Pokazywanie postów oznaczonych etykietą depresja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą depresja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 października 2023

Odsłona bóg wie która

 [muzyka]

Wiesz jak to jest mieć siebie dość? Patrzeć w lustro i mieć ochotę walnąć w nią pięścią, żeby rozleciało się na milion kawałków? Bo Ty już dawno rozpadłaś się na milion kawałków i każda próba pozbierania się i posklejania niewiele daje.

Znowu siedzę i ryczę, i to kompletnie bez żadnego powodu. Tylko tyle i aż tyle, że rzygać mi się chce na myśl o samej sobie. Wokół jest sporo życzliwych ludzi, próbuję się poskładać z powrotem do jakiejś względnej kupy, niby zewsząd wyciągnięte ręce z pomocą, a ja nawet nie umiem za nie chwycić. I nie do końca jestem przekonana, że chcę za nie chwycić. I to chyba jest mój największy problem – czy ja na pewno jeszcze chcę o siebie zawalczyć?

Mam takie zdjęcie, nawet profilowe na portalach społecznościowych i ostatnio pomyślałam, że powinnam je opisać „Tak wygląda depresja”. Jestem tam uśmiechnięta pełną gębą, nie widać odrostów ani podwójnego podbródka. Tak, zdjęcie to ja sobie potrafię zrobić. Byłam wtedy na chwilę przed odbiorem kota, który od jakiegoś czasu był już jedynym powodem, dla którego nie poszłam zwiedzać spodu pociągu na torach. Teraz siedzi mi na kolanach. Od wczoraj mnie na krok nie odstępuje. Chyba łapie, że mam wszystkiego ponad stan.

I teraz najlepsze. Znalazłam kogoś, kto wydaje się aż nieprawdopodobny. Kto chce obok mnie być, choćby przez kilka godzin. Kto rozmawia ze mną od przebudzenia, do pójścia spać. Jest normalny. Czuły, opiekuńczy, martwi się o mnie. Jest też atrakcyjny. Stara się. Wziął mnie z całym moim popierdoleniem i skrzywieniem. Przez kilkanaście dni było cudownie. A później mój nastrój znowu zaczął lecieć na łeb. Przecież ktoś taki jak ja nie zasługuje już w życiu na nic dobrego. A już na pewno nie na spieprzenie komuś kilku miesięcy z jego egzystencji.

Bo ja w końcu zniknę. Kiedyś w końcu niebo spierdoli mi się na głowę i już się nie podniosę. Warto kogoś takiego trzymać przy sobie?

.

.

.

Nie.

poniedziałek, 31 lipca 2023

W połowie

[muzyka]


Jestem połówką

czuję w połowie

żyję w połowie

czekam


zegar tyka nieubłaganie

wstań, walcz, poddaj się

świat trwa

trwa dalej

bez Ciebie i beze mnie


Huk rozlepianych powiek

huk łzy upadającej na padołek

krzyk

cisza wrzeszczy

Pytam

Dlaczego?

poniedziałek, 6 lutego 2023

zamknij oczy

 zamknij oczy

niech ciemność otuli

Twoją smutną duszę


zamknij oczy

w więzieniu z powiek

oddech łatwiej się toczy


zamknij je

zamknij szczelnie


zamknij oczy

niech uśmiech

złemu losowi łzę utoczy

niedziela, 22 listopada 2020

Odsłona XXVIII

 [muzyka]

Wyrywam się z domu na spacer. W głowie pobrzmiewają oskarżenia, pretensje. Czym jesteś zmęczona? Przecież siedzisz w domu! A ja muszę do pracy... Tak, mamo, bo tylko Ty pracujesz. A że ja siedzę non stop przed komputerem i pracę kończę o 21.15, gdzie lekcje skończyłam już dawno, że trzeba się zająć milionem nie moich problemów, że non stop ktoś potrzebuje skrawka rozmowy, wyświetlanej na monitorze świecącym zbitkiem literek... Czymże mogę być zmęczona?

Idę opustoszałymi ulicami miasta żółto-niebieskich i biało-niebieskich elfów, stających do siebie plecami, jakby w opozycji. Gdzieś na wysokim balkonie powiewa czarna jak noc flaga z białym napisem i czerwoną potterowską błyskawicą. Od czasu do czasu przejedzie obok jakiś samochód, albo minie się zagubionego przechodnia, czasem wyraźnie nie radzącego sobie z lekkimi smagnięciami coraz chłodniejszego wiatru.

Idzie zima. Gdzieś obok przebiega kot, a zabłąkany pies z niezidentyfikowanym obiektem w zębach zakręca się pod nogami, zdziwiony, że ktoś się do niego odezwał. Błyskają światła latarni i czerwono-zielono-pomarańczowe błyski sygnalizacji świetlnej mrugają do mieszkańców. Z ust pewnie chciałaby wydostać się mleczna para, ale hamowana jest przez wszechobecne maski. W mieszkaniach budynków świecą się światła, a ktoś nawet ozdobił już swoje okna kolorowymi lampkami, sygnalizując nieubłagany upływ czasu. 

Idą święta. Ale nie chcę o nich myśleć, bo w głowie mam tylko ten cały fałsz, który wylewa się w piosence nieszczerych życzeń i maskach uśmiechu. Tęsknię za moimi maskami.

Jakiś zabłąkany liść spada mi na okrytą czapką głowę. W kieszeni karminowej kurtki natarczywie dźwięczy telefon, ale nie chcę na niego reagować. Potrzebuję odpocząć od całego świata i siebie samej, bo powolutku znów nie mogę sama ze sobą wytrzymać. Pretensje nie pomagają. 

Moje nogi kierują się w stronę pobliskiego parku. Z tęsknotą patrzę na budynek miejskiej biblioteki, w której chciałabym się zamknąć na tydzień i poprzeglądać co tam nowego, co mogłoby mi się przydać, a co dla przyjemności mogłabym poczytać. Nie mam czasu na czytanie wśród milionów wiadomości, tysięcy pytań, setek pretensji i kilku ciepłych słów, które od czasu do czasu zabłądzą do mojej świadomości. Drżę, bynajmniej z zimna. Zagłębiam się w siatkę betonowych ścieżek i spojrzenie ciemności, która zewsząd czai się na zbłąkanego przechodnia. Czarna tafla stawu faluje przyjemnie jak gdyby zapraszając zastraszone dusze. Nie ulegam, nie jest aż tak źle, choć momentami pojawia się jedna czy druga myśl o tym, kto cierpiałby po tym, jakbym odeszła. Od razu przed oczami staje mi kilka znajomych twarzy, więc potrząsam głową, a rude loki pchają mi się do oczu, odganiając na trochę trudne myśli.

