Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smutek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smutek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 lipca 2023

W połowie

[muzyka]


Jestem połówką

czuję w połowie

żyję w połowie

czekam


zegar tyka nieubłaganie

wstań, walcz, poddaj się

świat trwa

trwa dalej

bez Ciebie i beze mnie


Huk rozlepianych powiek

huk łzy upadającej na padołek

krzyk

cisza wrzeszczy

Pytam

Dlaczego?

poniedziałek, 3 lipca 2023

Obudź się

[muzyka]

Budzisz mnie

budzisz we mnie 

to co złe i dobre

co trudne i piękne.


Wyrywasz

z mroku źrenic

z łap demonów

z głębokiej czerni


Zdzierasz ze mnie ból

zdzierasz to, co trudne

jesteś obok nawet wtedy

gdy ja chcę uciec... w niebyt.


A ja nie potrafię...


Widzę Twoje troski, bóle, 

niemy krzyk, skryty za

maską potwora

którym nie jesteś

choć tak o sobie myślisz.


Potrafisz zbudować i zniszczyć

jednym tylko gestem

jednym spojrzeniem


Jesteś pobliźniony

przeżuty, poszarpany, zagubiony

ale jesteś piękny.


Chciałabym raz w życiu łatwiej.

Prościej. Jaśniej. Zacniej.


Ale nie potrafię...


A jeśli coś się kiedyś zmieni

to już wtedy, gdy znikniemy

My - ludzie, którzy na lepszy świat

naprawdę zasługujemy. 


Pozwól mi być. 

Wziąć za rękę

i iść obok

choć dla obu jest to takie ciężkie.


Uwierz, że możesz.

Że świat już wystarczająco Cię karze.

Nie każ się samemu.

Nie pogrążaj się w cierpieniu. 

poniedziałek, 26 czerwca 2023

Odsłona XXIX

[muzyka]

         Długo się zastanawiałam, czy w ogóle otworzyć nowy dokument tekstowy. Może powinnam wrócić do początków, tworzyć na nowo, od zera, znów wyrabiać styl, bazgrząc gdzie się da w mikrozeszytach, kartkach i karteluszkach. Może to znowu dałoby mi trochę satysfakcji.

Od dawna właściwie nie piszę. Kiedy dotarło do mnie, że ostatni logiczny post na blogu naskrobałam 3 lata temu – oniemiałam. Przychodziłam tu zawsze, kiedy było mi źle, zawsze, kiedy potrzebowałam się wypłakać, wygadać, wykrzyczeć swoje skołdunione i chaotyczne myśli.

Przez te trzy lata było mi trudniej niż kiedykolwiek.

Dorwała mnie dorosłość w pełnym tego słowa znaczeniu. Już nie czas na pierwsze razy – pierwsze miłości, pierwsze prace, pierwsze prawdziwe wyzwania. Czas na to minął. Przeleciał mi przez palce i nawet nie wiem, kiedy do tego doszło. I nie wróci. A ja tak wielu rzeczy się nie nauczyłam. Czuję się jak zabawka, którą świat pierdolnął o ścianę i połamała się. Tak po prostu, odpadło jej kilka części, ważnych części, bez których nie może normalnie funkcjonować.

Chciałabym zrobić listę rzeczy, które tak bardzo chcę porzucić wraz z wejściem w dorosłość. Zresztą, kazano mi taką zrobić – to część mojego samoleczenia. Tylko co to da? Jestem dorosłą, ukształtowaną kobietą. Nawet nie wiem, kiedy zamieniłam określenie dziewczyna na kobieta.

Zacznijmy.

Chciałabym przede wszystkim porzucić odpowiedzialność za innych. Za matkę, która przez ostatnie lata regularnie rujnowała mi życie. Za jej picie, za pretensje, za agresję słowną i ekonomiczną. Za jej krzyki, za jej przemoc, za jej krzywdę. Nie jestem nią. Nigdy nią nie będę. choć bardzo się postarała, żeby mnie stworzyć na nowo na swój obraz i podobieństwo, najpierw roztrzaskać na kawałki, a później posklejać w nową wersję siebie. To, co udało mi się ocalić z samej mnie… wiecznie było kością niezgody. Praca – mimo że pracuję dużo i chętnie – nie taka, jak być powinna. Nic przecież nie robię. Czymże mogę być zmęczona? Otóż jestem. Bardzo, bardzo, cholernie bardzo zmęczona. Pasje? A to mam na to czas? To może bym coś w domu zrobiła? Dałabym sobie już spokój z czytaniem tych bzdur. Z tym doktoratem zresztą też, bo nigdy go nie napiszę, to strata czasu. Ale spokojnie, przecież mi pomagała. Jestem tym cholernie, kurewsko, tragicznie zmęczona.

