Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontrowersyjne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontrowersyjne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 października 2020

Pisane niezrozumieniem

 Karmi się nas

wrogością

niepewnością

przemocą

pseudowolnością


Karmi się nas

zakazem

nakazem

pod postacią ochrony


Karmi się nas

złością

zniewoleniem

rozbiciem

milczeniem


Karmi się nas a my

po prostu się dajemy

niedziela, 16 grudnia 2018

Odsłona XXVI

Już wiem, miłość drogę zna... Chryste, ale bzdura.

Pociągam łyk z brązowawej butelki i śmieję się sama z siebie. Siedzę pośrodku sceny mojego teatru, lekko wstawiona... no okej, całkiem pijana i co Wam do tego? i oglądam te wszystkie super miłosne bajeczki z wytwórni Disneya.

Dawno nie miałam takiego doła. Koleżanka Depresja siedzi sobie w kącie widowni i z nieskrywaną radością szczerzy się do mnie, unosząc kieliszek z czerwonym winem w uroczystym toaście. Mam ochotę czymś w nią rzucić.

Wygoniłam większość, reszta albo nie wie, albo dopiero czeka w kolejce do wykopania z mojego życia. Nie mam siły, siedzę i śmieję się wsparta na ramieniu, które mnie boli i wiem, że długo tak nie wytrzymam i za chwilę wyląduję twarzą na drewnianych, przeżartych przez korniki deskach podłogi.

Chciałam ostatnio uwierzyć, że coś może z tego być. I nie mogę przestać o tym myśleć. A właściwie o opcjach z nim. Jasne, że tak naprawdę ich nie ma. Opcja była jedna i gdyby nie to, że jestem już zmęczona samotnością... to nawet bym nie wpadła na to, żeby rozważyć jego niemoralne propozycje. A chłopina ma talent. Miesza mi w głowie, jak profesjonalista, chociaż chciałabym wierzyć, że nie robi tego świadomie i specjalnie.

- To nie tak.
Jego głos rozlega się gdzieś przy wejściu i widzę, jak schyla się, by nie rąbnąć głową w futrynę. Jest wysoki. Nawet bardzo.

Chcę się zerwać na nogi, ale wiem, że to skończyłoby się tylko spektakularnym upadkiem, a wolałabym mimo wszystko, żeby nie miał o mnie złego zdania.

Nie wiem, co we mnie zobaczył. Jestem brzydka. Gruba. I tak cholernie specyficzna, że dziwna i niewarta uwagi. Wiem to od bardzo dawna. Świat postarał się, żebym nigdy o tym nie zapomniała.

Siedzę więc na miejscu i obserwuję jak się zbliża. Siada na pięć może sześć kroków przede mną, krzyżuje nogi i patrzy na mnie niby to ukradkiem. A ja sama nie wiem, co widzę w jego oczach.

Nigdy nie miałam takiego problemu. Zawsze rozszyfrowywałam ludzi szybko, a jeśli zajmowało mi to więcej niż kilka tygodni, to znaczyło, że mają problemy i trzeba tylko do nich dotrzeć, pokazać, że jest się wartym zaufania. Tak jak było ze Staszkiem.

A tu? Nic. Nie wiem, co mam o nim sądzić. Nie wiem, czy coś w ogóle w nim widzę. Czy to pustka? Czy to tajemnica? Czy to radość? Czy to krzywda?

- To wszystko nie tak.

Parskam śmiechem. Jestem pijana, nie muszę się kontrolować całe życie.

- A jak?

Odwraca wzrok. Nie wiem, dlaczego. Ze wstydu? Żeby ukryć, co tak naprawdę sobą reprezentuje? A może z innego powodu?

- Nie wiem.

Prycham i wstaję. Depresja podnosi się ze swojego kąta i depcze mi po piętach, suka jedna.

- Jak się dowiesz, to wiesz, gdzie mnie szukać.

- Ale Ruda!

Odchodzę w odmęty kulis. Tam jest chyba jakaś sofka. Prześpię się i jutro wstanę z mocnym postanowieniem dania sobie spokoju. Muszę.

