Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samotność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samotność. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 lipca 2023

W połowie

[muzyka]


Jestem połówką

czuję w połowie

żyję w połowie

czekam


zegar tyka nieubłaganie

wstań, walcz, poddaj się

świat trwa

trwa dalej

bez Ciebie i beze mnie


Huk rozlepianych powiek

huk łzy upadającej na padołek

krzyk

cisza wrzeszczy

Pytam

Dlaczego?

poniedziałek, 26 czerwca 2023

Odsłona XXIX

[muzyka]

         Długo się zastanawiałam, czy w ogóle otworzyć nowy dokument tekstowy. Może powinnam wrócić do początków, tworzyć na nowo, od zera, znów wyrabiać styl, bazgrząc gdzie się da w mikrozeszytach, kartkach i karteluszkach. Może to znowu dałoby mi trochę satysfakcji.

Od dawna właściwie nie piszę. Kiedy dotarło do mnie, że ostatni logiczny post na blogu naskrobałam 3 lata temu – oniemiałam. Przychodziłam tu zawsze, kiedy było mi źle, zawsze, kiedy potrzebowałam się wypłakać, wygadać, wykrzyczeć swoje skołdunione i chaotyczne myśli.

Przez te trzy lata było mi trudniej niż kiedykolwiek.

Dorwała mnie dorosłość w pełnym tego słowa znaczeniu. Już nie czas na pierwsze razy – pierwsze miłości, pierwsze prace, pierwsze prawdziwe wyzwania. Czas na to minął. Przeleciał mi przez palce i nawet nie wiem, kiedy do tego doszło. I nie wróci. A ja tak wielu rzeczy się nie nauczyłam. Czuję się jak zabawka, którą świat pierdolnął o ścianę i połamała się. Tak po prostu, odpadło jej kilka części, ważnych części, bez których nie może normalnie funkcjonować.

Chciałabym zrobić listę rzeczy, które tak bardzo chcę porzucić wraz z wejściem w dorosłość. Zresztą, kazano mi taką zrobić – to część mojego samoleczenia. Tylko co to da? Jestem dorosłą, ukształtowaną kobietą. Nawet nie wiem, kiedy zamieniłam określenie dziewczyna na kobieta.

Zacznijmy.

Chciałabym przede wszystkim porzucić odpowiedzialność za innych. Za matkę, która przez ostatnie lata regularnie rujnowała mi życie. Za jej picie, za pretensje, za agresję słowną i ekonomiczną. Za jej krzyki, za jej przemoc, za jej krzywdę. Nie jestem nią. Nigdy nią nie będę. choć bardzo się postarała, żeby mnie stworzyć na nowo na swój obraz i podobieństwo, najpierw roztrzaskać na kawałki, a później posklejać w nową wersję siebie. To, co udało mi się ocalić z samej mnie… wiecznie było kością niezgody. Praca – mimo że pracuję dużo i chętnie – nie taka, jak być powinna. Nic przecież nie robię. Czymże mogę być zmęczona? Otóż jestem. Bardzo, bardzo, cholernie bardzo zmęczona. Pasje? A to mam na to czas? To może bym coś w domu zrobiła? Dałabym sobie już spokój z czytaniem tych bzdur. Z tym doktoratem zresztą też, bo nigdy go nie napiszę, to strata czasu. Ale spokojnie, przecież mi pomagała. Jestem tym cholernie, kurewsko, tragicznie zmęczona.

Za ojca. To udało mi się jakiś czas temu, chociaż cały czas się to we mnie odzywa. Nie chcę być odpowiedzialna za jego picie, za jego urojenia, za molestowanie. To były jego decyzje. Nie moje. Muszę to sobie często powtarzać, wtedy zakładam dość skuteczny knebel na wyrzuty sumienia, które drą się w mojej głowie, bo nie wiem, co się z nim dzieje.

Za siostrę. To się nie udawało bardzo długo. Wiecznie wszystko na złotej tacy, żeby miała łatwiej. Wiecznie za nią, wiecznie dla niej, wiecznie kosztem siebie. W grudniu nawet podzieliłam się własnym łóżkiem. W lutym wyniosłam się z nią, żeby miała gdzie mieszkać i za co żyć. W maju zostałam sama.

