[muzyka]
Kwiecie nocy, bezduszny księżycu,
Zaświeć łaskawie na dziewczyny licu.
Dobrodusznie otul ją, świecy płomieniu,
Daj wyspowiadać się Ciszy w skupieniu.
Blada jej skóra, blade też oczy –
Lek w szpitalu umysł zamroczył.
Czerwona rosa na wargach zaschnięta.
Los jej przesądzony, choć kobieta piękna.
Czarne rzęsy i usta różane,
Przez płowego młodzieńca tak miłowane,
Skazane na pustkę pełną cierpienia,
Na zmierzch emocji, pocałunek cienia.
„Bezdechem moim ciszę poskromię,
I nie pozwolę by dotknął kto mnie!
Przytulę do piersi pluszowego misia
Ostatni raz… Natura ma lisia.
Zaczaję się na nich, a gdy tu wejdą
Do planu mojego realizacji przejdę.”
I myśląc tak, na piersi założyła ręce
Poddając wrażliwość ostatniej udręce
I dławiąc w sobie krzyczące serce
Postanowiła nie oddać się męce.
Ku oknu zerknęła, zwabiona stukotem
I zaraz wzrok odwróciła z powrotem.
Nie mogła uwierzyć, że po raz kolejny
On był tam, dokładny, jak na obrazie olejnym.
Pośród drzew, lasu i wichru, i liści
Stał niewzruszony. „– Czemu chcą cię zniszczyć?
Tyś wzorem cnoty i dobre masz serce.
Niechaj zabiorą od Ciebie swoje brudne ręce!”
Podniosła się chwiejnie i niepewnym krokiem
Podeszła do okna, walcząc z duszy mrokiem.
Wyciągnęła rękę, ku ciemnej postaci.
Przysięgali jej wszyscy, że za grzechy zapłaci
Tymczasem Anieli zesłali jej braci sforę.
Lekarze do sali wbiegli nie w porę.
Akurat za chmury schował się księżyc,
Pojmali jej ręce – nie mogła zwyciężyć.
„-Panowie, zwlekać nam nie wypada,
Koszmarów, tę pannę, męczy gromada”.
Wyrywać się chciała, lecz marne jej próby,
W oddali głos puchacza – to symbol jej zguby.
I choć noc taka piękna, dziewczyna związana,
Chociaż przez Boga tak umiłowana.
Skrępowane ręce do krzesła przywiązane,
Ostre narzędzia, na pannę szykowane.
„- Nic nie poczujesz, najwyżej łaskotanie.
Przed bólem chroń ją, o przedwieczny Panie.”
Zabieg wykonali – emocje opadły,
W oddali tylko krzyk dał się słyszeć – to Anioł Upadły.
Kwiecie nocy, bezduszny księżycu,
Zaświeć łaskawie na dziewczyny licu.
Dobrodusznie otul ją, świecy płomieniu,
Daj wyspowiadać się Ciszy w skupieniu.
Blada jej skóra, blade też oczy –
Lek w szpitalu umysł zamroczył.
Czerwona rosa na wargach zaschnięta.
Los jej przesądzony, choć kobieta piękna.
Czarne rzęsy i usta różane,
Przez płowego młodzieńca tak miłowane,
Skazane na pustkę pełną cierpienia,
Na zmierzch emocji, pocałunek cienia.
„Bezdechem moim ciszę poskromię,
I nie pozwolę by dotknął kto mnie!
Przytulę do piersi pluszowego misia
Ostatni raz… Natura ma lisia.
Zaczaję się na nich, a gdy tu wejdą
Do planu mojego realizacji przejdę.”
I myśląc tak, na piersi założyła ręce
Poddając wrażliwość ostatniej udręce
I dławiąc w sobie krzyczące serce
Postanowiła nie oddać się męce.
Ku oknu zerknęła, zwabiona stukotem
I zaraz wzrok odwróciła z powrotem.
Nie mogła uwierzyć, że po raz kolejny
On był tam, dokładny, jak na obrazie olejnym.
Pośród drzew, lasu i wichru, i liści
Stał niewzruszony. „– Czemu chcą cię zniszczyć?
Tyś wzorem cnoty i dobre masz serce.
Niechaj zabiorą od Ciebie swoje brudne ręce!”
Podniosła się chwiejnie i niepewnym krokiem
Podeszła do okna, walcząc z duszy mrokiem.
Wyciągnęła rękę, ku ciemnej postaci.
Przysięgali jej wszyscy, że za grzechy zapłaci
Tymczasem Anieli zesłali jej braci sforę.
Lekarze do sali wbiegli nie w porę.
Akurat za chmury schował się księżyc,
Pojmali jej ręce – nie mogła zwyciężyć.
„-Panowie, zwlekać nam nie wypada,
Koszmarów, tę pannę, męczy gromada”.
Wyrywać się chciała, lecz marne jej próby,
W oddali głos puchacza – to symbol jej zguby.
I choć noc taka piękna, dziewczyna związana,
Chociaż przez Boga tak umiłowana.
Skrępowane ręce do krzesła przywiązane,
Ostre narzędzia, na pannę szykowane.
„- Nic nie poczujesz, najwyżej łaskotanie.
Przed bólem chroń ją, o przedwieczny Panie.”
Zabieg wykonali – emocje opadły,
W oddali tylko krzyk dał się słyszeć – to Anioł Upadły.