Za mną wlecze się kot. Wiem, czyj jest i nareszcie dowiedziałam się jak ma na imię. Mości się u moich stóp, gdy kładę się na sofce. Szloch przerywa ciszę. A później zapada ciemność pełna pewności, że powinnam coś zrobić, ale i tej, że nic z tego nie będzie.

niedziela, 4 czerwca 2017

Drżenie



Do czytania - https://www.youtube.com/watch?v=RCMXO9sBIcU

Drżenie. Opuszki palców suną po skórze, pobudzając do tańca łany włosków ramiennych. Cisza. Ale jakby z wilgocią, płynie i daje się słyszeć rozdygotanym westchnieniem. Bliskość. Szorstkość dotyku, podrażniona ambicja pragnienia kuli się pod powierzchnią i drapieżnie atakuje pieszczotą paznokci. Chciwość. Łapczywe pragnienie rozkosznego rozdrażnienia, rozkosznego uniesienia się ciała i wygięcia go w łuk. 

W pokoju panuje półmrok. Gdzieś tylko latarnia za oknem rzuca trochę blasku, ale to przecież jedna latarnia, a okien jest wiele. Tuż przy jednym światło pochłania zachłanny szmaragd liści tak, że prawie nic już nie zostaje dla ciemności pokoju. Na podłodze coś leży, ale jest ciemno, nie można tego rozpoznać. To chyba ubranie, zrzucone w pośpiechu, pogniecione, pomięte. Niepotrzebne, więc odrzucone w kąt, gdzie nie będzie przeszkadzać, gdzie nikt się nie potknie. Obok coś mniejszego o kształcie przypominającym kwadrat, ale z jedną krawędzią nieregularną, jak gdyby drapieżny kot chwycił to w zęby i próbował rozszarpać. Tuż obok na łóżku to drżenie, ta cisza, ta bliskość, ta chciwość – wszystko uosobione, piękne i brzydkie, romantyczne i zwierzęce. 

Chłód wieczoru atakujący nieokrytą skórę, która i bez niego świetnie sobie radzi z imitowaniem gęsi. Szept, które słyszy tylko to – złączone z dwóch, ale jedno – czy to człowiek? Czy zwierzę? A może zmaterializowane dusze, ocierające się o siebie nawzajem? 

Szept. Dłoń obejmująca pierś. Usta nabrzmiałe i łaknące więcej. Więcej otarć, więcej przygryzania, więcej tańca języków na spierzchniętych wargach. I to wszystko jakieś takie… Wilgotne

Ona z głową na poduszce, przymyka oczy, więżąc w klatce z rzęs i emocji leśne, rdzawozielone oczy, które wpatrzone w niego, o mało nie dały się pożreć czerni źrenicy. On z ustami nad jej ustami, oczami otwartymi szeroko, bacznie obserwującymi reakcję. Jaśniejącymi widokiem wieczornego nieba. Ostrożność. Dotyk. Szorstkość spracowania i delikatność miłości. 

Dotyk. 

Powoli zamieniający się w siłę, w ruch, szybkość. Cisza przerywana jest ostrożnością, ale i pragnieniem, miłością dwóch ciał połączonych w jednym celu, w jednej chwili. Dwóch dusz, sięgających ku sobie wbrew niczego nieświadomych właścicieli. Och. 

Szybkość. Przyspieszenie i jęki, i krzyki, i ciche sapnięcia prosto do ucha. Kocham. Kocham. Aż nagle drapieżność odbita na plecach krwawym wzorem i krzyk organizmu, wystawionego na dawkę endorfin. 

Cisza. Opadłszy na ciało jak koc, delikatnością zapachu prowadzi ich razem w ramiona błogiego szczęścia. 

A rano… zbudzona szelestem obejrzy dwoje. Już osobno, chociaż przytulonych, wciąż z szeptem na ustach i z zapachem miłości w słowach.

sobota, 30 lipca 2016

***ile ra­dości uśmie­chu pot­rze­ba...

ile ra­dości uśmie­chu pot­rze­ba
by zab­liźnić ranę po smutku
ile wyt­rwałości by sięgnąć szczęścia nieba
po­mimo zachmurzenia

stoję pośród ciem­nej masy
twarze się zlewają
ni­by łat­we są dziś czasy
ludzie smut­ne twarze mają

cza­sem tyl­ko w tłumie błyśnie
ra­dość u wariata
który nie zna in­nych smutku
i bez skrzy­deł z dachu spada

świat objęty ramionami
znie­czu­licy strasznej
śmieje się gdy ktoś nieznany
z mos­tu w wodzie gaśnie

wtorek, 24 lutego 2015

Blizny po piórze

Stra­ciłam pióro
Pier­wsze - gdy się urodziłam
Na ple­cach jednak
in­ne pozostały

Stra­ciłam pióro
Gdy za pier­wszym razem
Wo­lałam uciec od świata
w wyob­raźnię. Cóż...

