Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 lipca 2017

...

Zamilcz, Ciszo. Dziś nie da się Ciebie słuchać.

____________________________
Chester Bennington [*]

piątek, 9 czerwca 2017

Odsłona XXIV

[muzyka]

Ludzie to tchórze. Sama też jestem tchórzem. Okropnym. Naprawdę. Chowam się za maskami i nie chcę by ktoś zobaczył moją prawdziwą twarz. Odgrywam teatr. Zawsze i przed każdym. A kiedy pojawi się ktoś, komu zechcę zaufać, sama już nie wiem, która odłożona na wieszak maska, jest moją prawdziwą twarzą. A gdy przez przypadek na nią wpadnę, osoba, która na chwilę pojawiła się w moim życiu i skradła mi serce swoją szczerością i wytrzymywaniem mojego trudnego charakteru, albo dawno zniknęła, albo właśnie znika.

Po raz kolejny ze łzami w oczach przemierzam dobrze znaną i znienawidzoną przeze mnie drogę, którą ostatnio często uczęszczam, choć nie niesie to z sobą żadnego artystycznego efektu. Ledwo dostrzegam mijane drzewa, które dla moich oczu są teraz tylko rozmazaną plamą zieleni i brązu. Ledwo dostrzegam śpiewające w krzakach ptaki, nawołujące swoich partnerów, by wrócili albo odnaleźli ich niczym para kochanków przed zmierzchem, który przyniesie tylko ciszę, chłód i ból rozdartych serduszek. Są dla mnie niezrozumiałą kakofonią, krzykiem, hałasem... I nie chcę słyszeć ich czerwonych treli.

Z uwagą omijam dziury w ulicy i na chodnikach. Boję się skręcenia kostki albo jeszcze gorszej kontuzji. Wtedy pracodawca może nie być zadowolony, a przecież pracuję od niedawna. Gdzieś w pamięci odzywa się zapach świeżo mielonej kawy.

Czasem zastanawiam się, czy nie prościej byłoby powiedzieć wszystko wprost. Nie tańczyć, nie śpiewać, nie udawać. Ale wprost, od serca, najprościej jak umiem. Tylko że ja już chyba nie umiem mówić prosto.

Podciągam się na niski murek, który przeszkadza mi tylko w dotarciu do teatru. Zbudował go smutek i żal, który wywołałam u siebie tym, że nawet już nie potrafię zatańczyć konkretnego układu. Od 38 dni wegetuję. Robię tylko to, czego ode mnie oczekują. I nic więcej. Nic poza tym.

To był piątek. Wtedy po raz ostatni trzymałam w ramionach chłopca o płowych łanach włosów i niebieskich oczach, w których potęga morza i bezchmurnego nieba połączyła się 24 lata temu. 3 dni przed dniem dziecka, przed jego urodzinami. Biegnę. Opieram się na jakimś kamieniu i wyskakuję w górę, po czym twardo ląduję na ugiętych nogach. Dyszę. Brakuje mi powietrza, bo coś ściska mnie w piersi. Dławię łzy. To był piątek. I w piątek kawałek mojego serca oderwał się i odleciał za nim, gdy powiedziałam: "Wiesz, że będę za Tobą tęsknić".

Teraz czasem się odzywa. Na moją wyraźną prośbę. Ale nie jestem pewna, czy to dobrze. Niewielkie chwile euforii jego wiadomością, okupione są godzinami, w których w głowie mam tylko jego imię.

Mocno popycham drewniane drzwi, których rzeźbienia ostatnio jakby zmalały. Jakby przestano o nie dbać. Cały teatr oddaje to, co dzieje się w moim środku. A i tak nikt nie widzi. Winogrona oklapły, tak jak moje włosy. Okna straciły połysk jak moje oczy. Wszystko wyblakło, jak moje wnętrze. I czasem tynk się sypie, nawet gwałtownie, gdy brakuje mi sił, by się uśmiechać.

