[muzyka]
Jestem połówką
czuję w połowie
żyję w połowie
czekam
zegar tyka nieubłaganie
wstań, walcz, poddaj się
świat trwa
trwa dalej
bez Ciebie i beze mnie
Huk rozlepianych powiek
huk łzy upadającej na padołek
krzyk
cisza wrzeszczy
Pytam
Dlaczego?
[muzyka]
Długo się zastanawiałam, czy w ogóle otworzyć nowy dokument tekstowy. Może powinnam wrócić do początków, tworzyć na nowo, od zera, znów wyrabiać styl, bazgrząc gdzie się da w mikrozeszytach, kartkach i karteluszkach. Może to znowu dałoby mi trochę satysfakcji.
Od dawna właściwie nie piszę.
Kiedy dotarło do mnie, że ostatni logiczny post na blogu naskrobałam 3 lata
temu – oniemiałam. Przychodziłam tu zawsze, kiedy było mi źle, zawsze, kiedy
potrzebowałam się wypłakać, wygadać, wykrzyczeć swoje skołdunione i chaotyczne
myśli.
Przez te trzy lata było mi trudniej
niż kiedykolwiek.
Dorwała mnie dorosłość w pełnym
tego słowa znaczeniu. Już nie czas na pierwsze razy – pierwsze miłości,
pierwsze prace, pierwsze prawdziwe wyzwania. Czas na to minął. Przeleciał mi
przez palce i nawet nie wiem, kiedy do tego doszło. I nie wróci. A ja tak wielu rzeczy się nie nauczyłam. Czuję się jak zabawka, którą świat pierdolnął o ścianę i połamała się. Tak po prostu, odpadło jej kilka części, ważnych części, bez których nie może normalnie funkcjonować.
Chciałabym zrobić listę rzeczy,
które tak bardzo chcę porzucić wraz z wejściem w dorosłość. Zresztą, kazano mi
taką zrobić – to część mojego samoleczenia. Tylko co to da? Jestem dorosłą,
ukształtowaną kobietą. Nawet nie wiem, kiedy zamieniłam określenie dziewczyna
na kobieta.
Zacznijmy.
Chciałabym przede wszystkim porzucić
odpowiedzialność za innych. Za matkę, która przez ostatnie lata regularnie
rujnowała mi życie. Za jej picie, za pretensje, za agresję słowną i
ekonomiczną. Za jej krzyki, za jej przemoc, za jej krzywdę. Nie jestem nią.
Nigdy nią nie będę. choć bardzo się postarała, żeby mnie stworzyć na nowo na
swój obraz i podobieństwo, najpierw roztrzaskać na kawałki, a później posklejać
w nową wersję siebie. To, co udało mi się ocalić z samej mnie… wiecznie było
kością niezgody. Praca – mimo że pracuję dużo i chętnie – nie taka, jak być
powinna. Nic przecież nie robię. Czymże mogę być zmęczona? Otóż jestem. Bardzo,
bardzo, cholernie bardzo zmęczona. Pasje? A to mam na to czas? To może bym coś
w domu zrobiła? Dałabym sobie już spokój z czytaniem tych bzdur. Z tym doktoratem
zresztą też, bo nigdy go nie napiszę, to strata czasu. Ale spokojnie, przecież
mi pomagała. Jestem tym cholernie, kurewsko, tragicznie zmęczona.
Za ojca. To udało mi się jakiś
czas temu, chociaż cały czas się to we mnie odzywa. Nie chcę być odpowiedzialna
za jego picie, za jego urojenia, za molestowanie. To były jego decyzje. Nie moje.
Muszę to sobie często powtarzać, wtedy zakładam dość skuteczny knebel na
wyrzuty sumienia, które drą się w mojej głowie, bo nie wiem, co się z nim
dzieje.
Za siostrę. To się nie udawało
bardzo długo. Wiecznie wszystko na złotej tacy, żeby miała łatwiej. Wiecznie za
nią, wiecznie dla niej, wiecznie kosztem siebie. W grudniu nawet podzieliłam
się własnym łóżkiem. W lutym wyniosłam się z nią, żeby miała gdzie mieszkać i
za co żyć. W maju zostałam sama.