Stra­ciłam pióro
bo chciałam marzyć
i żyć szczęśli­wym
po­wiet­rzem od­dychając. Lecz

Stra­ciłam pióro
będąc wariatem
marzy­cielem, by per­spek­tywę
dla siebie znaleźć.

Stra­ciłam skrzydło
przy stra­cie dzieciństwa
Gdy ręka silna
na twarzy lądowała

Stra­ciłam drugie
gdy - pełna nadziei -
pier­wszy raz się
zakochiwałam

Wyr­wa­ne skrzydła
krwią zbroczyły plecy
ale wciąż żyłam
w nadziei na lep­sze. Lecz...

Niedługo będzie
że stracę siebie
że w końcu odpoczynek
zbędzie życie.

I zam­knę oczy
po­wieki ospałe
I od­dam blizny
przeszłości łaskawej

Stra­ciłam skrzydła
Być może podcięli
mi je niechętni
mo­jej osobie

Stra­ciłam skrzydła
A te­raz wśród mąk
Jes­tem jak demon
Niech dzieje się krzyw­da.

niedziela, 21 grudnia 2014

Jak ja widzę święta...

Nie ma złota, nie ma srebra
słowa ra­nią, mil­cze­nie ka­leczy. Przys­tro­jona jest
ka­ted­ra; ba­ran­ki i osły i upi­ty anioł
zwierzęco śpiewają na chwałę...

Ale chwała - ko­mu? po co? - zni­ka razem
z pier­wszą gwiaz­dką. Co­raz więcej
niena­wiści co­raz więcej złości, krzy­ku - my
ni­by blis­cy - a da­lecy wiel­ce. Te uśmie­chy są bolesne...

Łza w uk­ry­ciu szyb­ko spływa. Boli
od światełek głowa, kark na­rywa od pie­cze­nia... uśmiech
fałszy­wy człowiek przywdziewać
mu­si, opłatek pod stołem się kruszy.
______________
Dawno mnie nie było. Może to dlatego, że jak się jest chociaż trochę szczęśliwszym, to trudniej pisać wiersze.
Tym oto radosnym akcentem życzę Wam wesołych Świąt. Niech będą lepsze niż moje ;)

piątek, 25 lipca 2014

265 słów wynikłych z braku snu.

Nie radzę tego czytać. Nie wiem, skąd mi się wzięło w głowie.


Zastanawiacie się czasem po jaką cholerę nam w życiu plany? Człowiek wyznacza sobie daleki, często nieosiągalny cel, żeby co? Udowodnić coś samemu sobie? Zwiększyć własne możliwości? Pieprzenie. Wyznaczamy sobie coś, czego nie jesteśmy w stanie osiągnąć – taka prawda. Brutalna? A kto powiedział, że będzie miło i przyjemnie? A nawet jeśli wyznaczamy sobie cel, który jesteśmy w stanie osiągnąć, to i tak nam nie wyjdzie. Bo wokół nas jest jeszcze miliard innych ludzi, którzy chcieliby właśnie podobny cel osiągnąć i zrobią wszystko, żeby tobie jednemu się nie udało. Nie ma oryginalności, wszyscy chcą tego samego. Miłości, pieniędzy, spokoju, zdrowia… A jeśli już o zdrowiu mowa – to jak nie powstrzymają Cię ludzie, powstrzyma Cię choroba. No i tak skończysz w piachu. Bo wszyscy umierają. Wszyscy zostaliśmy stworzeni dla jednego skutku. Przyczyna? A bo ja wiem? Ewolucja? Błąd Boga? Fanaberie marnego pisarza? Skutek – śmierć. Z własnej woli albo z woli przeznaczenia. Wolność? W tym przypadku wolność polega na wybraniu sposobu, w jaki odejdziemy na łono Abrahama, do nieba, piekła czy nirwany. Albo zrobimy to tak jak chcemy, albo już w ogóle stracimy na oryginalności i damy się zabić starości, chorobie czy nietrzeźwemu kierowcy na dziurawej drodze. A i tak skończymy w piachu. No, chyba że najpierw nas spopielą. Ewentualnie mogą rozsypać nasze prochy w jakimś ważnym dla nas miejscu, ale tego się w sumie nie robi, „bo są mniejsze szanse na osiągnięcie zbawienia”. Kolejne fanaberie. Pogrzeby są dla żywych, a nie dla zmarłych, to dlatego wymyślają wciąż nowe ograniczenia, wciąż nowe sposoby na uprzykrzanie życia rodzinom, wykosztowującym się na pomniki, stypy i inne idiotyzmy. Bo tak trzeba. Pieprzenie. 

piątek, 20 czerwca 2014

Poemat do bólu

 {muzyka}

Ból wyzwoleniem
Ból ukojeniem
Ból spowiedzią
Ból odpowiedzią...