Ktoś na mnie czeka, więc przyspieszam kroku. Mijam pojedynczą parę z kundelkiem o piaskowym zabarwieniu i opuszczam park. Daję znać czekającym i kieruję się na kwadrat. To mało bezpieczne, bo w okolicy kręci się patrol, jeden czy drugi, czyhając tylko na moment, kiedy bawełniana maska z uśmiechniętymi nietoperzami zsunie się z ludzkiej twarzy. Niby samoistnie, a niby specjalnie, by do płuc dotarło nieco więcej świeżego powietrza. 

Podchodzę pod znajomy blok. Wysyłam wiadomość i sięgam po coś, co dotąd nigdy nie było mi niezbędne do uspokojenia drżących, bynajmniej z zimna, porysowanych zmęczeniem dłoni. Wiem, że pod oczami pojawiły mi się już pierwsze oznaki wieku, a nos zmarszczył się odrobinę, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Powiedziałabym lustrzanemu odbiciu, że dodaje mi to uroku. W paczce jest jeszcze kilka sztuk, więc bez wyrzutów sumienia odpalam i zaciągam się miętowym posmakiem nikotyny. Obok parkuje człowiek, auto już lekko naznaczone zębem czasu warczy jeszcze przez chwilę, zanim silnikowi odetnie się dopływ paliwa. Światła przez chwilę mnie oślepiają tak, że nie zauważam kiedy żar parzy mi palce, a obok pojawia się dwójka ważnych dla mnie ludzi. Żartujemy, a mimo to w moich oczach pojawiają się łzy. 

Czym Ty jesteś zmęczona, przecież siedzisz tylko w domu!

Zamykam oczy na chwilę i wymuszam uśmiech na twarzy. Idziemy ramię w ramię posiedzieć i pomarznąć, by coś robić wspólnie, a nie - jak zawsze - osamotnieni.

poniedziałek, 30 marca 2020

Zapodziana

[muzyka]

Jestem zepsutą zabawką,
której ktoś dać zechciał nowe życie.
Czy jesteś rozwiązaną zagadką?
Oczy uciekają w słów-kłamstw ukrycie.

Ująłeś mnie uśmiechem,
co zdobi Twoją twarz bez końca,
chociaż pod perlistym śmiechem
skryta jest mała, zagubiona owca.

Iskry w Twych błękitnych oczach
ostatnio giną, przepadają...
Zjada je blady strach.
Spierzchnięte usta od zębów pękają.

Zostań - krzyczę, milcząc przecież -
Bez Ciebie już nie wiem, gdzie podziać się.

niedziela, 29 grudnia 2019

Odsłona XXVII

[muzyczka]
Pędem wpadam do mojej garderoby i zatrzaskuję za sobą drzwi. Zasuwka ze zgrzytem zapada się w sobie i już wiem, że w końcu złapię trochę spokoju. Szybko podchodzę do skrzynki, którą po tylu miesiącach w końcu odnalazłam, niemalże frunę w jej stronę, odczuwając w końcu upragniony spokój, poczucie bezpieczeństwa, którą daje mi jej zawartość. Bo kto powiedział, że do tego potrzebny jest drugi człowiek?

Patrzę z czułością na wyłaniające się stamtąd białe, czarne i szare maski, niesamowity twór, który jakiś czas temu - ile to ja miałam lat? Z 15? - jakiś czas temu stał się moją naturą. Gdy tylko jedna z nich dotyka mojej twarzy, ogarnia mnie ten błogi spokój, to poczucie, że nikt nie ma prawa zrobić mi krzywdy. Z prędkością światła przetwarzają strukturę mojej - kruchej i poplątanej - istoty, moja twarz lekko przenika się z ciepławym, nieludzkim materiałem, który wówczas ewoluuje... Właśnie. W co?
We mnie - ale taką mnie konkretną. Mogę być miła, odczuwając wstręt. Mogę uśmiechać się, gdy jest mi smutno, okazywać zrozumienie, choć sama nie mam pojęcia, o co chodzi. Do tego na tyle skutecznie, że ludzie o tym nie wiedzą, nie zauważają masek.

Maski to wynalazek, do którego każdy może i musi dojść sam - nie ma instrukcji obsługi, żadnych lekcji z budowy i technik użytkowania masek czy kursów i szkoleń. Nie ma nauczycieli ani tym bardziej uczniów. To dziewiczy teren. Ale gdy uda ci się je skutecznie oswoić, to staną się twoim atutem i bronią przed światem - tym okrutnym, męczącym i destabilizującym światem. Ale z czasem zgubisz własną twarz. Sam oceniaj, czy to dobrze, czy źle. Ja jej już nie pamiętam. A maski zmieniam z wprawą zawodowca.

Przyklękam przed starym kufrem z drewna. Zdobienia jeszcze lśnią od lekko przetartego już lakieru. Jakiś miesiąc temu, może 2(?) - starłam kurz z wieka. Zaczynam powoli przeglądać zawartość. Wąska stróżka światła pada przez zbitą szybę okna. Wraz z nią do pomieszczenia wpada chłodnawy podmuch zimy, ale lubię to uczucie gęsiej skórki, jakie wywołuje jego liźnięcie na mojej skórze. Swoją drogą, gdzie ten śnieg... Myśli często uciekają mi przy tej czynności do czegoś innego. Czasem są banalne, jak marzenia o białym, lekkim puchu, pokrywającym ziemię, a czasem biegną do jakiegoś problemu, który muszę przeanalizować i rozwiązać. Albo chociaż pomóc rozwiązać. Im starsza jestem, tym dochodzę do wniosku, że czasem to nie o rozwiązanie chodzi, ale o obecność i zrozumienie. I chociaż nóż sam się w kieszeni otwiera na to, co z dziećmi wyprawiają dorośli, to możesz tylko stać murem przy takim piętnastolatku i pokazywać, że nie jest sam.