Wbiegam do garderoby. Jestem zła. Wściekła, chociaż cały czas powtarzam sobie "Zamknij się. Zamknij się! ZAMKNIJ SIĘ!". To jednak jest we mnie. Potwór rozdzierający mi klatkę piersiową i krzyczący Niesprawiedliwość!, podczas gdy ja nie mogę nic z tym zrobić. To bestia, niebieska i włochata, rozdziera mi wewnętrzne organy wielkimi zębiskami, wbija kły i szpony w moje serce.

Przecież ja nie chcę się kłócić. Robię wszystko, żeby nikt nie mógł się przyczepić. Naprawdę. Spełniam wszystkie oczekiwania i wymagania. Odpuściłam sobie dążenie do własnego szczęścia. Naprawdę. I już nie wiem, czy płakać, czy całkiem zamknąć się na uczucia. Pewnie przy drugiej opcji byłoby łatwiej. Nie mogę zdecydować się na maskę.

Po raz kolejny siadam z nogami przewieszonymi przez scenę i wbijam zęby we własną rękę. Tak jest najłatwiej. Fizyczność zabija ryczącą bestię. Ból ją obłaskawia. Przestałam się już przed nim bronić. Teatr jest zamknięty. Publiczności nie ma. Jest cicho i pusto. Nawet pająki się pochowały, a mysz spod lewej kolumny cichnie i przestaje chrobotać.

Coraz częściej myślę, że chyba jednak miałam rację, gdy wbijałam sobie ostrze w nadgarstki i żałować, że chwyciłam nie to narzędzie, co trzeba. Przecież jestem niepotrzebna...

- Znowu tu przylazłaś użalać się nad sobą? Ja sobie tego nie życzę! - krzyczy ktoś nad moją głową.

Wiem. Życzysz sobie mieć tylko osobę do pochwalenia się przed znajomymi i wypełniania poleceń.

- Przecież nie jestem ci potrzebna, to po co tu przychodzisz? - mówi bestia, zanim zdążę ją okiełznać. Szybko wstaję i wychodzę, chociaż wiem, że pójdzie za mną i dalej będzie prowadzić swoją tyrradę. Znam ją w końcu 23 lata.

Chcę krzyczeć, podczas gdy tylko siedzę i stukam palcami w klawiaturę.


niedziela, 9 kwietnia 2017

Czego się boisz

Ostatnio dołączyłam do Polskiej Grupy Pisarzy Kreatywnych i tam dostaliśmy propozycję napisania krótkiego utworu na wybrany z 25 propozycji temat/hasło. Oto i efekty :)