Za babcię. Ostatnio, co prawda, trochę lepiej wyglądają nasze relacje. Ale wciąż nie chcę czuć się odpowiedzialna za to, co i jak robi, czy dociera do niej, że coś złego się z nią dzieje, czy nie. Więc nie zabiorę jej dowodu na czas nadchodzących wyborów. I nie zmuszę do wizyty u psychiatry. To nie jest moja odpowiedzialność.

Oni wszyscy są dorośli. I nie chcę być za nich odpowiedzialna. Nie chcę słuchać tego, jacy byli w życiu skrzywdzeni, jak mieli źle, jak bardzo życie ich skopało. Nie mam najmniejszej ochoty. I nie muszę. Jak będę to sobie wystarczająco często powtarzać, to może zapamiętam.

Chciałabym też porzucić swój brak zorganizowana i bałaganiarstwo. Jestem bałaganiarą. Jestem bałaganiarą. Jestem bałaganiarą. I jeśli chcę – zmienię to. To też muszę sobie często powtarzać.

Chciałabym też przestać być zależna od innych. Przestać dawać innym decydować o mnie, o moim życiu, o moich wyborach lub ich braku. Chciałabym po prostu zacząć żyć.

Chciałabym wyrzucić z głowy kato-spierdolenie. To rygorystyczne wychowywanie w ciągłym strachu, że jak nie umyję zębów wieczorem, albo rzucę soczystą kurwą, to z pewnością pójdę się smażyć w piekle. Nie pójdę. Piełko dawno zamarzło, a Bóg umarł. Albo jest chujem. Nie wiem, która opcja jest gorsza.

Chciałabym przestać się tak wszystkim przejmować i martwić. W końcu jakiś czas temu znalazłam ludzi, którzy dzielą ze mną nie tylko smutki, ale też radości. I nawet częściej te drugie. Chciałabym się nauczyć, że są obok mnie tacy, którzy nic ode mnie nie chcą, tylko być, tylko rozmawiać, tylko patrzeć na mój uśmiech. Wiem, że tacy są, ale zawsze gdzieś podskórnie czuję, że są tylko dla korzyści, że albo będę dla nich coś robić, albo zostanę sama. To strasznie durne myślenie. Muszę się go oduczyć.

Chciałabym też przestać w siebie wątpić. Przestać się tak krytycznie oceniać. Przestać mówić o sobie źle. Być dla siebie chociaż w połowie tak dobrą, jaką jestem dla innych. I chciałabym się nauczyć odpoczywać. Potrzebuję odpocząć.

 

niedziela, 22 listopada 2020

Odsłona XXVIII

 [muzyka]

Wyrywam się z domu na spacer. W głowie pobrzmiewają oskarżenia, pretensje. Czym jesteś zmęczona? Przecież siedzisz w domu! A ja muszę do pracy... Tak, mamo, bo tylko Ty pracujesz. A że ja siedzę non stop przed komputerem i pracę kończę o 21.15, gdzie lekcje skończyłam już dawno, że trzeba się zająć milionem nie moich problemów, że non stop ktoś potrzebuje skrawka rozmowy, wyświetlanej na monitorze świecącym zbitkiem literek... Czymże mogę być zmęczona?

Idę opustoszałymi ulicami miasta żółto-niebieskich i biało-niebieskich elfów, stających do siebie plecami, jakby w opozycji. Gdzieś na wysokim balkonie powiewa czarna jak noc flaga z białym napisem i czerwoną potterowską błyskawicą. Od czasu do czasu przejedzie obok jakiś samochód, albo minie się zagubionego przechodnia, czasem wyraźnie nie radzącego sobie z lekkimi smagnięciami coraz chłodniejszego wiatru.

Idzie zima. Gdzieś obok przebiega kot, a zabłąkany pies z niezidentyfikowanym obiektem w zębach zakręca się pod nogami, zdziwiony, że ktoś się do niego odezwał. Błyskają światła latarni i czerwono-zielono-pomarańczowe błyski sygnalizacji świetlnej mrugają do mieszkańców. Z ust pewnie chciałaby wydostać się mleczna para, ale hamowana jest przez wszechobecne maski. W mieszkaniach budynków świecą się światła, a ktoś nawet ozdobił już swoje okna kolorowymi lampkami, sygnalizując nieubłagany upływ czasu. 