Nawet nie zauważam, gdy lśniąca i wypucowana wredotka trafia z powrotem do swojej szkatułki. Następnie czas na obojętność i złość, a później w moich dłoniach - lekko zeschniętych i z popękaną skórą od detergentu - lądują też dobrotliwość, empatia czy współczucie. Wszystkie odkładam do odpowiednich pudełek. UGH. Sporo kurzu nazbierało się pod brzegami niektórych masek, których używałam tylko na początku, gdy tak dobrze nie rozumiałam ich przeznaczenia. Są tam najczęściej hybrydki. Obojętność z radością, nieobejmującą oczu, która to pozwalała mi ukrywać lepiej niż wszystkie długie rękawy jeszcze krwawiące rany, od przeciągniętej po skórze żyletki. Uśmiech ze smutkiem, mająca podobny efekt, ale chowająca raczej te psychiczne zarysowania. Ból z euforią. To najciekawsza hybrydka w mojej kolekcji. Prawie prawdziwa. Ból był kiedyś dla mnie substytutem przyjemności.

Akurat kończę wycierać niezbyt upaskudzone zaskoczenie, gdy do drzwi rozlega się cichutki stukot. Wiem, kto jest po drugiej stronie. Mój wodzony magnes na ludzi z problemami mocno się uaktywnił, gdy zaczęłam pracować w szkole, a jego wyczuwałam już, gdy postawił pierwszy krok w moim małym teatrze. Och, nie, nie widziałam go na widowni. Wiem, że go tam nie było. Raczej warto by szukać go za sceną, gotowego wejść na środek i prowadzić filozoficzne dyskusje, ukrywając tym samym swoją wrażliwą duszyczkę, noszoną w ukryciu na ramieniu. Zakładam zaskoczenie na twarz i czekam przez sekundę czy dwie, aż pukanie rozlegnie się jeszcze raz.

Gdy się nie rozlega przez tę chwilę, otwieram drzwi. Widzę, jak w ostatniej chwili chłopiec cofa nogę znad krawędzi schodów i ogląda się przez ramię. Na twarzy rozciąga mu się uśmiech. Chyba nawet szczerze mnie lubi, nie tylko szuka pomocy. Oczy jednak pozostają przygaszone, wiem, czego to oznaka. W ostatniej chwili zauważam, jak fragment maski wtapia się gdzieś w brodę chłopaka.

- Och, to Ty? - pytam w zgodzie ze swoją maską, która jednak troszeczkę się buntuje, bo moja istota potrzebowała by tu raczej uśmiechu i profesjonalizmu. - Wejdź - mówię zamiast tego, odsuwając się na krok i pozwalając, by gość zerknął do mojej małej garderoby na poddaszu i zdecydował, czy na pewno to miejsce dla niego. Coś w środku go przekonuje, bo powoli przekracza próg poddasza. Widzę, jak chłonie każdy element mojego małego królestwa. w międzyczasie zdążam zmienić maskę na zainteresowanie, a w rękawie czuję współczucie, którego sam zainteresowany pewnie nie chciałby u mnie zobaczyć. Ale jest naturalną reakcją i trudno byłoby mi się bez niego obyć. Wiem, co za chwilę usłyszę.

- Ojej. Więc nie wydawało mi się. Pani też gra w maski.

Czuję jak serce zatrzymuje mi się na ułamek sekundy i po chwili wznawia rytm. Nigdy nie skupiałam się na ukrywaniu masek, bo nie było mi to do niczego potrzebne. Teraz jestem naprawę zaskoczona, choć oczywiście zainteresowanie nie daje tego po mnie poznać.

- Jakoś specjalnie ich nie ukrywam, Myszko - mówię i zdobywam tym kolejny punkt w chyba nieskończonej skali zaufania. Proponuję coś do picia i siadamy - on na kanapie, ja na krześle przy biureczku z lustrem. Zerkam na sekundę na swoje własne spojrzenie i upewniam się, że nie widać tego, czego nie powinien zobaczyć. Nie chcę, by interesował się moją przeszłością, nie mam ochoty pokazywać mu, że bardzo się nim przejmuję. Chcę zachować pozory profesjonalizmu, by nie czuł się przytłoczony.

Gadamy o pierdołach. Tylko między zdaniami przemyca mi jakąś informację o sobie, która wniosłaby coś do sprawy. Widzę, że ma problem z wytrzymywaniem ciszy - musi cały czas mówić, co jest zapewne oznaką niepewności i strachu przed nią, przed tym, co brak dźwięków, może w nim wykazać. Oczywiście maska półuśmiechu nie schodzi mi z twarzy, chociaż nie umie objąć nią oczu. Wiem, że to wciąż początki zabawy w teatr w tym przypadku. I sama nie wiem, czy powinnam pozwolić mu się rozwinąć, czy raczej interweniować, by maski go nie pochłonęły.

Bo maski gubią Twoją twarz. Sam zdecyduj czy to dobrze, czy źle. A później daj im się żywić swoją nadwrażliwością na świat lub odrzuć nadwrażliwość i walcz o swoje w inny sposób.

niedziela, 16 grudnia 2018

Odsłona XXVI

Już wiem, miłość drogę zna... Chryste, ale bzdura.

Pociągam łyk z brązowawej butelki i śmieję się sama z siebie. Siedzę pośrodku sceny mojego teatru, lekko wstawiona... no okej, całkiem pijana i co Wam do tego? i oglądam te wszystkie super miłosne bajeczki z wytwórni Disneya.

Dawno nie miałam takiego doła. Koleżanka Depresja siedzi sobie w kącie widowni i z nieskrywaną radością szczerzy się do mnie, unosząc kieliszek z czerwonym winem w uroczystym toaście. Mam ochotę czymś w nią rzucić.

Wygoniłam większość, reszta albo nie wie, albo dopiero czeka w kolejce do wykopania z mojego życia. Nie mam siły, siedzę i śmieję się wsparta na ramieniu, które mnie boli i wiem, że długo tak nie wytrzymam i za chwilę wyląduję twarzą na drewnianych, przeżartych przez korniki deskach podłogi.

Chciałam ostatnio uwierzyć, że coś może z tego być. I nie mogę przestać o tym myśleć. A właściwie o opcjach z nim. Jasne, że tak naprawdę ich nie ma. Opcja była jedna i gdyby nie to, że jestem już zmęczona samotnością... to nawet bym nie wpadła na to, żeby rozważyć jego niemoralne propozycje. A chłopina ma talent. Miesza mi w głowie, jak profesjonalista, chociaż chciałabym wierzyć, że nie robi tego świadomie i specjalnie.