Całował ją. A było to tak niespodziewane, że trwała w tym zupełnie nie mogąc zdobyć się na jakąkolwiek racjonalną reakcję. Sama nie wiedziała kiedy jej ręce uczepiły się jego ramion, a serce podeszło do gardła, wyrywając się do niego ze zdwojoną mocą niż zawsze. Był dla niej wszędzie, był wszystkim. Czuła się tak, jak gdyby oderwanie się od niego, przerwanie tego momentu było wyrokiem śmierci, jakby dobrowolnie rezygnowała z oddychania. Ale co z tego? Przecież od dawna wiedziała, że jest samobójczynią…
Pierwszy krok ku samobójstwu poczyniono za nią. Już nawet nie pamiętała, jak to się właściwie zaczęło. Była mała. I nieposłuszna, zwłaszcza jak się jej nudziło. Mieszkała pod miastem w połówce bliźniaka na ulicy, na której wszyscy się znali i jedyne złe, co mogło cię spotkać, to szczekający w kojcu pies. Dlatego nie miała oporów, żeby wyjść za bramkę podwórka i iść na drugi koniec osiedla, mimo zakazu ojca. Po powrocie została ukarana. I to chyba był ten moment, w którym nieświadomie postąpiła pierwszy z wielu kroków na szafocie.
Teraz stała przy nim, czuła ciepło, które otulało ją jak ramiona kochającego rodzica, którego miłości dotąd chyba nie zdołała poznać. Przez tę słodką chwilę czuła się cała, czuła się dobrze sama ze sobą. Chciała, by to trwało wiecznie.
Drugi poważny krok ku samobójstwu zrobiła sama. Wstąpiła do dziwnej organizacji, która właściwie głosiła same dobre idee, ale w rzeczywistości wypaczała je i okazywała się jedną z najbardziej toksycznych rzeczy, jakie kiedykolwiek ją spotkały. Chciała szybko odejść, ale wtedy ją powstrzymywali kolejnymi obietnicami i kolejnymi pięknymi słowami. Była zbyt młoda, by zrozumieć, że to tylko słowa. A słowa niezwykle rzadko oznaczają rzeczywistość. Po jakimś czasie pierwszy raz znalazła ukojenie w bólu. Wpierw wbijała paznokcie w dłonie, później bawiła się finką, a spływająca po ręku krew wydawała jej się uspokajająca. Uciszała demony, które szeptały jej na co dzień do ucha same obelżywe rzeczy.
Teraz czuła się tak, jakby wszystkie jej blizny znikały pod delikatnym dotykiem szorstkich spracowanych dłoni. W miejscu, w którym ich skóra stykała się ze sobą, czuła delikatne mrowienie, czuła ciepło, które wypalało jej blizny, leczyło jej rany. Czuła się tak, jak gdyby jednym gestem mógł ją wyciągnąć, sprawić, że znów będzie czysta i niesplamiona, że jej umysł na nowo odbuduje się i będzie znów mógł przyjmować kolejne ciosy od rzeczywistości.
Na stołek weszła niemalże z chęcią i oczekiwaniem na to, co będzie dalej. Pokochała osobę, która tylko ją wykorzystała. Pokochała ją jak siostrę, jak najważniejszego sprzymierzeńca, tymczasem ich relacja była jeszcze bardziej toksyczna niż jej przygoda z organizacją. Znów łudziła się, że znalazła kogoś, kto ją rozumiał, kogoś, kto ją akceptował. Tymczasem ona zostawiła ją przy pierwszej lepszej okazji, pogłębiając tylko rany, które sobie zadawała. Wtedy zastanowiła się tylko, czy nie łatwiej byłoby ulec pokusie i skończyć ze sobą w prostszy sposób. Przecież przestać oddychać wcale nie jest łatwo. Ale nie była tchórzem. Weszła na stołek.
Gdy oderwał się od niej, spojrzał na nią oczyma, które najbardziej ze wszystkich na świecie kochała. Miały kolor wzburzonego morza w słoneczny dzień, w którym spotykała się zarówno jasność słońca, jak i granat spienionej wody. Kiedy na nią patrzył, lekko uśmiechnięty, czuła emocje, które od niego biły. Czuła, że jest szczęśliwy, że jej brak racjonalnej reakcji wziął za dobry prognostyk, że uwierzył jej w niemą obietnicę, której nigdy nie złożyła.
Pętlę na szyję założyła gdy była już dorosła. Choć powód pierwszego kroku przestał mieć na nią wpływ, nie miał już do niej dostępu, to cały czas czuła go w sobie. Czuła, jak skóra piecze ją, a żyły bolą od ciosów. Chciała to przerwać. Musiała to przerwać, chciała to skończyć jak najszybciej, byleby tylko przestało boleć. Nienawidziła siebie i całego świata, nie miała celu w życiu, powtarzała tylko puste slogany, których nauczyła się już za dzieciaka. Chciała tylko odwrócić od siebie uwagę, uśmiechała się, śmiała głośno i udawała. Grała. Zawsze. Non stop. Aż pękła.
Wymruczał jej imię i ponownie wpił się w jej wargi, teraz gwałtowniej, z większym pragnieniem. Czuła każdy centymetr jego ciała przy sobie. Odpowiadała gestem na gest, ruchem na ruch. Chciała tu być. Chciała to czuć. Była pewna – przez jedną, jedyną, cudowną chwilę, że jest tak, gdzie jej miejsce, że właśnie do tego w życiu miała dotrzeć i teraz powinno być już łatwiej. Teraz powinno być już dobrze…
Skoczyła ze stołeczka w momencie, w którym oderwała się od niego i wyswobodziła z jego troskliwych ramion. Zaprotestowała, zdobyła się na odwagę, by zareagować prawidłowo, racjonalnie. Odsunęła go i ze zdwojoną mocą poczuła, jak jej serce pęka na pół, gdy wypowiedziała cicho:
- Aleksander, ja nie mogę.
Stał przed nią zaskoczony, widziała w jego oczach rozpaczliwe zdziwienie i jakby błaganie, by tego nie kończyła, nie w ten sposób. Przez chwilę nie wiedział, co ma powiedzieć, jak ma ją przekonać, jak zaprotestować. A ona kuliła się pod jego spojrzeniem, objęła się ramionami i cofnęła o kilka kroków.
- Mój boże – powiedział. – Ty się boisz. Alka, czego ty się boisz? – zapytał.
Ona potrząsnęła gwałtownie głową i odskoczyła od jego wyciągniętej ręki. Spojrzała jeszcze ostatni raz w te oczy, teraz pełne strachu i prośby. A później odwróciła się i uciekła.
Sznur zacisnął się wokół jej gardła. Szarpnęła się jeszcze, słysząc, jak woła jej imię, lecz po chwili przestała walczyć ze sobą. Uciekała. I w końcu poczuła ukojenie.


