i sprawić, że zacisną się w pięści, a on powstanie znów silny, znów zmotywowany, by trzymać na barkach cały ciężar tego świata. Tego małego światka, w której ta tragedia się nie wydarzyła. Chcesz błagać, by w oczach znów zalśniły iskierki szczęścia i uszczypliwego humoru. By blade usta rozciągnęły się w lekko kpiącym uśmiechu. Chcesz prosić, by przestał, by przestał wyglądać na słabego. Chcesz ująć jego twarz w dłonie i wyperswadować, przetłumaczyć, że to nie jego wina, że to się zdarza, chcesz mu po prostu pomóc!
   Ale nie możesz. Stoisz tam, zamknięta w swoim małym cierpiącym świecie i czekasz, aż uderzenie serca przeminie, a huk znów wypełni ci uszy.
______________
Siedzi to we mnie od grudnia. Od momentu, gdy go takiego zobaczyłam. I nie mogę, po prostu nie potrafię wyrzucić tego z głowy. Mimo że nie jest dla mnie nikim bliskim.

wtorek, 24 stycznia 2017

One-shot

Specjalnie tytuł podam na końcu. Bon appétit ;)
__________________________________


Najpierw czekasz. Czasem pada deszcz, który w ostrych powiewach zimnego, bezlitosnego wiatru, zalewa ci twarz i sprawia, że życie wydaje się szare i ponure, jakby już nigdy zza połaci ciemnych, ciężko wiszących chmur nie miało wyjrzeć słońce. Czasem upał nie pozwala na zaczerpnięcie głębszego oddechu, a pot spływa ci z twarzy strumieniami, jakby wiszące nad głową, przypiekające słońce powzięło sobie za punkt honoru doprowadzić cię do odwodnienia, mimo tego, że już mniej nie mógłbyś mieć na sobie, nie budząc ogólnego społecznego zdziwienia i ponurej dezaprobaty, tańczącej ci dreszczem po plecach, gdy bluzka zsunie ci się trochę za nisko albo gdy spodenki odsłonią odrobinę ciała za dużo. Czasem zaś stoisz opatulony podkoszulką, grubym swetrem, płaszczem, szalikiem i kominem, czapką i rękawiczkami, na nogach masz grube spodnie i rajstopy, dwie pary skarpet i ciepłe buty, a i tak dygoczesz z zimna, zastanawiając się jakiej cholery coś cię podkusiło do wyjścia z domu w tę kurzawkę śnieżną – śnieg ładuje ci się do oczu – jedynej odsłoniętej części twarzy, gdzieś w oddali starsza pani przewraca się na lodowym pokryciu chodnika, o który nikt nie zechciał zadbać. I czekasz. 

Później wchodzisz do środka, dziękując w duchu wszystkim swoim świętościom, że jest, już jest, uwalniając cię jednocześnie od smrodu papierosowego dymu, który – jakbyś się nie ustawił – leciał na ciebie od trującego się smolistym dymkiem faceta, który wyglądał na tyle groźnie, że nie odważyłeś się zwrócić mu uwagi na wielki, czerwony napis „zakaz palenia”. Podchodzisz do środka i wygrzebujesz skostniałymi z zimna palcami kilka monet z kieszeni, po czym karmisz zautomatyzowanego potwora, który pożera pieniądze i po długim zastanowieniu oddaje ci w zamian zabezpieczenie przez pretensjami starszego jegomościa z kanarkowym kawałkiem plastiku, na którym mrówki czarnym tuszem wydreptały kilka zdań podobno w polskim języku. I musisz mu uwierzyć na słowo, kiedy sugeruje, że chciałby zobaczyć, Twój jednorazowy dowód na to, że masz prawo stać w tym miejscu. Później rozglądasz się za miejscem siedzącym i dostrzegasz jedno, ale szybko się reflektujesz i nie idziesz w tamtą stronę. Ekscentrycznie wyglądająca blondynka w szarym płaszczu z dziwną fryzurą na głowie i ze starą książką w dłoniach, która zajmuje miejsce tuż obok, to nie towarzystwo dla ciebie. Radość w oczach i rozciągnięte w rozbawionym uśmiechu blade usta są wyrazem czytelniczego obłędu i jeszcze mógłbyś się tym zarazić, bo w końcu skąd wiadomo, czy to nie zakaźna choroba? Opierasz się więc o metalową barierkę, która ma chyba za zadanie bronić przed tobą ściany, ale w sumie nie jesteś pewien, bo to przecież nie muzeum, nikt nie będzie krzyczał, że upaćkałeś tłustymi palcami szybkę chroniącą eksponat. Wzruszasz ramionami i próbujesz się rozgrzać, bo wiesz, że już niedługo miła pani powie przez głośnik, że to tu, to czas znów zmierzyć się ze śnieżycą. 