Za babcię. Ostatnio, co prawda,
trochę lepiej wyglądają nasze relacje. Ale wciąż nie chcę czuć się
odpowiedzialna za to, co i jak robi, czy dociera do niej, że coś złego się z nią
dzieje, czy nie. Więc nie zabiorę jej dowodu na czas nadchodzących wyborów. I
nie zmuszę do wizyty u psychiatry. To nie jest moja odpowiedzialność.
Oni wszyscy są dorośli. I nie
chcę być za nich odpowiedzialna. Nie chcę słuchać tego, jacy byli w życiu
skrzywdzeni, jak mieli źle, jak bardzo życie ich skopało. Nie mam najmniejszej
ochoty. I nie muszę. Jak będę to sobie wystarczająco często powtarzać, to może
zapamiętam.
Chciałabym też porzucić swój
brak zorganizowana i bałaganiarstwo. Jestem bałaganiarą. Jestem bałaganiarą.
Jestem bałaganiarą. I jeśli chcę – zmienię to. To też muszę sobie często
powtarzać.
Chciałabym też przestać być
zależna od innych. Przestać dawać innym decydować o mnie, o moim życiu, o moich
wyborach lub ich braku. Chciałabym po prostu zacząć żyć.
Chciałabym wyrzucić z głowy
kato-spierdolenie. To rygorystyczne wychowywanie w ciągłym strachu, że jak nie
umyję zębów wieczorem, albo rzucę soczystą kurwą, to z pewnością pójdę się
smażyć w piekle. Nie pójdę. Piełko dawno zamarzło, a Bóg umarł. Albo jest
chujem. Nie wiem, która opcja jest gorsza.
Chciałabym przestać się tak
wszystkim przejmować i martwić. W końcu jakiś czas temu znalazłam ludzi, którzy
dzielą ze mną nie tylko smutki, ale też radości. I nawet częściej te drugie.
Chciałabym się nauczyć, że są obok mnie tacy, którzy nic ode mnie nie chcą,
tylko być, tylko rozmawiać, tylko patrzeć na mój uśmiech. Wiem, że tacy są, ale
zawsze gdzieś podskórnie czuję, że są tylko dla korzyści, że albo będę dla nich
coś robić, albo zostanę sama. To strasznie durne myślenie. Muszę się go
oduczyć.
Chciałabym też przestać w siebie
wątpić. Przestać się tak krytycznie oceniać. Przestać mówić o sobie źle. Być
dla siebie chociaż w połowie tak dobrą, jaką jestem dla innych. I chciałabym
się nauczyć odpoczywać. Potrzebuję odpocząć.
[muzyka]
Wyrywam się z domu na spacer. W głowie pobrzmiewają oskarżenia, pretensje. Czym jesteś zmęczona? Przecież siedzisz w domu! A ja muszę do pracy... Tak, mamo, bo tylko Ty pracujesz. A że ja siedzę non stop przed komputerem i pracę kończę o 21.15, gdzie lekcje skończyłam już dawno, że trzeba się zająć milionem nie moich problemów, że non stop ktoś potrzebuje skrawka rozmowy, wyświetlanej na monitorze świecącym zbitkiem literek... Czymże mogę być zmęczona?
Idę opustoszałymi ulicami miasta żółto-niebieskich i biało-niebieskich elfów, stających do siebie plecami, jakby w opozycji. Gdzieś na wysokim balkonie powiewa czarna jak noc flaga z białym napisem i czerwoną potterowską błyskawicą. Od czasu do czasu przejedzie obok jakiś samochód, albo minie się zagubionego przechodnia, czasem wyraźnie nie radzącego sobie z lekkimi smagnięciami coraz chłodniejszego wiatru.