Farfocel

PS Powiem jeszcze tylko, że dla fanów mojej prozy będę miała za niedługo niespodziewajkę ;)

sobota, 14 stycznia 2017

Odsłona XXIII

Jestem rozpaczą. Jestem strachem. Jestem goryczą, która gromadzi się w gardle, kiedy łzy cisną się do oczu. Jestem bólem. Rozpadam się.

Chwieję się. Stoję w miejscu, obejmując się ramionami i wiem, że się chwieję. Łzy moczą mi już nie tylko kołnierzyk bluzki, ale i cały dekolt, i zaczynają docierać do drugiego guzika. Chciałabym, żeby spadł deszcz, bo chociaż nie można byłoby rozróżnić, czy płaczę, czy to tylko krople wody, spadającej z nieba, są wynikiem mojego żałosnego stanu.

Stoję pod drzewem. Obumarłym na zimowe dni, suchym, szarym i bez życia. Jakże bym chciała być drzewem. Ale ja nie chciałabym już więcej budzić się do życia.

Mam na sobie tylko cienką bluzkę i wiem, że to skończy się zapaleniem płuc. I dobrze. Może, jeśli wystarczająco długo je zbagatelizuję, w końcu się uduszę. Moje płuca próbują mnie zabić od dziecka, w końcu czas się z tym pogodzić i poddać się. A jeszcze jakby zaczęło padać, to już w ogóle duszności murowane. Ale pewne nie zacznie.

Muszę dziwnie wyglądać. Ale jest mi wszystko jedno. Po prostu wszystko jedno. A już myślałam, że obojętność odstawię na półkę z maskami. A tymczasem przylgnęła do mojej twarzy zaraz na rozpaczy i muszę ją tuszować śmiechem i kiepskimi żarcikami. Ale co z tego? Ludzie nie chcą widzieć ani rozpaczy, ani obojętności. A na radość nie zwracają uwagi. Ona nie budzi podejrzeń.

Wiem, że za rogiem jest teatr, ale co z tego. Ten marazm, ta cisza, ciemność pod zepsutą latarnią. Tym razem nie chcę widowni. Widownia o mało mnie nie zabiła.  Od środka.

Po co są ludzie? Po co są uczucia, po co potrzeba bliskości, DLACZEGO, DO CHOLERY, CZŁOWIEK TO STADNE ZWIERZĘ?!

Po co mi serce?

I czemu tak pędzisz do przodu świecie? 
I czemu nie widzisz tragedii człowieczej?
I czemu się śmiejesz z cudzego nieszczęścia?

I czemu...

Chcę ciszy. Pragnę Ciszy. Tej we mnie. Chcę usnąć i już nie musieć czuć. I niech nic mi się nie śni. Chcę przestać istnieć. 

niedziela, 4 września 2016

Ja już...

Ja już nic nie chcę
nie chcę i nie potrzebuję
w roz­paczy znów się kręcę
i marzeń już nie snuję...