Rzucasz spojrzenie spod rzęs na pozostałych gości. Dwie starsze kobieciny w zielonych, moherowych beretach i długich, purpurowych, zmechaconych płaszczach, które pamiętają jeszcze poprzednią epokę, pochyliły się ku sobie i cicho, ale nie aż tak, byś nie słyszał, pomstują na sposób ubierania się dzisiejszej młodzieży. Jakby dziury na kolanach w spodniach i asymetryczna bluzka były powodem wybuchu trzeciej wojny światowej. Za nimi rozsadowił się jakiś obdartus i teraz klnie pod nosem na jegomościa z kanarkowym plastikiem, a po drugiej stronie grupa młodych chłopaków głośno dokazuje i rechocze z czegoś, co tylko oni dostrzegają za oknem. Z drugiej strony jest ta ekscentryczna dziewczyna z książką w ręku, a po twojej prawej siedzi para, która chyba chce być inspiracją dla plotkujących starowinek, bowiem właśnie zaczęła się nawzajem połykać z głośnym ssącym odgłosem. Jakaś nastolatka bawi się telefonem, zasłuchawkowiona. Jest ładna, ale za młoda, żebyś zwracał…

Nagle czujesz, że lecisz, przewracasz się, ziemia cię woła, za chwilę rąbniesz o podłoże, ale na szczęście w ostatniej chwili łapiesz się słupka i ratujesz się przed upadkiem. Twoje oczy ciskają gromy w dyrygenta całego zamieszania i zastanawiasz się, kto go nim uczynił i czy on na pewno ma odpowiednie kwalifikacje, bowiem śmiesz szczerze w to wątpić. Na szczęście już niedługo musisz znosić jego niespodziewane ekscesy i wychodzisz na ziąb, który atakuje ci twarz w ponurym uścisku zimy. 

Ale, przecież wiesz, że mogło być gorzej. Latem samo wejście do autobusu grozi zaczadzeniem potem niemytych, zgrzanych ciał.
_______________________________

I tytuł: W autobusie. Przyznać się, kiedy domyśliliście się, że to podróż autobusem? :)

środa, 23 listopada 2016

Odsłona XXII

[słuchałam podczas czytania]
Ostatnio dręczy mnie jedna myśl. Ludzkość jest zła. To wniosek, uwaga, nazwijcie to jak chcecie. Męczy mnie, bo jest nad wyraz prawdziwa... A to oznacza, że ja też jestem zła. Mimo że z całego serca chcę być codziennie lepsza i lepsza, to nie ma dla mnie ratunku. Bo człowiek to zbiór nerwów, emocji i złości. I nawet w imię dobra i miłości potrafi zabijać.

Biegnę ze łzami w oczach w coraz częściej ostatnio odwiedzane miejsce, w tą starą ulicę, gdzie ledwo da się przejechać samochodem bez uszkodzenia zawieszenia, a deszcz i mgła nigdy stamtąd nie odchodzą. Po prostu tak jest. Taka anomalia. Zdarza się. Zwłaszcza w mojej głowie.

Dopadam drzwi frontowych, bo wiem, że będą otwarte, wcześniej tam zadzwoniłam i poprosiłam woźnego by dziś nie zamykał mojego teatru jak zawsze o 16.00, bo już czas na kolejne niezapowiedziane przestawienie. Przedstawienie mojego życia. A później mecz.