- To nie tak.
Jego głos rozlega się gdzieś przy wejściu i widzę, jak schyla się, by nie rąbnąć głową w futrynę. Jest wysoki. Nawet bardzo.

Chcę się zerwać na nogi, ale wiem, że to skończyłoby się tylko spektakularnym upadkiem, a wolałabym mimo wszystko, żeby nie miał o mnie złego zdania.

Nie wiem, co we mnie zobaczył. Jestem brzydka. Gruba. I tak cholernie specyficzna, że dziwna i niewarta uwagi. Wiem to od bardzo dawna. Świat postarał się, żebym nigdy o tym nie zapomniała.

Siedzę więc na miejscu i obserwuję jak się zbliża. Siada na pięć może sześć kroków przede mną, krzyżuje nogi i patrzy na mnie niby to ukradkiem. A ja sama nie wiem, co widzę w jego oczach.

Nigdy nie miałam takiego problemu. Zawsze rozszyfrowywałam ludzi szybko, a jeśli zajmowało mi to więcej niż kilka tygodni, to znaczyło, że mają problemy i trzeba tylko do nich dotrzeć, pokazać, że jest się wartym zaufania. Tak jak było ze Staszkiem.

A tu? Nic. Nie wiem, co mam o nim sądzić. Nie wiem, czy coś w ogóle w nim widzę. Czy to pustka? Czy to tajemnica? Czy to radość? Czy to krzywda?

- To wszystko nie tak.

Parskam śmiechem. Jestem pijana, nie muszę się kontrolować całe życie.

- A jak?

Odwraca wzrok. Nie wiem, dlaczego. Ze wstydu? Żeby ukryć, co tak naprawdę sobą reprezentuje? A może z innego powodu?

- Nie wiem.

Prycham i wstaję. Depresja podnosi się ze swojego kąta i depcze mi po piętach, suka jedna.

- Jak się dowiesz, to wiesz, gdzie mnie szukać.

- Ale Ruda!

Odchodzę w odmęty kulis. Tam jest chyba jakaś sofka. Prześpię się i jutro wstanę z mocnym postanowieniem dania sobie spokoju. Muszę.

Za mną wlecze się kot. Wiem, czyj jest i nareszcie dowiedziałam się jak ma na imię. Mości się u moich stóp, gdy kładę się na sofce. Szloch przerywa ciszę. A później zapada ciemność pełna pewności, że powinnam coś zrobić, ale i tej, że nic z tego nie będzie.

środa, 15 sierpnia 2018

Odsłona XXV

Wbiegam, dysząc ciężko, po schodach mojego teatru. Znowu wygląda jak coś, co kiedyś przypominało piękny neogotycki budynek, ale zaniebali go właściciele i teraz odpadło mu trochę tynku, a farba zszarzała i wykruszyła się w wielu miejscach. Jestem pewna, że z tyłu znowu rozprzestrzenił się ten bezczelny bluszcz. Jestem zła na siebie. Wiem, że to moja wina, że tak długo mnie tu nie było. A potrzebowałam tego oczyszczenia, mojego prywatnego katharsis, tej ucieczki i oddechu.
Nie sądziłam, że miłość może być destrukcyjna na polu twórczym. Chociaż, tak, zgryźliwy czytelniku, obserwatorze. Trudno moją bazgraninę i występy cyrko-kabaretowe uznać za twórczość. Ale lubię tak o nich myśleć.

Wpadam do pomieszczenia kontrolnego i zapalam wszystkie światła, kaszląc jednocześnie od kurzu. Ugh, czy ja przestałam płacić dozorcy?
Odpalam komputer i szukam jakiejś przyzwoitej piosenki. Sama nie wiem, co się ze mną działo. Ot, blokada. Kiedy tylko patrzyłam w stronę teatru, miałam ochotę wymiotować i unikałam go jak ognia.

Z ulgą witam załączającą się klimatyzację i biegnę po schodach, by dotrzeć do starej garderoby. Zaraz wpadnę w moje maski i będę mogła z ulgą powitać złośnicę, wredotę, szczęściarę i wiele, wiele innych. Muszę odpocząć od mojej zmęczonej twarzy.

Miłość - właśnie ona zadziałała na mnie tak okrutnie. Przestałam umieć wyrażać siebie, coś mi gdzieś umnęło. Może uznałam to za nieporządane. A może tylko zagrzebałam maski razem z uczuciem odrzucenia i po prostu pozwoliłam, żeby mniej mnie bolało.

Wpadam do garderoby i od razu rzucam się w kierunku stołu.
Ale ten jest pusty.
Zatrzymuję się z wytrzeszczonymi oczami.

Gdzie są moje maski?

W pomieszczeniu rozlega się sapnięcie i rzucam się w stronę starej komody. A później szafy. A później przeszukuję całe pomieszczenie.

Nie! One są mi potrzebne! Zwłaszcza teraz...

Za tydzień i dwa dni mam swój wielki występ. Nie mogę na nim pokazać tej zmęczonej życiem twarzy. Nie mogę pozwolić, by zobaczył smutek.

Muszę je znaleźć.

Wiecie, gdzie mogę z powrotem nauczyć się przywdziewać maski?

Pukanie przerywa mi rozgorączkowane szukanie. - Wlazł! - krzyczę i rzucam się w stertę szmatek, które wkładałam raz w życiu i nie pozwalałam, żeby więcej ujrzały światło dzienne. Może tam.

- Co robisz?

Staję jak wryta. Czyżby...
Ale nie, to nie on. To dwójka nowych. Jeden patrzy na mnie wygłodniałym wrokiem, drugi jest smutny. Oni też chyba zgubili swoje maski.

Wzruszam ramionami.
- Nic takiego. Kto Was tu wpuścił?

Wyższy uśmiecha się drapieżnie i podchodzi bliżej niż bym chciała. Wiem, czego ode mnie chce i powstrzymuje się tylko dlatego, że ten drugi patrzy.

- Masz dla mnie prywatny występ? - pyta wprost do mojego ucha, ale ze śmiechem odpycham go i wyganiam dwójkę na zewnątrz. Gdybym miała wybierać, to nie ten miałby szansę na prywatne przedstawienia.

Na drzwiach teatru wywieszam karteczkę "Uwaga, prace remontowe. Wstęp wzbroniony".
Idę do domu. Tam poszukam. Tam jeszcze muszę je mieć. Boję się jechać bez nich do Lubina.

A co jeśli nie?...