Idzie zima. Gdzieś obok przebiega kot, a zabłąkany pies z niezidentyfikowanym obiektem w zębach zakręca się pod nogami, zdziwiony, że ktoś się do niego odezwał. Błyskają światła latarni i czerwono-zielono-pomarańczowe błyski sygnalizacji świetlnej mrugają do mieszkańców. Z ust pewnie chciałaby wydostać się mleczna para, ale hamowana jest przez wszechobecne maski. W mieszkaniach budynków świecą się światła, a ktoś nawet ozdobił już swoje okna kolorowymi lampkami, sygnalizując nieubłagany upływ czasu.
Idą święta. Ale nie chcę o nich myśleć, bo w głowie mam tylko ten cały fałsz, który wylewa się w piosence nieszczerych życzeń i maskach uśmiechu. Tęsknię za moimi maskami.
Jakiś zabłąkany liść spada mi na okrytą czapką głowę. W kieszeni karminowej kurtki natarczywie dźwięczy telefon, ale nie chcę na niego reagować. Potrzebuję odpocząć od całego świata i siebie samej, bo powolutku znów nie mogę sama ze sobą wytrzymać. Pretensje nie pomagają.
Moje nogi kierują się w stronę pobliskiego parku. Z tęsknotą patrzę na budynek miejskiej biblioteki, w której chciałabym się zamknąć na tydzień i poprzeglądać co tam nowego, co mogłoby mi się przydać, a co dla przyjemności mogłabym poczytać. Nie mam czasu na czytanie wśród milionów wiadomości, tysięcy pytań, setek pretensji i kilku ciepłych słów, które od czasu do czasu zabłądzą do mojej świadomości. Drżę, bynajmniej z zimna. Zagłębiam się w siatkę betonowych ścieżek i spojrzenie ciemności, która zewsząd czai się na zbłąkanego przechodnia. Czarna tafla stawu faluje przyjemnie jak gdyby zapraszając zastraszone dusze. Nie ulegam, nie jest aż tak źle, choć momentami pojawia się jedna czy druga myśl o tym, kto cierpiałby po tym, jakbym odeszła. Od razu przed oczami staje mi kilka znajomych twarzy, więc potrząsam głową, a rude loki pchają mi się do oczu, odganiając na trochę trudne myśli.
Ktoś na mnie czeka, więc przyspieszam kroku. Mijam pojedynczą parę z kundelkiem o piaskowym zabarwieniu i opuszczam park. Daję znać czekającym i kieruję się na kwadrat. To mało bezpieczne, bo w okolicy kręci się patrol, jeden czy drugi, czyhając tylko na moment, kiedy bawełniana maska z uśmiechniętymi nietoperzami zsunie się z ludzkiej twarzy. Niby samoistnie, a niby specjalnie, by do płuc dotarło nieco więcej świeżego powietrza.
Podchodzę pod znajomy blok. Wysyłam wiadomość i sięgam po coś, co dotąd nigdy nie było mi niezbędne do uspokojenia drżących, bynajmniej z zimna, porysowanych zmęczeniem dłoni. Wiem, że pod oczami pojawiły mi się już pierwsze oznaki wieku, a nos zmarszczył się odrobinę, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Powiedziałabym lustrzanemu odbiciu, że dodaje mi to uroku. W paczce jest jeszcze kilka sztuk, więc bez wyrzutów sumienia odpalam i zaciągam się miętowym posmakiem nikotyny. Obok parkuje człowiek, auto już lekko naznaczone zębem czasu warczy jeszcze przez chwilę, zanim silnikowi odetnie się dopływ paliwa. Światła przez chwilę mnie oślepiają tak, że nie zauważam kiedy żar parzy mi palce, a obok pojawia się dwójka ważnych dla mnie ludzi. Żartujemy, a mimo to w moich oczach pojawiają się łzy.
Czym Ty jesteś zmęczona, przecież siedzisz tylko w domu!
Zamykam oczy na chwilę i wymuszam uśmiech na twarzy. Idziemy ramię w ramię posiedzieć i pomarznąć, by coś robić wspólnie, a nie - jak zawsze - osamotnieni.