Za ojca. To udało mi się jakiś czas temu, chociaż cały czas się to we mnie odzywa. Nie chcę być odpowiedzialna za jego picie, za jego urojenia, za molestowanie. To były jego decyzje. Nie moje. Muszę to sobie często powtarzać, wtedy zakładam dość skuteczny knebel na wyrzuty sumienia, które drą się w mojej głowie, bo nie wiem, co się z nim dzieje.

Za siostrę. To się nie udawało bardzo długo. Wiecznie wszystko na złotej tacy, żeby miała łatwiej. Wiecznie za nią, wiecznie dla niej, wiecznie kosztem siebie. W grudniu nawet podzieliłam się własnym łóżkiem. W lutym wyniosłam się z nią, żeby miała gdzie mieszkać i za co żyć. W maju zostałam sama.

Za babcię. Ostatnio, co prawda, trochę lepiej wyglądają nasze relacje. Ale wciąż nie chcę czuć się odpowiedzialna za to, co i jak robi, czy dociera do niej, że coś złego się z nią dzieje, czy nie. Więc nie zabiorę jej dowodu na czas nadchodzących wyborów. I nie zmuszę do wizyty u psychiatry. To nie jest moja odpowiedzialność.

Oni wszyscy są dorośli. I nie chcę być za nich odpowiedzialna. Nie chcę słuchać tego, jacy byli w życiu skrzywdzeni, jak mieli źle, jak bardzo życie ich skopało. Nie mam najmniejszej ochoty. I nie muszę. Jak będę to sobie wystarczająco często powtarzać, to może zapamiętam.

Chciałabym też porzucić swój brak zorganizowana i bałaganiarstwo. Jestem bałaganiarą. Jestem bałaganiarą. Jestem bałaganiarą. I jeśli chcę – zmienię to. To też muszę sobie często powtarzać.

Chciałabym też przestać być zależna od innych. Przestać dawać innym decydować o mnie, o moim życiu, o moich wyborach lub ich braku. Chciałabym po prostu zacząć żyć.

Chciałabym wyrzucić z głowy kato-spierdolenie. To rygorystyczne wychowywanie w ciągłym strachu, że jak nie umyję zębów wieczorem, albo rzucę soczystą kurwą, to z pewnością pójdę się smażyć w piekle. Nie pójdę. Piełko dawno zamarzło, a Bóg umarł. Albo jest chujem. Nie wiem, która opcja jest gorsza.

Chciałabym przestać się tak wszystkim przejmować i martwić. W końcu jakiś czas temu znalazłam ludzi, którzy dzielą ze mną nie tylko smutki, ale też radości. I nawet częściej te drugie. Chciałabym się nauczyć, że są obok mnie tacy, którzy nic ode mnie nie chcą, tylko być, tylko rozmawiać, tylko patrzeć na mój uśmiech. Wiem, że tacy są, ale zawsze gdzieś podskórnie czuję, że są tylko dla korzyści, że albo będę dla nich coś robić, albo zostanę sama. To strasznie durne myślenie. Muszę się go oduczyć.

Chciałabym też przestać w siebie wątpić. Przestać się tak krytycznie oceniać. Przestać mówić o sobie źle. Być dla siebie chociaż w połowie tak dobrą, jaką jestem dla innych. I chciałabym się nauczyć odpoczywać. Potrzebuję odpocząć.

 

poniedziałek, 6 lutego 2023

zamknij oczy

 zamknij oczy

niech ciemność otuli

Twoją smutną duszę


zamknij oczy

w więzieniu z powiek

oddech łatwiej się toczy


zamknij je

zamknij szczelnie


zamknij oczy

niech uśmiech

złemu losowi łzę utoczy

piątek, 23 października 2020

Pisane niezrozumieniem

 Karmi się nas

wrogością

niepewnością

przemocą

pseudowolnością


Karmi się nas

zakazem

nakazem

pod postacią ochrony


Karmi się nas

złością

zniewoleniem

rozbiciem

milczeniem


Karmi się nas a my

po prostu się dajemy

niedziela, 16 grudnia 2018

Odsłona XXVI

Już wiem, miłość drogę zna... Chryste, ale bzdura.