środa, 13 września 2017

Potrafi

Miłość pot­ra­fi zaboleć
a naj­bar­dziej zwłaszcza wtedy
gdy pod po­wieka­mi i w sercu
uk­ry­wasz ją prze­ciw sobie

Miłość pot­ra­fi zaboleć
Z gorący­mi łzami
przes­ta­je da­wać ukojenie
wzma­ga je­dynie cierpienie

Miłość pot­ra­fi zaboleć
Ale bez niej trwasz
w pus­tce... bez światła

I możesz mówić,
że nic się nie dzieje
Od środ­ka roz­ry­wany będziesz z bólu.

sobota, 2 września 2017

Wiesz?

Wiesz?
Chciałabym czasem...
a w su­mie to zawsze
roz­ma­wiać z Tobą bez skrępowania.
Bez zaczepiania.
Bez drżenia, gdy zdjęcie Twoje
łasi się do duszy mojej.

Wiesz?...
I chciałabym mieć moc
teleportowania!
by nie mu­sieć cze­kać na Ciebie
w nies­kończo­ności swojej

Wiesz?
I chciałbym żebyś wiedział
Ale prze­cież sama
nig­dy Ci te­go nie powiem
Więc Ty nig­dy też sam się
nie do­wiesz. 

_____________________________________________________
Ostatnio nieczęsto tu bywam. Ale raz w miesiącu macie gwarancję, że znajdziecie mnie na Spalonym Feniksie. To moje nowe dziecko. :)

piątek, 4 sierpnia 2017

Będę

Będę
obiecuję, będę lepsza
zrobię wszystko po Twojemu
Będę lepiej, mocniej
kochać.

Za te wszystkie
niedopowiedzenia

za te wszystkie
cisze, umilknienia

za te wszystkie
głowy odwrócenia

za te wszystkie
braki w spojrzeniach

Obiecuję.
     Będę.
        Lepsza.

Dam wszystko, co mam
Opowiem to, co wiem.

Zrobię to lepiej.

Zaufaj. 

Utulona
zamilkła chórem złamanego serca.

piątek, 9 czerwca 2017

Odsłona XXIV

[muzyka]

Ludzie to tchórze. Sama też jestem tchórzem. Okropnym. Naprawdę. Chowam się za maskami i nie chcę by ktoś zobaczył moją prawdziwą twarz. Odgrywam teatr. Zawsze i przed każdym. A kiedy pojawi się ktoś, komu zechcę zaufać, sama już nie wiem, która odłożona na wieszak maska, jest moją prawdziwą twarzą. A gdy przez przypadek na nią wpadnę, osoba, która na chwilę pojawiła się w moim życiu i skradła mi serce swoją szczerością i wytrzymywaniem mojego trudnego charakteru, albo dawno zniknęła, albo właśnie znika.

Po raz kolejny ze łzami w oczach przemierzam dobrze znaną i znienawidzoną przeze mnie drogę, którą ostatnio często uczęszczam, choć nie niesie to z sobą żadnego artystycznego efektu. Ledwo dostrzegam mijane drzewa, które dla moich oczu są teraz tylko rozmazaną plamą zieleni i brązu. Ledwo dostrzegam śpiewające w krzakach ptaki, nawołujące swoich partnerów, by wrócili albo odnaleźli ich niczym para kochanków przed zmierzchem, który przyniesie tylko ciszę, chłód i ból rozdartych serduszek. Są dla mnie niezrozumiałą kakofonią, krzykiem, hałasem... I nie chcę słyszeć ich czerwonych treli.

Z uwagą omijam dziury w ulicy i na chodnikach. Boję się skręcenia kostki albo jeszcze gorszej kontuzji. Wtedy pracodawca może nie być zadowolony, a przecież pracuję od niedawna. Gdzieś w pamięci odzywa się zapach świeżo mielonej kawy.

Czasem zastanawiam się, czy nie prościej byłoby powiedzieć wszystko wprost. Nie tańczyć, nie śpiewać, nie udawać. Ale wprost, od serca, najprościej jak umiem. Tylko że ja już chyba nie umiem mówić prosto.

Podciągam się na niski murek, który przeszkadza mi tylko w dotarciu do teatru. Zbudował go smutek i żal, który wywołałam u siebie tym, że nawet już nie potrafię zatańczyć konkretnego układu. Od 38 dni wegetuję. Robię tylko to, czego ode mnie oczekują. I nic więcej. Nic poza tym.

To był piątek. Wtedy po raz ostatni trzymałam w ramionach chłopca o płowych łanach włosów i niebieskich oczach, w których potęga morza i bezchmurnego nieba połączyła się 24 lata temu. 3 dni przed dniem dziecka, przed jego urodzinami. Biegnę. Opieram się na jakimś kamieniu i wyskakuję w górę, po czym twardo ląduję na ugiętych nogach. Dyszę. Brakuje mi powietrza, bo coś ściska mnie w piersi. Dławię łzy. To był piątek. I w piątek kawałek mojego serca oderwał się i odleciał za nim, gdy powiedziałam: "Wiesz, że będę za Tobą tęsknić".

Teraz czasem się odzywa. Na moją wyraźną prośbę. Ale nie jestem pewna, czy to dobrze. Niewielkie chwile euforii jego wiadomością, okupione są godzinami, w których w głowie mam tylko jego imię.

Mocno popycham drewniane drzwi, których rzeźbienia ostatnio jakby zmalały. Jakby przestano o nie dbać. Cały teatr oddaje to, co dzieje się w moim środku. A i tak nikt nie widzi. Winogrona oklapły, tak jak moje włosy. Okna straciły połysk jak moje oczy. Wszystko wyblakło, jak moje wnętrze. I czasem tynk się sypie, nawet gwałtownie, gdy brakuje mi sił, by się uśmiechać.

Wbiegam do garderoby. Jestem zła. Wściekła, chociaż cały czas powtarzam sobie "Zamknij się. Zamknij się! ZAMKNIJ SIĘ!". To jednak jest we mnie. Potwór rozdzierający mi klatkę piersiową i krzyczący Niesprawiedliwość!, podczas gdy ja nie mogę nic z tym zrobić. To bestia, niebieska i włochata, rozdziera mi wewnętrzne organy wielkimi zębiskami, wbija kły i szpony w moje serce.