Idą święta. Ale nie chcę o nich myśleć, bo w głowie mam tylko ten cały fałsz, który wylewa się w piosence nieszczerych życzeń i maskach uśmiechu. Tęsknię za moimi maskami.

Jakiś zabłąkany liść spada mi na okrytą czapką głowę. W kieszeni karminowej kurtki natarczywie dźwięczy telefon, ale nie chcę na niego reagować. Potrzebuję odpocząć od całego świata i siebie samej, bo powolutku znów nie mogę sama ze sobą wytrzymać. Pretensje nie pomagają. 

Moje nogi kierują się w stronę pobliskiego parku. Z tęsknotą patrzę na budynek miejskiej biblioteki, w której chciałabym się zamknąć na tydzień i poprzeglądać co tam nowego, co mogłoby mi się przydać, a co dla przyjemności mogłabym poczytać. Nie mam czasu na czytanie wśród milionów wiadomości, tysięcy pytań, setek pretensji i kilku ciepłych słów, które od czasu do czasu zabłądzą do mojej świadomości. Drżę, bynajmniej z zimna. Zagłębiam się w siatkę betonowych ścieżek i spojrzenie ciemności, która zewsząd czai się na zbłąkanego przechodnia. Czarna tafla stawu faluje przyjemnie jak gdyby zapraszając zastraszone dusze. Nie ulegam, nie jest aż tak źle, choć momentami pojawia się jedna czy druga myśl o tym, kto cierpiałby po tym, jakbym odeszła. Od razu przed oczami staje mi kilka znajomych twarzy, więc potrząsam głową, a rude loki pchają mi się do oczu, odganiając na trochę trudne myśli.

Ktoś na mnie czeka, więc przyspieszam kroku. Mijam pojedynczą parę z kundelkiem o piaskowym zabarwieniu i opuszczam park. Daję znać czekającym i kieruję się na kwadrat. To mało bezpieczne, bo w okolicy kręci się patrol, jeden czy drugi, czyhając tylko na moment, kiedy bawełniana maska z uśmiechniętymi nietoperzami zsunie się z ludzkiej twarzy. Niby samoistnie, a niby specjalnie, by do płuc dotarło nieco więcej świeżego powietrza. 

Podchodzę pod znajomy blok. Wysyłam wiadomość i sięgam po coś, co dotąd nigdy nie było mi niezbędne do uspokojenia drżących, bynajmniej z zimna, porysowanych zmęczeniem dłoni. Wiem, że pod oczami pojawiły mi się już pierwsze oznaki wieku, a nos zmarszczył się odrobinę, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Powiedziałabym lustrzanemu odbiciu, że dodaje mi to uroku. W paczce jest jeszcze kilka sztuk, więc bez wyrzutów sumienia odpalam i zaciągam się miętowym posmakiem nikotyny. Obok parkuje człowiek, auto już lekko naznaczone zębem czasu warczy jeszcze przez chwilę, zanim silnikowi odetnie się dopływ paliwa. Światła przez chwilę mnie oślepiają tak, że nie zauważam kiedy żar parzy mi palce, a obok pojawia się dwójka ważnych dla mnie ludzi. Żartujemy, a mimo to w moich oczach pojawiają się łzy. 

Czym Ty jesteś zmęczona, przecież siedzisz tylko w domu!

Zamykam oczy na chwilę i wymuszam uśmiech na twarzy. Idziemy ramię w ramię posiedzieć i pomarznąć, by coś robić wspólnie, a nie - jak zawsze - osamotnieni.

poniedziałek, 30 marca 2020

Zapodziana

[muzyka]

Jestem zepsutą zabawką,
której ktoś dać zechciał nowe życie.
Czy jesteś rozwiązaną zagadką?
Oczy uciekają w słów-kłamstw ukrycie.

Ująłeś mnie uśmiechem,
co zdobi Twoją twarz bez końca,
chociaż pod perlistym śmiechem
skryta jest mała, zagubiona owca.