Pociągam łyk z brązowawej butelki i śmieję się sama z siebie. Siedzę pośrodku sceny mojego teatru, lekko wstawiona... no okej, całkiem pijana i co Wam do tego? i oglądam te wszystkie super miłosne bajeczki z wytwórni Disneya.

Dawno nie miałam takiego doła. Koleżanka Depresja siedzi sobie w kącie widowni i z nieskrywaną radością szczerzy się do mnie, unosząc kieliszek z czerwonym winem w uroczystym toaście. Mam ochotę czymś w nią rzucić.

Wygoniłam większość, reszta albo nie wie, albo dopiero czeka w kolejce do wykopania z mojego życia. Nie mam siły, siedzę i śmieję się wsparta na ramieniu, które mnie boli i wiem, że długo tak nie wytrzymam i za chwilę wyląduję twarzą na drewnianych, przeżartych przez korniki deskach podłogi.

Chciałam ostatnio uwierzyć, że coś może z tego być. I nie mogę przestać o tym myśleć. A właściwie o opcjach z nim. Jasne, że tak naprawdę ich nie ma. Opcja była jedna i gdyby nie to, że jestem już zmęczona samotnością... to nawet bym nie wpadła na to, żeby rozważyć jego niemoralne propozycje. A chłopina ma talent. Miesza mi w głowie, jak profesjonalista, chociaż chciałabym wierzyć, że nie robi tego świadomie i specjalnie.

- To nie tak.
Jego głos rozlega się gdzieś przy wejściu i widzę, jak schyla się, by nie rąbnąć głową w futrynę. Jest wysoki. Nawet bardzo.

Chcę się zerwać na nogi, ale wiem, że to skończyłoby się tylko spektakularnym upadkiem, a wolałabym mimo wszystko, żeby nie miał o mnie złego zdania.

Nie wiem, co we mnie zobaczył. Jestem brzydka. Gruba. I tak cholernie specyficzna, że dziwna i niewarta uwagi. Wiem to od bardzo dawna. Świat postarał się, żebym nigdy o tym nie zapomniała.

Siedzę więc na miejscu i obserwuję jak się zbliża. Siada na pięć może sześć kroków przede mną, krzyżuje nogi i patrzy na mnie niby to ukradkiem. A ja sama nie wiem, co widzę w jego oczach.

Nigdy nie miałam takiego problemu. Zawsze rozszyfrowywałam ludzi szybko, a jeśli zajmowało mi to więcej niż kilka tygodni, to znaczyło, że mają problemy i trzeba tylko do nich dotrzeć, pokazać, że jest się wartym zaufania. Tak jak było ze Staszkiem.

A tu? Nic. Nie wiem, co mam o nim sądzić. Nie wiem, czy coś w ogóle w nim widzę. Czy to pustka? Czy to tajemnica? Czy to radość? Czy to krzywda?

- To wszystko nie tak.

Parskam śmiechem. Jestem pijana, nie muszę się kontrolować całe życie.

- A jak?

Odwraca wzrok. Nie wiem, dlaczego. Ze wstydu? Żeby ukryć, co tak naprawdę sobą reprezentuje? A może z innego powodu?

- Nie wiem.

Prycham i wstaję. Depresja podnosi się ze swojego kąta i depcze mi po piętach, suka jedna.

- Jak się dowiesz, to wiesz, gdzie mnie szukać.

- Ale Ruda!

Odchodzę w odmęty kulis. Tam jest chyba jakaś sofka. Prześpię się i jutro wstanę z mocnym postanowieniem dania sobie spokoju. Muszę.

Za mną wlecze się kot. Wiem, czyj jest i nareszcie dowiedziałam się jak ma na imię. Mości się u moich stóp, gdy kładę się na sofce. Szloch przerywa ciszę. A później zapada ciemność pełna pewności, że powinnam coś zrobić, ale i tej, że nic z tego nie będzie.