Przecież ja nie chcę się kłócić. Robię wszystko, żeby nikt nie mógł się przyczepić. Naprawdę. Spełniam wszystkie oczekiwania i wymagania. Odpuściłam sobie dążenie do własnego szczęścia. Naprawdę. I już nie wiem, czy płakać, czy całkiem zamknąć się na uczucia. Pewnie przy drugiej opcji byłoby łatwiej. Nie mogę zdecydować się na maskę.

Po raz kolejny siadam z nogami przewieszonymi przez scenę i wbijam zęby we własną rękę. Tak jest najłatwiej. Fizyczność zabija ryczącą bestię. Ból ją obłaskawia. Przestałam się już przed nim bronić. Teatr jest zamknięty. Publiczności nie ma. Jest cicho i pusto. Nawet pająki się pochowały, a mysz spod lewej kolumny cichnie i przestaje chrobotać.

Coraz częściej myślę, że chyba jednak miałam rację, gdy wbijałam sobie ostrze w nadgarstki i żałować, że chwyciłam nie to narzędzie, co trzeba. Przecież jestem niepotrzebna...

- Znowu tu przylazłaś użalać się nad sobą? Ja sobie tego nie życzę! - krzyczy ktoś nad moją głową.

Wiem. Życzysz sobie mieć tylko osobę do pochwalenia się przed znajomymi i wypełniania poleceń.

- Przecież nie jestem ci potrzebna, to po co tu przychodzisz? - mówi bestia, zanim zdążę ją okiełznać. Szybko wstaję i wychodzę, chociaż wiem, że pójdzie za mną i dalej będzie prowadzić swoją tyrradę. Znam ją w końcu 23 lata.

Chcę krzyczeć, podczas gdy tylko siedzę i stukam palcami w klawiaturę.


niedziela, 9 kwietnia 2017

Czego się boisz

Ostatnio dołączyłam do Polskiej Grupy Pisarzy Kreatywnych i tam dostaliśmy propozycję napisania krótkiego utworu na wybrany z 25 propozycji temat/hasło. Oto i efekty :)



Całował ją. A było to tak niespodziewane, że trwała w tym zupełnie nie mogąc zdobyć się na jakąkolwiek racjonalną reakcję. Sama nie wiedziała kiedy jej ręce uczepiły się jego ramion, a serce podeszło do gardła, wyrywając się do niego ze zdwojoną mocą niż zawsze. Był dla niej wszędzie, był wszystkim. Czuła się tak, jak gdyby oderwanie się od niego, przerwanie tego momentu było wyrokiem śmierci, jakby dobrowolnie rezygnowała z oddychania. Ale co z tego? Przecież od dawna wiedziała, że jest samobójczynią…
Pierwszy krok ku samobójstwu poczyniono za nią. Już nawet nie pamiętała, jak to się właściwie zaczęło. Była mała. I nieposłuszna, zwłaszcza jak się jej nudziło. Mieszkała pod miastem w połówce bliźniaka na ulicy, na której wszyscy się znali i jedyne złe, co mogło cię spotkać, to szczekający w kojcu pies. Dlatego nie miała oporów, żeby wyjść za bramkę podwórka i iść na drugi koniec osiedla, mimo zakazu ojca. Po powrocie została ukarana. I to chyba był ten moment, w którym nieświadomie postąpiła pierwszy z wielu kroków na szafocie.
Teraz stała przy nim, czuła ciepło, które otulało ją jak ramiona kochającego rodzica, którego miłości dotąd chyba nie zdołała poznać. Przez tę słodką chwilę czuła się cała, czuła się dobrze sama ze sobą. Chciała, by to trwało wiecznie.
Drugi poważny krok ku samobójstwu zrobiła sama. Wstąpiła do dziwnej organizacji, która właściwie głosiła same dobre idee, ale w rzeczywistości wypaczała je i okazywała się jedną z najbardziej toksycznych rzeczy, jakie kiedykolwiek ją spotkały. Chciała szybko odejść, ale wtedy ją powstrzymywali kolejnymi obietnicami i kolejnymi pięknymi słowami. Była zbyt młoda, by zrozumieć, że to tylko słowa. A słowa niezwykle rzadko oznaczają rzeczywistość. Po jakimś czasie pierwszy raz znalazła ukojenie w bólu. Wpierw wbijała paznokcie w dłonie, później bawiła się finką, a spływająca po ręku krew wydawała jej się uspokajająca. Uciszała demony, które szeptały jej na co dzień do ucha same obelżywe rzeczy.
Teraz czuła się tak, jakby wszystkie jej blizny znikały pod delikatnym dotykiem szorstkich spracowanych dłoni. W miejscu, w którym ich skóra stykała się ze sobą, czuła delikatne mrowienie, czuła ciepło, które wypalało jej blizny, leczyło jej rany. Czuła się tak, jak gdyby jednym gestem mógł ją wyciągnąć, sprawić, że znów będzie czysta i niesplamiona, że jej umysł na nowo odbuduje się i będzie znów mógł przyjmować kolejne ciosy od rzeczywistości.
Na stołek weszła niemalże z chęcią i oczekiwaniem na to, co będzie dalej. Pokochała osobę, która tylko ją wykorzystała. Pokochała ją jak siostrę, jak najważniejszego sprzymierzeńca, tymczasem ich relacja była jeszcze bardziej toksyczna niż jej przygoda z organizacją. Znów łudziła się, że znalazła kogoś, kto ją rozumiał, kogoś, kto ją akceptował. Tymczasem ona zostawiła ją przy pierwszej lepszej okazji, pogłębiając tylko rany, które sobie zadawała. Wtedy zastanowiła się tylko, czy nie łatwiej byłoby ulec pokusie i skończyć ze sobą w prostszy sposób. Przecież przestać oddychać wcale nie jest łatwo. Ale nie była tchórzem. Weszła na stołek.
Gdy oderwał się od niej, spojrzał na nią oczyma, które najbardziej ze wszystkich na świecie kochała. Miały kolor wzburzonego morza w słoneczny dzień, w którym spotykała się zarówno jasność słońca, jak i granat spienionej wody. Kiedy na nią patrzył, lekko uśmiechnięty, czuła emocje, które od niego biły. Czuła, że jest szczęśliwy, że jej brak racjonalnej reakcji wziął za dobry prognostyk, że uwierzył jej w niemą obietnicę, której nigdy nie złożyła.
Pętlę na szyję założyła gdy była już dorosła. Choć powód pierwszego kroku przestał mieć na nią wpływ, nie miał już do niej dostępu, to cały czas czuła go w sobie. Czuła, jak skóra piecze ją, a żyły bolą od ciosów. Chciała to przerwać. Musiała to przerwać, chciała to skończyć jak najszybciej, byleby tylko przestało boleć. Nienawidziła siebie i całego świata, nie miała celu w życiu, powtarzała tylko puste slogany, których nauczyła się już za dzieciaka. Chciała tylko odwrócić od siebie uwagę, uśmiechała się, śmiała głośno i udawała. Grała. Zawsze. Non stop. Aż pękła.
Wymruczał jej imię i ponownie wpił się w jej wargi, teraz gwałtowniej, z większym pragnieniem. Czuła każdy centymetr jego ciała przy sobie. Odpowiadała gestem na gest, ruchem na ruch. Chciała tu być. Chciała to czuć. Była pewna – przez jedną, jedyną, cudowną chwilę, że jest tak, gdzie jej miejsce, że właśnie do tego w życiu miała dotrzeć i teraz powinno być już łatwiej. Teraz powinno być już dobrze…
Skoczyła ze stołeczka w momencie, w którym oderwała się od niego i wyswobodziła z jego troskliwych ramion. Zaprotestowała, zdobyła się na odwagę, by zareagować prawidłowo, racjonalnie. Odsunęła go i ze zdwojoną mocą poczuła, jak jej serce pęka na pół, gdy wypowiedziała cicho:
- Aleksander, ja nie mogę.
Stał przed nią zaskoczony, widziała w jego oczach rozpaczliwe zdziwienie i jakby błaganie, by tego nie kończyła, nie w ten sposób. Przez chwilę nie wiedział, co ma powiedzieć, jak ma ją przekonać, jak zaprotestować. A ona kuliła się pod jego spojrzeniem, objęła się ramionami i cofnęła o kilka kroków.
- Mój boże – powiedział. – Ty się boisz. Alka, czego ty się boisz? – zapytał.
Ona potrząsnęła gwałtownie głową i odskoczyła od jego wyciągniętej ręki. Spojrzała jeszcze ostatni raz w te oczy, teraz pełne strachu i prośby. A później odwróciła się i uciekła.
Sznur zacisnął się wokół jej gardła. Szarpnęła się jeszcze, słysząc, jak woła jej imię, lecz po chwili przestała walczyć ze sobą. Uciekała. I w końcu poczuła ukojenie.