Łzy w oczach to jedno, ale jeszcze chyba nigdy nie byłam tak opanowana. Jeszcze nigdy to po mnie aż tak nie spłynęło. Że po raz kolejny zrobiła awanturę o pieniądze, które ma, ale woli zatrzymać dla siebie, mimo że obiecała. Że kolejny raz zwyzywała mnie od szmat i kurew, ba, tym razem padło dużo więcej obelg i nawet nie liczyła się płeć... Ale to wszystko po mnie spłynęło. Naprawdę. Tydzień brania leków uspokajających po takiej kłótni to nic. A teraz biegłam na kolejne przedstawienie, żeby pokazać wszystkim, że dziewczyna, która w zeszłym roku po takiej awanturze rozpędziłaby się samochodem i puściła kierownicę - teraz jest zupełnie inna.

Wpadam na zaplecze, zrzucam kurtkę z ramion, zdejmuję zielony, dziergany przez babcię szalik otuchy, której próbuje mi udzielić, choć jej z jej dzieckiem też nie jest łatwo. Łapię za czarną gumkę do włosów, której kolekcja leży na małej toaletce. Związuję niesforne loki, które znowu jakimś cudem zaczynają być rude, moja dusza wraca na swoje miejsce, daje mi swoje odzwierciedlenie.

Szybki przegląd masek na półce. Jedne bardziej zakurzone, inne mniej. A najmniej obojętność. Bo naprawdę jest mi już wszystko jedno. Przestało mi zależeć. A to tak samo źle, niż jakby zależało mi za bardzo.

Sięgam po chyba najbardziej zakurzoną maskę z całej kolekcji. Jest półprzezroczysta, ale swego czasu bardzo ją lubiłam, zwłaszcza, gdy na widowni siadywały bliskie mi osoby. Nazywała się ambicja. Wkładam ją i puszczam muzykę z zaplecza, po czym wybiegam na scenę.

Na widowni jest niewiele osób. Tylko koledzy z drużyny i dwie kobiety, chyba jeszcze nie do końca zdecydowane, czy znalazły się w odpowiednim miejscu na odpowiednim krześle. Ale to też jest mi zupełnie obojętne. Muzyka przyspiesza, dźwięki fortepianu malują mi w wyobraźni obraz małego, przytulnego mieszkanka o śnieżnobiałych ścianach w salonie. Telewizor stoi na szafce tuż obok stolika i brązowej kanapy. Framugi okien i drzwi są z ciemnego, bukowego drewna, polakierowanego dodatkowo, co daje im połysk. Na podłodze leży jeszcze bielszy dywanik, który w dotyku przypomina sierść misia polarnego. W kącie stoi otwarta klatka mojego królika, który hasa sobie swobodnie na balkonie. Jest lato. Ciepłe powietrze otula mi twarz, jestem w nowoczesnej kuchni i przygotowuję domowe lody. Wsypało mi się za dużo wanilii i teraz pachnie mi ona w całym mieszkaniu. W pokoju obok dźwięki chóru łączą się w niesamowitą harmonię, która bardzo mnie uspokaja. Komputer nie wyje z przegrzania, a regały po bokach uginają się od książek. Za chwilę ktoś przyjdzie i zjemy razem obiad, który dochodzi w piekarniku i już czeka na wyjęcie i podanie. Rozlega się dzwonek do drzwi, otwieram, a w nich stoi wysoki mężczyzna. Nie widzę jego twarzy, nie wiem, kim jest. Ale wtedy będę wiedziała.

I to wszystko tańczę. Lekkim ruchem przedstawiam harmonię, porządek, do którego dążę. Marzenia.
A później znikam ze sceny. Już wiem, że z tego nie zrezygnuję. I że kiedyś do tego doprowadzę. Byle jak najszybciej.

Uspokajam oddech i biegnę do samochodu, który zostawiłam w centrum miasta, żeby nie stracić wysłużonego podwozia, po czym wsiadam i pędzę na mecz. Po zwycięstwo.