Ja już nic nie mam
Na­wet nie mam imienia
Siebie bra­kować mi zaczyna
In­nych nie pot­rze­buję do spełnienia...

Ja już nic nie potrzebuję
tyl­ko sa­ma być o ile być
by jas­no się utwierdzić
że nie trze­ba mi żyć...

Ja już nie istnieję
zniszczyło mnie wszystko
co kiedyś dro­gie mi było
we łzach jes­tes­two moje
wy­raźnie się... roz­myło... 

czwartek, 11 sierpnia 2016

FanFic: Lily...



Do czytania polecam: https://www.youtube.com/watch?v=q9MZUeeg2Ug
Właśnie tak zawsze wyobrażałam sobie ten moment...
_________
Był chłodny, wilgotny, listopadowy wieczór, a nad Doliną Godryka niedawno zaszło słońce. Tłum gapiów zgromadził się przed domem państwa Potterów by podziwiać dzieło zniszczenia. Dom z każdą chwilą rozpadał się coraz bardziej, choć główna kondygnacja schodów i dwie ściany piętra wciąż miały się nieźle, ukrywając ciała dwójki młodych czarodziejów.

Severus Snape postarzał się w jednej chwili o 50 lat. Aportował się tuż przy drzwiach domu, ukryty pod zaklęciem kameleona i stanął w bezruchu, widząc ogrom zniszczenia, jakie dotknęło spokojne domostwo. Plecy zgarbiły mu się w bezwarunkowym odruchu, ręce i wargi zaczęły drżeć, a z twarzy odpłynął mu cały kolor, którego przecież i tak nie było nigdy w nadmiarze. Rozchylone usta i rozszerzone ze strachu źrenice, dopełniały jedynie obraz człowieka, który z wydobywającym się z płuc ostatnim tchnieniem tracił sens życia.

- Nie… - wyrwało mu się z ostatkiem powietrza, którego nie chciał już nigdy poczuć w swoim ciele. Z każdą sekundą rosło przerażenie, które – gdyby ktoś mógł go zobaczyć – uznano by za irracjonalne. To przecież tylko w części zawalony budynek. U nikogo nie mógł wywołać aż tak skrajnej reakcji, ale on pragnął krzyczeć i zamilknąć na wieczność. 

- To straszna strata, tacy młodzi ludzie – usłyszał głos mugolskich gapiów, którzy pewnie uznali jego prywatną tragedię za zwykły wybuch gazu, albo znaleźli jej inne, równie idiotyczne, mugolskie wytłumaczenie. A on? Rozpadał się od środka, kawałek po kawałeczku, nie mogąc się ruszyć z miejsca, nie panując nad ciałem, mimo że jeszcze gdzieś tliła się w nim nadzieja, że pogłoski o śmierci Potterów staną się tylko żartem…

- Lily… - wyrwało mu się z piersi, gdy upadał na kolana, które nie wytrzymywały już ciężaru wszechogarniającego go, duszącego żalu i bólu, i poczucia winy po stracie, której miał doświadczyć w pełni, gdy weźmie jej zimne, martwe ciało w ramiona, a której nie potrafił zapobiec. 

Sam nie wiedział, jaki szał podniósł go z kolan i kazał otworzyć zatrzaśnięte na klamkę drzwi frontowe, ani co pchało go po schodach w górę, mimo że rozsądek kazał uciekać jak najdalej i sprawić by zapomniał.  Ale jak miał zapomnieć to rozrywającego go od środka uczucie? To wypełniające jego żyły palącym bólem serce, które z każdym krokiem w jej stronę rozpadało się coraz bardziej? Jak miał o tym zapomnieć? 

Jego świadomość ledwie zarejestrowała Jamesa, leżącego na schodach z otwartymi oczyma, w których zastygł strach, pomieszany z determinacją w chronieniu rodziny. Ale co mógł zrobić czarodziej bez różdżki w starciu z samym Czarnym Panem? 