Kiedy byłam małym stworkiem
Bałam się bólu okropnie
Kiedy zaś dorosłam troszkę
Ból witałam z uśmiechem słodko-gorzkim

Gdy dorosłam choć nie całkiem
uznałam go za uzależnienie
Bólu - w Tobie śmierć i ukojnie

Ból narkotykiem
Ból nawykiem
Ból powiernikiem
Ból żałobnikiem...

środa, 6 marca 2013

Wartość sekundy

Kiedy człowiek zaczy­na do­ceniać war­tość se­kun­dy? Ja­ka jest jej war­tość? Tak niewiel­ka cząstka życia jest zaz­wyczaj niezauważana. Bo w końcu jest ich ty­le, że po pros­tu nie zwra­camy na nie uwa­gi. Nie chce­my się na nich sku­piać, bo to one po­kazują, jak szyb­ko ucieka nam czas. Więc… Czy kiedy­kol­wiek do­ceniamy war­tość se­kun­dy?
Nie wszys­cy i w su­mie całe szczęście, że tyl­ko niektórym jest to… „da­ne”. Cze­mu cudzysłów? Bo to wca­le nie jest miłe doświad­cze­nie, kiedy do­wiadu­jesz się o czymś, co zmienia two­je spoj­rze­nie na czas i przes­trzeń. Gdy zaczy­nasz łaknąć, by każda szczęśli­wa chwi­la zmieniła się z se­kun­dy w mi­nutę, godzinę, dobę… po pros­tu w wie­czność. Zwłaszcza wte­dy, gdy se­kun­dy zaczy­nają pędzić niemiłosier­nie, a to­bie wy­daje się, że jak na złość, ze­gar przys­pie­szył dwu- al­bo i czte­rok­rotnie… bez­li­tośnie bieg­nie do przo­du… w sza­leńczym tem­pie zbliża cię do nieu­chron­ne­go.
„Rak”. To prze­cież brzmi tak niewin­nie. Cóż może ci zro­bić to małe żyjątko, za­mie­szkujące co czys­tszą wodę? Co może ci zro­bić, oprócz uszczyp­nięcia w nos, dla ucie­chy lo­su?
„Rak”. To brzmi jak wy­rok. Jak­byś, nie po­pełniając żad­nej zbrod­ni, zos­tał ska­zany na śmierć, pełną wcześniej­sze­go cier­pienia i czy­hania na upa­dek ko­goś in­ne­go… pa­sożyt­nicze błaga­nie o śmierć in­ne­go człowieka, po­ten­cjal­ne­go daw­cy. I to ok­rutne trwa­nie, se­kun­da za se­kundą - pędząca, ale przedłużająca się, pełna żalu i py­tania „Cze­mu ja?”, ale i tak zbyt krótka. I te niekończące się pre­ten­sje. Dlacze­go wy mi nie po­maga­cie?! Co z was za le­karze?! Jak to nie możecie ope­rować?! Czym ja za­winiłam?!
A później cisza…
Przej­mująca i prze­rażająca. W ta­kich mo­men­tach czu­jesz strach. Na­macal­ny. Żywy. Zim­ny. Prze­nikający chłód. Drętwiejące kończy­ny. Drżące war­gi i dłonie. I ty cała drżąca, niero­zumiana. A to wszys­tko w imię bez­silności człowieka.
***
- Przyk­ro mi, pa­ni Aga­to, ale ra­diote­rapia nie przy­nosi skutków, a che­miote­rapia w pa­ni przy­pad­ku jest bez­sensow­na. Po­zos­ta­je cze­kać na przeszczep – oz­najmił le­karz, stojąc ode mnie w bez­pie­cznej od­ległości. Ocze­kiwał z pew­nością, aż coś mu od­po­wiem, ja­koś za­reaguję, choćby rzu­coną po­duszką czy szklanką, która stała spo­koj­nie na szaf­ce. Tak by­wało już wcześniej, gdy in­formo­wano mnie o ko­lej­nych nieuda­nych próbach zna­lezienia le­ku. Ale mnie już było wszys­tko jed­no. Sie­działam nierucho­mo, obej­mując no­gi ra­miona­mi, położyw­szy głowę na ko­lanach. Marzyłam tyl­ko o tym, żeby włosy opadły mi na twarz, wciąż w trzech różnych ko­lorach, jak za daw­nych lat, kiedy jeszcze je miałam. W końcu przychodzi ta­ki czas, że już nic cię nie in­te­resu­je, już nie chce ci się wal­czyć. Sie­dzisz w miej­scu i cze­kasz na śmierć.