środa, 15 sierpnia 2018

Odsłona XXV

Wbiegam, dysząc ciężko, po schodach mojego teatru. Znowu wygląda jak coś, co kiedyś przypominało piękny neogotycki budynek, ale zaniebali go właściciele i teraz odpadło mu trochę tynku, a farba zszarzała i wykruszyła się w wielu miejscach. Jestem pewna, że z tyłu znowu rozprzestrzenił się ten bezczelny bluszcz. Jestem zła na siebie. Wiem, że to moja wina, że tak długo mnie tu nie było. A potrzebowałam tego oczyszczenia, mojego prywatnego katharsis, tej ucieczki i oddechu.
Nie sądziłam, że miłość może być destrukcyjna na polu twórczym. Chociaż, tak, zgryźliwy czytelniku, obserwatorze. Trudno moją bazgraninę i występy cyrko-kabaretowe uznać za twórczość. Ale lubię tak o nich myśleć.

Wpadam do pomieszczenia kontrolnego i zapalam wszystkie światła, kaszląc jednocześnie od kurzu. Ugh, czy ja przestałam płacić dozorcy?
Odpalam komputer i szukam jakiejś przyzwoitej piosenki. Sama nie wiem, co się ze mną działo. Ot, blokada. Kiedy tylko patrzyłam w stronę teatru, miałam ochotę wymiotować i unikałam go jak ognia.

Z ulgą witam załączającą się klimatyzację i biegnę po schodach, by dotrzeć do starej garderoby. Zaraz wpadnę w moje maski i będę mogła z ulgą powitać złośnicę, wredotę, szczęściarę i wiele, wiele innych. Muszę odpocząć od mojej zmęczonej twarzy.

Miłość - właśnie ona zadziałała na mnie tak okrutnie. Przestałam umieć wyrażać siebie, coś mi gdzieś umnęło. Może uznałam to za nieporządane. A może tylko zagrzebałam maski razem z uczuciem odrzucenia i po prostu pozwoliłam, żeby mniej mnie bolało.

Wpadam do garderoby i od razu rzucam się w kierunku stołu.
Ale ten jest pusty.
Zatrzymuję się z wytrzeszczonymi oczami.

Gdzie są moje maski?

W pomieszczeniu rozlega się sapnięcie i rzucam się w stronę starej komody. A później szafy. A później przeszukuję całe pomieszczenie.

Nie! One są mi potrzebne! Zwłaszcza teraz...

Za tydzień i dwa dni mam swój wielki występ. Nie mogę na nim pokazać tej zmęczonej życiem twarzy. Nie mogę pozwolić, by zobaczył smutek.

Muszę je znaleźć.

Wiecie, gdzie mogę z powrotem nauczyć się przywdziewać maski?

Pukanie przerywa mi rozgorączkowane szukanie. - Wlazł! - krzyczę i rzucam się w stertę szmatek, które wkładałam raz w życiu i nie pozwalałam, żeby więcej ujrzały światło dzienne. Może tam.

- Co robisz?

Staję jak wryta. Czyżby...
Ale nie, to nie on. To dwójka nowych. Jeden patrzy na mnie wygłodniałym wrokiem, drugi jest smutny. Oni też chyba zgubili swoje maski.

Wzruszam ramionami.
- Nic takiego. Kto Was tu wpuścił?

Wyższy uśmiecha się drapieżnie i podchodzi bliżej niż bym chciała. Wiem, czego ode mnie chce i powstrzymuje się tylko dlatego, że ten drugi patrzy.

- Masz dla mnie prywatny występ? - pyta wprost do mojego ucha, ale ze śmiechem odpycham go i wyganiam dwójkę na zewnątrz. Gdybym miała wybierać, to nie ten miałby szansę na prywatne przedstawienia.

Na drzwiach teatru wywieszam karteczkę "Uwaga, prace remontowe. Wstęp wzbroniony".
Idę do domu. Tam poszukam. Tam jeszcze muszę je mieć. Boję się jechać bez nich do Lubina.

A co jeśli nie?...