Jak mogli być tacy głupi?! Nagle ogarnęła go odurzająca wściekłość, która sprawiła, że w kącikach oczu zobaczył czarne i czerwone plany. Był tak oszalały z palącej chęci wskrzeszenia tego człowieka, który leżał u jego stóp, tylko po to, by powtórnie go zabić za jego beztroską głupotę. Gdyby miał różdżkę, mógłby chociaż spróbować zawalczyć! Przecież był takim wspaniałym czarodziejem, do cholery, może mógłby pokonać… 

Ach, co on bredził. Wściekłość zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Przecież nikt nie był w stanie pokonać Czarnego Pana. Gdyby tak było, sam chętnie poświęciłby życie, by tylko zapobiec widokowi, który ujrzał, wdrapawszy się na piętro budynku. 

Drzwi do sypialni ich synka były uchylone. Gruz walał się po podłodze, oświetlaną przez światło księżyca i gwiazd, wpuszczane do środka przez potężną wyrwę w dwóch ścianach i dachu. To tu. To tu łupnęło zaklęcie. Ale co je odbiło? Przecież to niemożliwe, by uchronić się przed Avada…

W tym momencie jego wzrok padł na nieruchomy kształt, w której rozpoznał ciało ukochanej kobiety. Wszystko stanęło w miejscu. Czas i przestrzeń przestały istnieć. Wszystko, co składało się na jestestwo Severusa Snape’a zamarło na jedno uderzenie serca, by po chwili wybuchnąć z pełną siłą jadu, sączącego się boleśnie do jego krwioobiegu wraz ze świadomością, że ona naprawdę odeszła…

sobota, 30 lipca 2016

***ile ra­dości uśmie­chu pot­rze­ba...

ile ra­dości uśmie­chu pot­rze­ba
by zab­liźnić ranę po smutku
ile wyt­rwałości by sięgnąć szczęścia nieba
po­mimo zachmurzenia

stoję pośród ciem­nej masy
twarze się zlewają
ni­by łat­we są dziś czasy
ludzie smut­ne twarze mają

cza­sem tyl­ko w tłumie błyśnie
ra­dość u wariata
który nie zna in­nych smutku
i bez skrzy­deł z dachu spada

świat objęty ramionami
znie­czu­licy strasznej
śmieje się gdy ktoś nieznany
z mos­tu w wodzie gaśnie

piątek, 3 kwietnia 2015

Kwietniowe kwiaty

Przyszedł kwiecień - przyszły chmury
śniegu trochę, sza­rej lury
Smutno...

Przyszedł kwiecień - wiatr i grad
Marznie w zim­nie każdy kwiat
Smutno...

Przyszedł kwiecień - przyszły śniegi
Ser­ce krwa­wi, miłość pieli
Łaknąc...

Przyszedł kwiecień - pełno chłodu
Sko­ro więdnie pół ogrodu
Zos­taw może le­piej samą
Łaknąc(ą)...

Przyszedł kwiecień - już kwietniowe
kwiaty padły pod na­porem oskarżenia
Tkwię znów w sta­nie zawieszenia
Z duszy cieniem z nad ramienia
Spadającą...

Po­woli i w ciszy usycham...
Umieram...

piątek, 27 marca 2015

Smoku...

Widziałam jak się wyklułeś
Jak har­do prze­biłeś twardą skorupkę
Jak złapałeś pier­wszy oddech
I pier­wszą noc wtu­lałeś się w braci

Słyszałam jak płakałeś
gdy smoczy­ca Cię nie chciała
Słyszałam Two­je kwilenie
jak nie akceptowała

Głodem przy­mierałeś,
najsłab­szy, odrzucony
w końcu Cię wyciągnęłam
Choć na­raziłam się na jej szpony

W końcu jeść dostałeś,
w końcu nie byłeś głodny
w końcu Cię nakarmiłam
Byłeś jed­nak samotny

Zak­wi­liłeś raz jeszcze na koniec
gdy myślałam, żeś już bezpieczny
Ale cóż da jedzenie
bez tros­kli­wej mateczki?