Gdy mężczyz­na na docze­kał się reak­cji z mo­jej stro­ny, wyszedł i poz­wo­lił wrócić do po­mie­szcze­nia mo­jej zat­roska­nej mat­ce i prze­rażone­mu chłopa­kowi, którzy na­tychmiast zbom­bardo­wali mnie mi­lionem py­tań. Złapałam się za głowię, za­cis­kając dłonie na uszach, błagając w duchu, żeby po pros­tu so­bie poszli. Chciałam tyl­ko być sa­ma. Mil­czałam, bo nikt nie pot­rze­bował słów, ale i dla­tego, że nie miałam siły przyz­na­wać się, że przeg­ry­wałam z moją cho­robą. Po pros­tu przeg­ry­wałam – ta myśl była nie do zniesienia, a gdy­bym po­wie­działa to na głos, z pew­nością pod­dałabym się i nie byłoby już ze mnie żad­ne­go pożyt­ku. Naj­gor­sze, co te­raz mogłam zro­bić, to stra­cić wiarę. Wiarę, która po­woli ula­tywała mi z płuc jak po­wiet­rze. Wys­tar­czyłaby se­kun­da, słowa praw­dy i zniknęłaby ze mnie cała wo­la wal­ki. To jest potęga słów i se­kun­dy.
***
Sie­działa tam w bez­ruchu, obej­mując no­gi ra­miona­mi, od po­nad godzi­ny. Le­karz coś jej po­wie­dział i od tej po­ry odez­wała się tyl­ko raz – żeby wy­walić wszys­tkich z sa­li bez­ce­remo­nial­nie i z taką siłą, ja­ka zaw­sze w niej była. Te­raz stałem przed po­kojem nu­mer 7 i ob­serwo­wałem przez niewielką szybkę, jak miłość mo­jego życia więdnie i usycha, po­dob­nie do żółtych frez­ji, które stały na szaf­ce noc­nej tuż obok łóżka Aga­ty. To niewiel­kie okien­ko to te­raz je­dyny sposób na zo­bacze­nie jej w rzeczy­wis­tym sta­nie. A nies­te­ty nie był on te­raz ta­ki, ja­kiego chciałbym móc ocze­kiwać. Aga­ta naj­wy­raźniej mu­siała się pod­dać. Nie dos­trzegłem w niej już żad­nej oz­na­ki siły czy choćby wo­li wyz­dro­wienia.
- Ka­rol, dziec­ko – usłyszałem za sobą zmar­twiony głos jej mat­ki. Czter­dzies­to­pięciolet­nia ko­bieta stanęła za moimi ple­cami i z tru­dem sięgnęła mo­jego ra­mienia. Była ni­ziut­ka, z resztą jak i Aga­ta, a ja prze­cież gry­wałem w koszykówkę w miej­sco­wym klu­bie. Z resztą Aga zachęcała mnie, żebym nie re­zyg­no­wał z tre­ningów z po­wodu jej cho­roby. Te­raz ten czas wy­dawał się być tak cho­ler­nie od­legły, tak strasznie ab­strak­cyjny, jak­by był je­dynie mglis­tym wspom­nieniem wy­darzeń, zmieniających całe mo­je życie… nasze życie.