środa, 13 września 2017

Potrafi

Miłość pot­ra­fi zaboleć
a naj­bar­dziej zwłaszcza wtedy
gdy pod po­wieka­mi i w sercu
uk­ry­wasz ją prze­ciw sobie

Miłość pot­ra­fi zaboleć
Z gorący­mi łzami
przes­ta­je da­wać ukojenie
wzma­ga je­dynie cierpienie

Miłość pot­ra­fi zaboleć
Ale bez niej trwasz
w pus­tce... bez światła

I możesz mówić,
że nic się nie dzieje
Od środ­ka roz­ry­wany będziesz z bólu.

sobota, 2 września 2017

Wiesz?

Wiesz?
Chciałabym czasem...
a w su­mie to zawsze
roz­ma­wiać z Tobą bez skrępowania.
Bez zaczepiania.
Bez drżenia, gdy zdjęcie Twoje
łasi się do duszy mojej.

Wiesz?...
I chciałabym mieć moc
teleportowania!
by nie mu­sieć cze­kać na Ciebie
w nies­kończo­ności swojej

Wiesz?
I chciałbym żebyś wiedział
Ale prze­cież sama
nig­dy Ci te­go nie powiem
Więc Ty nig­dy też sam się
nie do­wiesz. 

_____________________________________________________
Ostatnio nieczęsto tu bywam. Ale raz w miesiącu macie gwarancję, że znajdziecie mnie na Spalonym Feniksie. To moje nowe dziecko. :)

piątek, 4 sierpnia 2017

Będę

Będę
obiecuję, będę lepsza
zrobię wszystko po Twojemu
Będę lepiej, mocniej
kochać.

Za te wszystkie
niedopowiedzenia

za te wszystkie
cisze, umilknienia

za te wszystkie
głowy odwrócenia

za te wszystkie
braki w spojrzeniach

Obiecuję.
     Będę.
        Lepsza.

Dam wszystko, co mam
Opowiem to, co wiem.

Zrobię to lepiej.

Zaufaj. 

Utulona
zamilkła chórem złamanego serca.

czwartek, 20 lipca 2017

...

Zamilcz, Ciszo. Dziś nie da się Ciebie słuchać.

____________________________
Chester Bennington [*]

piątek, 9 czerwca 2017

Odsłona XXIV

[muzyka]

Ludzie to tchórze. Sama też jestem tchórzem. Okropnym. Naprawdę. Chowam się za maskami i nie chcę by ktoś zobaczył moją prawdziwą twarz. Odgrywam teatr. Zawsze i przed każdym. A kiedy pojawi się ktoś, komu zechcę zaufać, sama już nie wiem, która odłożona na wieszak maska, jest moją prawdziwą twarzą. A gdy przez przypadek na nią wpadnę, osoba, która na chwilę pojawiła się w moim życiu i skradła mi serce swoją szczerością i wytrzymywaniem mojego trudnego charakteru, albo dawno zniknęła, albo właśnie znika.

Po raz kolejny ze łzami w oczach przemierzam dobrze znaną i znienawidzoną przeze mnie drogę, którą ostatnio często uczęszczam, choć nie niesie to z sobą żadnego artystycznego efektu. Ledwo dostrzegam mijane drzewa, które dla moich oczu są teraz tylko rozmazaną plamą zieleni i brązu. Ledwo dostrzegam śpiewające w krzakach ptaki, nawołujące swoich partnerów, by wrócili albo odnaleźli ich niczym para kochanków przed zmierzchem, który przyniesie tylko ciszę, chłód i ból rozdartych serduszek. Są dla mnie niezrozumiałą kakofonią, krzykiem, hałasem... I nie chcę słyszeć ich czerwonych treli.

Z uwagą omijam dziury w ulicy i na chodnikach. Boję się skręcenia kostki albo jeszcze gorszej kontuzji. Wtedy pracodawca może nie być zadowolony, a przecież pracuję od niedawna. Gdzieś w pamięci odzywa się zapach świeżo mielonej kawy.

Czasem zastanawiam się, czy nie prościej byłoby powiedzieć wszystko wprost. Nie tańczyć, nie śpiewać, nie udawać. Ale wprost, od serca, najprościej jak umiem. Tylko że ja już chyba nie umiem mówić prosto.

Podciągam się na niski murek, który przeszkadza mi tylko w dotarciu do teatru. Zbudował go smutek i żal, który wywołałam u siebie tym, że nawet już nie potrafię zatańczyć konkretnego układu. Od 38 dni wegetuję. Robię tylko to, czego ode mnie oczekują. I nic więcej. Nic poza tym.