Wzniosłeś się po­nad chmu­ry...
___________________
W gwoli wyjaśnienia: Smoki to nazwa małych królików, które namiętnie hoduję.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Róża

Pojedyncza
Smutna
Samotna
Na ob­cej pla­necie żyjąca...

Zdradzona
Zostawiona
Pogrążona
W smut­nym prag­nieniu miłości...

Jak to tak, mój Książę?
Jak to tak?

Jeszcze żywa
Ale usychająca
Jeszcze łaknąca
Ale poz­ba­wiona życiodaj­nej miłości

Po­woli usycha
Po­woli znika
Po­woli ostatni
Od­dech z płatków wydaje...

Jak to tak, Mały Książkę?
Jak to tak?

I gdy os­tatnie tchnienie
Z zes­chłych płatków uroniła
Wrócił! Pod­biegł ratować!
Gdy ra­tun­ku już nie wymagała.

Jak to tak, spóźniony Książę?
Cze­mu odeb­rać chcesz mi spokój
Przyw­ra­cając do życia?

piątek, 2 stycznia 2015

***

Gdzie był nasz anioł
           gdy płakałaś?
Gdzie podziały się uśmiechy
           gdy umierałeś?

Nie mogę oddychać
i nie ma to nic wspólne­go
ze śred­nio działający­mi płucami
Brak mi Ciebie obok by przetrwać.

Gdzie był nasz anioł
          gdy gryzłaś ręce z żalu?
Gdzie podziały się uśmiechy
          gdy na Twoją trumnę spa­dała ziemia...?

Po­wiet­rze du­si nie tyl­ko Ciebie
Te­raz od­dycham niebem, a każde
zejście na ziemię jest jak ko­lej­na śmierć
ale tak bar­dzo chcę Cię zobaczyć.

Gdzie był nasz anioł
           gdy i Ciebie zab­rał z Ziemi?
Gdzie podziały się uśmie­chy,
           gdy w Twe ra­miona pa­dałam z płaczem?