Do­piero, gdy pa­ni Krys­ty­na wy­ciągnęła z to­reb­ki paczuszkę chus­teczek, zo­rien­to­wałem się, że łzy spływają mi po po­liczkach. W tym mo­men­cie ogarnął mnie roz­paczli­wy chichot. Płakałem. Ja! „Niebo się wa­li na nasze głowy!” – niemal słyszałem, jak Aga­ta wyk­rzy­kuje mi to do ucha. Zaw­sze tak mówiła, gdy byłem smut­ny, a te­raz? Te­raz to i ziemia uciekała nam spod stóp. W trak­cie kil­ku chwil, za­led­wie dwa miesiące wcześniej, mo­je życie stra­ciło, wyglądające na sta­bil­ne, fun­da­men­ty. W trak­cie ko­lej­nych se­kund ser­ce zaczęło mi pędzić w zas­traszającym tem­pie, tak jak, po­zor­nie ciągnący się, czas. Se­kun­da stra­ciła i równocześnie zys­kała na war­tości. Pod­czas se­kun­dy mogłem zo­baczyć uśmiech na twarzy ko­biety, którą kocham, a równocześnie mogłem oce­nić, jak bar­dzo rak ją niszczył. Ala­bas­tro­wa skóra zszarzała, włosy szyb­ko wy­padły. Schudła. Zmar­niała. Zni­kała mi w oczach. Po pros­tu umierała z chwi­li na chwilę co­raz bar­dziej, wprost wyśliz­gi­wała mi się z rąk, a pędzący czas nie poz­wa­lał wie­rzyć, że znaj­dziemy dla niej ja­kieś le­kar­stwo, które poz­wo­li mi ją jed­nak przy so­bie zat­rzy­mać.
***
Sie­działam spo­koj­nie na swoim krześle w po­koju soc­jalnym na SOR-ze, piłując paz­nokcie w chwi­lowym bra­ku zajęcia i cze­kając cier­pli­wie na powrót ka­ret­ki, w której jeździł mój mąż. Tym ra­zem je­go po­mocy pot­rze­bowały ja­kieś dzieciaki pod Tar­no­wem, „ofiary” wy­pad­ku. Od ra­zu wiado­mo było, że pi­jani al­bo naćpa­ni. Świat zys­ka, jeśli kil­ku ta­kich łepków dla przykładu um­rze w wy­pad­ku. Może ktoś się cze­goś wte­dy nau­czy. Może po­myśli, za­nim w ułam­ku se­kun­dy pos­ta­nowił wsiąść za kierow­nicę i na­razić życie przy­jaciół czy rodzi­ny.
Pil­niczek spraw­nie prze­suwał się po moich paz­nokciach, kiedy w od­da­li usłyszałam dźwięk zbliżającej się ka­ret­ki. Wy­biegłam więc przed szpi­tal, dziękując Bo­gu, że wios­na w tym ro­ku pos­ta­nowiła na­dejść trochę wcześniej, po czym pod­biegłam do ot­wiera­nego właśnie sa­mocho­du. Za mną po­jawił się le­karz dyżur­ny.
- Dziew­czy­na, lat 21, moc­no po­tur­bo­wana. W drodze nam się zat­rzy­mała, ale udało się przywrócić ak­cję ser­ca. Niep­rzy­tom­na, sil­ny krwo­tok ze zmiażdżonej kończy­ny – po­wie­dział rzeczo­wo mój mąż, po­dając le­karzo­wi podkładkę z in­formac­ja­mi, po czym sięgnął do ka­ret­ki, żeby pomóc dru­giemu z ra­tow­ników wyjąć łóżko ze środ­ka.
- Przy­goto­wać salę ope­racyjną, ściągnąć na ci­to dwóch chi­rurgów i anes­tezjo­loga – rzu­cił dok­tor w moją stronę, przej­mując od Ada­ma kar­tkę z no­tat­ka­mi. – Były przy nim ja­kieś do­kumen­ty, por­tfel? – usłyszałam, jak py­ta mo­jego męża, ale nie usłyszałam już od­po­wie­dzi, bo po­biegłam na chi­rur­gię na pier­wszym piętrze. Liczyło się te­raz jak naj­szyb­sze przy­goto­wanie do ope­rac­ji. Każda chwi­la była ważna, naćpa­ni czy nie, po­moc im się na­leżała.
***
- I co z nią dok­torze? – usłyszałem, gdy tyl­ko wyszedłem z sa­li ope­racyj­nej. Prze­de mną po­jawił się chłopak, owi­nięty ban­dażem na połowie twarzy, z zak­ry­tym okiem. Wyglądał niecieka­wie i miał prob­lem z tym, żeby ut­rzy­mać równo­wagę.
- Kim pan jest? – za­pytałem znużonym to­nem. Czułem, że jeszcze se­kun­da i zasnę na stojąco.