Farfocel

PS Powiem jeszcze tylko, że dla fanów mojej prozy będę miała za niedługo niespodziewajkę ;)

piątek, 31 marca 2017

Brak mi

Brak mi czasu
czasu który straciłam
i który zyskałeś
kosztem moim

brak mi czasu
czasu który przeminął
i który raz zabolał
i cały czas boli

brak mi czasu
tych wszystkich zdarzeń
których nie umiem cofnąć

brak mi czasu
i tego że przez niego
ciemną nocą nie umiem zasnąć

sobota, 14 stycznia 2017

Odsłona XXIII

Jestem rozpaczą. Jestem strachem. Jestem goryczą, która gromadzi się w gardle, kiedy łzy cisną się do oczu. Jestem bólem. Rozpadam się.

Chwieję się. Stoję w miejscu, obejmując się ramionami i wiem, że się chwieję. Łzy moczą mi już nie tylko kołnierzyk bluzki, ale i cały dekolt, i zaczynają docierać do drugiego guzika. Chciałabym, żeby spadł deszcz, bo chociaż nie można byłoby rozróżnić, czy płaczę, czy to tylko krople wody, spadającej z nieba, są wynikiem mojego żałosnego stanu.

Stoję pod drzewem. Obumarłym na zimowe dni, suchym, szarym i bez życia. Jakże bym chciała być drzewem. Ale ja nie chciałabym już więcej budzić się do życia.

Mam na sobie tylko cienką bluzkę i wiem, że to skończy się zapaleniem płuc. I dobrze. Może, jeśli wystarczająco długo je zbagatelizuję, w końcu się uduszę. Moje płuca próbują mnie zabić od dziecka, w końcu czas się z tym pogodzić i poddać się. A jeszcze jakby zaczęło padać, to już w ogóle duszności murowane. Ale pewne nie zacznie.

Muszę dziwnie wyglądać. Ale jest mi wszystko jedno. Po prostu wszystko jedno. A już myślałam, że obojętność odstawię na półkę z maskami. A tymczasem przylgnęła do mojej twarzy zaraz na rozpaczy i muszę ją tuszować śmiechem i kiepskimi żarcikami. Ale co z tego? Ludzie nie chcą widzieć ani rozpaczy, ani obojętności. A na radość nie zwracają uwagi. Ona nie budzi podejrzeń.

Wiem, że za rogiem jest teatr, ale co z tego. Ten marazm, ta cisza, ciemność pod zepsutą latarnią. Tym razem nie chcę widowni. Widownia o mało mnie nie zabiła.  Od środka.

Po co są ludzie? Po co są uczucia, po co potrzeba bliskości, DLACZEGO, DO CHOLERY, CZŁOWIEK TO STADNE ZWIERZĘ?!

Po co mi serce?

I czemu tak pędzisz do przodu świecie? 
I czemu nie widzisz tragedii człowieczej?
I czemu się śmiejesz z cudzego nieszczęścia?

I czemu...

Chcę ciszy. Pragnę Ciszy. Tej we mnie. Chcę usnąć i już nie musieć czuć. I niech nic mi się nie śni. Chcę przestać istnieć. 

piątek, 21 października 2016

Poczułam coś

Poczułam coś
chyba
bo nic "na pewno"
Rozkładam ręce niczym skrzydła...

Poczułam coś
ale wiem
że ty nie
Spa­dałam mi­mo piór przy dłoniach

Poczułam coś
i co z tego
płonę
od os­karżyciel­skiego spojrzenia

Poczułam strach
i pod­dałam mu się
a te­raz
z per­spek­ty­wy kibica
Two­je oblicze
chłonę...
niena­syco­ne.

niedziela, 2 października 2016

Odsłona XXI

Misja specjalna. Dziś grałam w autokarze. Mała to i strasznie niewygodna scena. O tyle trudna, o ile do wszystkich musisz się uśmiechać, a układy taneczne idą w zapomnienie, więc nie ma czym odwrócić uwagi od niedopasowanej maski na twarzy...