To był piątek. Wtedy po raz ostatni trzymałam w ramionach chłopca o płowych łanach włosów i niebieskich oczach, w których potęga morza i bezchmurnego nieba połączyła się 24 lata temu. 3 dni przed dniem dziecka, przed jego urodzinami. Biegnę. Opieram się na jakimś kamieniu i wyskakuję w górę, po czym twardo ląduję na ugiętych nogach. Dyszę. Brakuje mi powietrza, bo coś ściska mnie w piersi. Dławię łzy. To był piątek. I w piątek kawałek mojego serca oderwał się i odleciał za nim, gdy powiedziałam: "Wiesz, że będę za Tobą tęsknić".

Teraz czasem się odzywa. Na moją wyraźną prośbę. Ale nie jestem pewna, czy to dobrze. Niewielkie chwile euforii jego wiadomością, okupione są godzinami, w których w głowie mam tylko jego imię.

Mocno popycham drewniane drzwi, których rzeźbienia ostatnio jakby zmalały. Jakby przestano o nie dbać. Cały teatr oddaje to, co dzieje się w moim środku. A i tak nikt nie widzi. Winogrona oklapły, tak jak moje włosy. Okna straciły połysk jak moje oczy. Wszystko wyblakło, jak moje wnętrze. I czasem tynk się sypie, nawet gwałtownie, gdy brakuje mi sił, by się uśmiechać.

Wbiegam do garderoby. Jestem zła. Wściekła, chociaż cały czas powtarzam sobie "Zamknij się. Zamknij się! ZAMKNIJ SIĘ!". To jednak jest we mnie. Potwór rozdzierający mi klatkę piersiową i krzyczący Niesprawiedliwość!, podczas gdy ja nie mogę nic z tym zrobić. To bestia, niebieska i włochata, rozdziera mi wewnętrzne organy wielkimi zębiskami, wbija kły i szpony w moje serce.

Przecież ja nie chcę się kłócić. Robię wszystko, żeby nikt nie mógł się przyczepić. Naprawdę. Spełniam wszystkie oczekiwania i wymagania. Odpuściłam sobie dążenie do własnego szczęścia. Naprawdę. I już nie wiem, czy płakać, czy całkiem zamknąć się na uczucia. Pewnie przy drugiej opcji byłoby łatwiej. Nie mogę zdecydować się na maskę.

Po raz kolejny siadam z nogami przewieszonymi przez scenę i wbijam zęby we własną rękę. Tak jest najłatwiej. Fizyczność zabija ryczącą bestię. Ból ją obłaskawia. Przestałam się już przed nim bronić. Teatr jest zamknięty. Publiczności nie ma. Jest cicho i pusto. Nawet pająki się pochowały, a mysz spod lewej kolumny cichnie i przestaje chrobotać.

Coraz częściej myślę, że chyba jednak miałam rację, gdy wbijałam sobie ostrze w nadgarstki i żałować, że chwyciłam nie to narzędzie, co trzeba. Przecież jestem niepotrzebna...

- Znowu tu przylazłaś użalać się nad sobą? Ja sobie tego nie życzę! - krzyczy ktoś nad moją głową.

Wiem. Życzysz sobie mieć tylko osobę do pochwalenia się przed znajomymi i wypełniania poleceń.

- Przecież nie jestem ci potrzebna, to po co tu przychodzisz? - mówi bestia, zanim zdążę ją okiełznać. Szybko wstaję i wychodzę, chociaż wiem, że pójdzie za mną i dalej będzie prowadzić swoją tyrradę. Znam ją w końcu 23 lata.

Chcę krzyczeć, podczas gdy tylko siedzę i stukam palcami w klawiaturę.


poniedziałek, 29 maja 2017

Smutno mi Boże

Smutno mi Boże
Albowiem coś się kończy
A coś nie chce się zacząć

Smutno mi Boże
Ponieważ serce się wyrywa
A ciało zastygło w bezruchu

Smutno mi Boże
Gdy wyciągam rękę
ku pożegnaniu

Smutno mi... Smutno.
I zastanawiam się
Czy coś prócz tego jeszcze zostanie

Smutno mi Boże
Lecz pewna nie jestem
Czy o pocieszeniu marzę