- To kierow­ca sa­mocho­du. Te­go z wy­pad­ku – po­wie­działa jed­na z pielęgniarek, zda­je się, że ta, która przy­goto­wywała cały blok ope­racyj­ny. Spoglądała na chłopa­ka z taką złością, że miałem wrażenie, że za se­kundę ogień piekiel­ny go pochłonie. I w tej se­kun­dzie mój sto­sunek do te­go dzieciaka się zmienił.
- Ona prak­tycznie nie żyje, gównia­rzu. Pod­trzy­muje­my ją tyl­ko chwi­lowo, żeby się zo­rien­to­wać, gdzie pot­rze­ba ser­ca i wątro­by, bo reszta się nie na­daje – oz­najmiłem os­chło i od­szedłem. Co za cho­lera mnie pod­ku­siła? Ja­ko le­karz nie miałem pra­wa udzielać mu choćby naj­mniej­szej in­formac­ji, ale tak chwi­la, w której pos­ta­nowił wsiąść za kółko sa­mocho­du, po­win­na go od tej po­ry prześla­dować do końca życia. Może gdy­by za­wahał się jeszcze se­kundę, może gdy­by jed­nak po­myślał! Ta dziew­czy­na te­raz by żyła. To prze­rażało w pra­cy le­karza. Chwi­la, za­led­wie ty­le cza­su, ile pot­rze­ba, żeby pstryknąć pal­ca­mi i człowiek żył al­bo nie. Se­kun­dy tak strasznie pod­kreślają naszą kruchość.
***
- Wra­caj szyb­ko – po­wie­działa mo­ja żona i od­sunęła się, przyt­rzy­mując zielon­ka­wy far­tuch pielęgniar­ki, żeby śmigło nie pod­winęło jej stro­ju. Wyglądała na zat­roskaną, jak zwyk­le, kiedy mu­siałem wsiąść do śmigłow­ca, żeby prze­wieźć or­ga­ny. To tak, jak­bym miał w rękach życie nie jed­nej, ale dwóch osób – tej, do której narządy na­leżały i tej, która miała być ich no­wym właści­cielem.
- Adam, drzwi – usłyszałem i poczułem, że pi­lot zaczy­na pod­no­sić maszynę w po­wiet­rze, pod­czas gdy ja jeszcze nie zam­knąłem się w ka­binie. Niezwłocznie więc to uczy­niłem, po­machałem żonie i po chwi­li już od­da­liliśmy się na ty­le od szpi­tala, że mo­ja żona zos­tała tyl­ko mróweczką. Cze­kało nas kil­ka godzin mo­noton­nej dro­gi na dru­gi ko­niec Pol­ski, z ciągnący­mi się - dla nas i dla cze­kających na nas le­karzy – se­kun­da­mi.
***
- Jest pa­ni go­towa, pa­ni Aga­to? – usłyszałam nad sobą głos pielęgniar­ki, która właśnie kończyła po­dawać mi lek usy­piający. W dal­szym ciągu nie mogłam uwie­rzyć, że jed­nak zna­lazł się kom­pa­tybil­ny daw­ca. Niewiele o nim wie­działam. Tyl­ko, że to z wy­pad­ku i że miał 21 lat. Nie po­wie­dziano mi na­wet, ja­kiej był płci. Liczył się czas, a nie zbędne wy­jaśnienia. Naj­ważniej­sze było dla le­karzy, że miał w por­tfe­lu dek­la­rację, że w przy­pad­ku je­go śmier­ci, narządy mogą pob­rać dla in­nych. „Oświad­cze­nie wo­li”, tak to się chy­ba na­zywa.
Poczułam, że zaczy­nam myśleć co­raz mniej skład­nie i nie mogę złożyć do ku­py dwóch słów, nim przyłożono mi maskę tle­nową. Kil­ka se­kund i odpłynęłam w ni­cość. W świat marzeń. Nieis­totnych, nieskład­nych ob­razów. Bez­pie­czeństwo. Sta­bil­ność. Ra­dość. Miłość. Strach. Nadzieja.
***
Ja­ka jest war­tość se­kun­dy?
Se­kun­da jest war­ta ty­le, ile życie ludzkie.
Kiedy ją do­ceniamy?
Gdy nasze życie za­leży od jej przychyl­ności.