Niby o to walczyłam. Niby o to zabiegałam. Ale kiedy przyszło co do czego, kiedy mecz się skończył, gdy już wiedziałam, że zdarłam sobie znów trochę gardła, błagając by moi chłopcy dali z siebie jeszcze więcej, żeby wygrali ten pojedynek... niby remis. Niby szczęście. A cały czas tam gdzieś na samym końcu mnie, gdzie pajęczyny oplotły zakamarki umysłu, tworząc napis "Nie wchodzić, grozi zawaleniem" - właśnie tam jest ten cholerny smutek.

Snuję się sama w swojej głowie i próbuję odepchnąć od siebie jaskrawozieloną mgłę, rodem z powieści Lewisa, która pożera mi całą radość życia, a tym samym próbuję reagować na durne żarty Komara.
- Ej, Tofi, a wiesz, że ona jest teraz CZŁONKIEM? - pyta po raz setny odwołując się do swojej chorej, zboczonej wyobraźni, za którą w sumie nawet trochę go lubię.
- Komar, mógłbyś się już w końcu zamknąć, wszyscy Ci za to podziękują - odkrzykuję z lekką irytacją w głosie. No, bo ile można?

Wsiadam w samochód - chwała Bogu - jednak sama i znikam szybko spod hali, pędzę do domu, zanim ktoś zdąży mnie dogonić...

A i tak dogania. Żeby było śmieszniej ta osoba, o której staram się nie myśleć, nie zaczepiać, nie odzywać się, odpuścić. Towar zdjęty z półki jest towarem zakazanym...

Mryga do mnie światłami, jak mijamy się na rondzie i pędzi do domu. Błogosławię, w tym rejonie nietrudno o policję, a na liczniku nie mniej jak 90km/h...

Docieram do domu i jest mi coraz gorzej. Wiem, że wszyscy już śpią, więc zrzucam maskę zadowolenia i skupienia. Czy coś jeszcze się pod nią kryje? Jest tam jakaś twarz? Cokolwiek? Czy tylko ta zielona mgła, półprzezroczyście przesłaniająca mi życie?

- Nie martw się, ludzie z depresją tak mają - mówię sama do siebie i układam się spać. Czasem marzę o scenariuszu rodem z Intruza, by ktoś zabrał mi świadomość i lepiej przeżył moje życie.

wtorek, 20 września 2016

Liść

Widziałam jak spadłeś
Zmar­szczo­ny, pożółkły...
Widziałam, jak umierałeś.
A nikt nie wy­raził smutku...

Nikt też nie składał kondolencji
Bo i po co? Ta­ka ko­lej rzeczy,
że tyl­ko my - ludzkie istnienia
chce­my uciekać od zapomnienia...

Widziałam jak wcześniej
świeżozielony
w życie wszedłeś
Ale nikt nie gratulował
Więc gdy odszedłeś
W tra­gedii swo­jej - niezauważony...

niedziela, 28 sierpnia 2016

Odsłona XX

[muzyka]
Moja ruda czupryna wyłoniła się na sekundę zza opuszczonej kurtyny i szybko z powrotem za nią zniknęła, gdy tylko oczy zarejestrowały tłumy na widowni.

Ach.

Oddech zaczyna dusić. Zastanawiam się przez chwilę, czy to wina tremy, czy płuc, które dawno temu zapomniały już, co tak naprawdę znaczy "być płucami", ale kolejny skurcz oskrzeli i braki w tlenie nie pozwalają na rozstrzygnięcie. Podbiegam do własnej torby, pchana do niej przez zaciskające się we mnie mięśnie, którym jakoś szczególnie nigdy nie służył brak tlenu, a w niej szybko odnajduję inhalator, wyciągając go spomiędzy walających się zeszytów, książek, długopisów i gum do żucia. Czasem przydałaby mi się różdżka, żeby szybciej wszystko znajdować... i zaklęcie zmniejszająco-zwiększające....

Słyszę dzwonek, który oznacza, że zostało mi niewiele ponad 5 minut czasu, żeby doprowadzić płuca do stanu względnej używalności, dlatego naciskam tłoczek leku trzy, a nie - jak powinnam - dwa razy, po czym przytrzymuję mleczny opar w płucach o kilka sekund dłużej niż zawsze. Ten wydostaje się z nich przez gwałtowny kaszel, ale oddech stopniowo mi się uspokaja i wiem już, że - cholera! - przeżyję.

Zamykam oczy i wyciągam rękę w stronę wieszaka z maskami. Losuję. Ostatnimi czasy nieczęsto to robiłam, zawsze wybierałam maskę z pieczołowitą starannością, żeby przypadkiem nie musieć później tłumaczyć się z błędu, ale co tam... Zaczyna mi znów być wszystko jedno. To chyba źle...

Nagle - łup! I zbieram się z podłogi, rozcierając obity tyłek

- Mamomamomamomamomamomamo!

Chryste, Kwiat...

-AOlekZgodziłSięIśćZeMnąNaStudiówkę!!!

I podskakuje jak taki kauczuk, tuż przede mną cała wniebowzięta. Och, Kwiat...
- Dobra, mała, znikaj, zaraz występ - mówię znużona, ale szczęśliwa z jej szczęścia. Czasem potrafi być mega hałaśliwa, ale i tak ją kocham.

Rozlegają się jeszcze dwa dzwonki i Kwiat w ostatniej chwili umyka na widownię. Wychodzę na scenę i po prostu ruszam się w rytm muzyki, zapomniawszy przez chwilę o smutku, jaki ostatnio dopada mnie co wieczór.

Potykam się i upadam, a wtedy uświadamiam sobie, że ostatecznie zapomniałam nałożyć maskę i teraz wszyscy patrzą na moją smutną twarz z podkrążonymi oczyma... Chce mi się płakać, więc wstaję i wyciągam rękę do pierwszej osoby z brzegu. - Dawaj, Żelek, pomożesz mi - mówię, a ten w przerażaniu wstaje i sztywno podchodzi.
- Ale... eee... ale... ja... alejasieboje!
- Nie martw się, ona nie gryzie. Tylko czasem trzeba z kijem podchodzić, ale to jak jest niewyspana - odzywa się Ktoś obok i wybuchamy śmiechem...

Kiedy sala pustoszeje, a ja rozcieram skronie po tym jak musiałam się nagimnastykować, żeby z Żelka zrobić inteligentnego człowieka, wszystko mnie boli. I razem z nimi uciekł też mój humor i uciekła motywacja do życia.

- Stuk, puk, kotku...

Depresja. Wredna suka.