wtorek, 21 października 2014

Hamlet



Zupełnie nie rozumiała, jakim cudem jeszcze żyje. Przecież powinna była zginąć, umrzeć w momencie uderzenia w głowę, po prostu zniknąć. Zostawić ich wszystkich, zostawić rodzinę - mamę, z którą nie zdążyła się pogodzić po kłótni o jakąś głupotę, młodszym bratem, któremu dopiero planowała kupić prezent na zbliżające się urodziny... No i musiałaby zostawić też jego - jedyną i naprawdę szczerą miłość w jej życiu, osobę, której była tak bardzo pewna, której tak strasznie ufała, że nie była w stanie wyobrazić sobie, jak do cholery ma go zostawić samego...
Uderzenie w głowę było potężne, a perspektywa śmierci pod kopytami rozszalałego z bólu zwierzęcia smutna. Kochała Jaskiera, karego ogiera, którego - już od lat nieżyjący dziadek - kupił jej na 8 urodziny, ale tego dnia postanowiła pomóc koleżance - a może już przyjaciółce? - okiełznać jej nowego konia.
Hamlet był piękny. Całkiem białe umaszczenie w harmonii komponowało się z blond grzywą, długą, jak na roczniaka. Ciemne ślepia wpatrywały się w oczy ludzi z pewnego rodzaju wyzwaniem, jednak wydawały się takie mądre, takie wrażliwe, gdy do niego podchodziła, gdy dotykała niespiesznie jego parskającego, czarnego nosa. Lubiła się nim zajmować, ba!, chętnie przychodziła do niego tak samo często, jak i do Jaskiera, jednak starszy koń nie traktował tego jak zdradę, co mogło się przecież zdarzyć, ale raczej jak swojego rodzaju wolontariat. Zupełnie jakby Jaskier był poważanym profesorem, a młody Hamlet zaledwie niesfornym uczniakiem. Przy niej jednak zachowywał się nienagannie, stał nieruchomo, gdy go dotykała, nastawiał ciężki łeb, gdy chciał, żeby go głaskała. Oporządzać dawał się tylko jej i jej chłopakowi. Przyjaciółka zazdrościła. Ale głosiła teorię, że to nie człowiek wybiera sobie konia, tylko te mądre zwierzę wie, kto jest dla niego najodpowiedniejszy. A Hamlet i tak nie chciał dać się osiodłać.
Tego dnia przyszedł przymrozek, a Jaskier po ostatniej eskapadzie w wyższe partie skalistego pagórka, na który uwielbiali się wspinać, by z polany na górze obserwować płynący w dole wartki strumień, nadal miał problem ze skaleczoną nogą. Przychodziła do niego codziennie i sprawdzała, jak jej zwierzęcy przyjaciel się ma i czy może jakoś jeszcze mu pomóc, ale Jaskier był już wiekowy. Rana nie chciała goić się na nim tak szybko, jak powinna i potrzebował zdecydowanie więcej czasu na regenerację niż młode ogiery.
Przyjaciółkę spotkała, gdy wchodziła ze stajni. Ta szła cała umazana piaskiem, który z pewnością był efektem kolejnego upadku z grzbietu Hamleta, więc zapytała, czy nie potrzebuje pomocy. Miała jeszcze dużo czasu, bo jej chłopak wyjechał na zjazd fanów jakiegoś zespołu, którego nawet nazwy nie była w stanie spamiętać, więc nie śpieszyła się z powrotem do domu.
Trawa chrzęszczała nieprzyjemnie, kiedy szły w stronę zagrody dla ogierów, nad padokiem dopiero budziło się życie. Na czerwono wstające słońce powoli wychylało się znad horyzontu i oślepiało każdego śmiałka, który odważył się spojrzeć na nie bez ostrzeżenia. Zalane czerwienią niebo układało się w niesamowite wzory z chmur, równie pięknie ubarwionych kolorowym światłem. Twarze dziewczyn lekko szczypał mróz, a na oknach stajni wymalował piękne wzory, malowidła, których nie powstydziłby się nawet największy artysta. Ptaki powoli budziły się ze snu, z oburzeniem zastanawiając się, czemu poczciwy starzec z wielką białą brodą przybył tak wcześnie tej jesieni. Buńczucznie wstrząsały skrzydłami i ostentacyjnie czyściły piórka, od czasu do czasu klapiąc gniewnie dzióbkami.
Podeszły do Hamleta, a ona szybko przeskoczyła ogrodzenie i przywitała się z parskającym z zadowoleniem koniem. Słyszała, jak właścicielka zwierzaka prycha ze złością. Nie chciała być powodem zazdrości kogokolwiek. Ale nie mogła nic na to poradzić. Hamlet po prostu wolał ją i koniec kwestii.
- Wszyscy wolą Ciebie - warknęła stojąca przy ogrodzeniu dziewczyna i rzuciła w stronę konia małym batem, jakiego większość jeźdźców nigdy nie używała.
Niczego nieświadome zwierzę nie uniknęło ciosu, dość przypadkowo ale precyzyjnie wycelowanego w łeb ogiera. Nie wiedziało, że oczy należy chronić.
- Co ty zrobiłaś... - zdążyła tylko powiedzieć odważniejsza jokejka i wtedy nastąpiło uderzenie.
Teraz leżała na trawie, a wokół niej pochylało się całe mnóstwo ludzi, z których niewielu kojarzyła. Co dziwne - nie było jej zimno od ziemi, na której leżała, a słońce wcale nie świeciło jak przed chwilą. Zastanawiała się tylko jakim cudem jednak oddycha, nie bolała jej głowa. W ogóle nie czuła bólu, mimo że na pewno straciła przytomność i jeszcze rąbnęła o ziemię.
Jakim cudem oszalały z bólu roczniak nie stratował jej, skoro upadła tak blisko niego?
- Nie leń się tak, dziecko. Masz przed sobą długą drogę.
Spojrzała na właściciela głosu, który przed chwilą wydawał jej się tylko jedną z wielu nieznanych twarzy.
- Dziadek?
- Wstawaj, kochanie. Do nieba jeszcze daleka droga.
_____________________
Niesprawdzane (!) efekty bezsenności. Kiedyś sprawdzę :P.