Iskry w Twych błękitnych oczach
ostatnio giną, przepadają...
Zjada je blady strach.
Spierzchnięte usta od zębów pękają.

Zostań - krzyczę, milcząc przecież -
Bez Ciebie już nie wiem, gdzie podziać się.

niedziela, 29 grudnia 2019

Odsłona XXVII

[muzyczka]
Pędem wpadam do mojej garderoby i zatrzaskuję za sobą drzwi. Zasuwka ze zgrzytem zapada się w sobie i już wiem, że w końcu złapię trochę spokoju. Szybko podchodzę do skrzynki, którą po tylu miesiącach w końcu odnalazłam, niemalże frunę w jej stronę, odczuwając w końcu upragniony spokój, poczucie bezpieczeństwa, którą daje mi jej zawartość. Bo kto powiedział, że do tego potrzebny jest drugi człowiek?

Patrzę z czułością na wyłaniające się stamtąd białe, czarne i szare maski, niesamowity twór, który jakiś czas temu - ile to ja miałam lat? Z 15? - jakiś czas temu stał się moją naturą. Gdy tylko jedna z nich dotyka mojej twarzy, ogarnia mnie ten błogi spokój, to poczucie, że nikt nie ma prawa zrobić mi krzywdy. Z prędkością światła przetwarzają strukturę mojej - kruchej i poplątanej - istoty, moja twarz lekko przenika się z ciepławym, nieludzkim materiałem, który wówczas ewoluuje... Właśnie. W co?
We mnie - ale taką mnie konkretną. Mogę być miła, odczuwając wstręt. Mogę uśmiechać się, gdy jest mi smutno, okazywać zrozumienie, choć sama nie mam pojęcia, o co chodzi. Do tego na tyle skutecznie, że ludzie o tym nie wiedzą, nie zauważają masek.

Maski to wynalazek, do którego każdy może i musi dojść sam - nie ma instrukcji obsługi, żadnych lekcji z budowy i technik użytkowania masek czy kursów i szkoleń. Nie ma nauczycieli ani tym bardziej uczniów. To dziewiczy teren. Ale gdy uda ci się je skutecznie oswoić, to staną się twoim atutem i bronią przed światem - tym okrutnym, męczącym i destabilizującym światem. Ale z czasem zgubisz własną twarz. Sam oceniaj, czy to dobrze, czy źle. Ja jej już nie pamiętam. A maski zmieniam z wprawą zawodowca.

Przyklękam przed starym kufrem z drewna. Zdobienia jeszcze lśnią od lekko przetartego już lakieru. Jakiś miesiąc temu, może 2(?) - starłam kurz z wieka. Zaczynam powoli przeglądać zawartość. Wąska stróżka światła pada przez zbitą szybę okna. Wraz z nią do pomieszczenia wpada chłodnawy podmuch zimy, ale lubię to uczucie gęsiej skórki, jakie wywołuje jego liźnięcie na mojej skórze. Swoją drogą, gdzie ten śnieg... Myśli często uciekają mi przy tej czynności do czegoś innego. Czasem są banalne, jak marzenia o białym, lekkim puchu, pokrywającym ziemię, a czasem biegną do jakiegoś problemu, który muszę przeanalizować i rozwiązać. Albo chociaż pomóc rozwiązać. Im starsza jestem, tym dochodzę do wniosku, że czasem to nie o rozwiązanie chodzi, ale o obecność i zrozumienie. I chociaż nóż sam się w kieszeni otwiera na to, co z dziećmi wyprawiają dorośli, to możesz tylko stać murem przy takim piętnastolatku i pokazywać, że nie jest sam.

Nawet nie zauważam, gdy lśniąca i wypucowana wredotka trafia z powrotem do swojej szkatułki. Następnie czas na obojętność i złość, a później w moich dłoniach - lekko zeschniętych i z popękaną skórą od detergentu - lądują też dobrotliwość, empatia czy współczucie. Wszystkie odkładam do odpowiednich pudełek. UGH. Sporo kurzu nazbierało się pod brzegami niektórych masek, których używałam tylko na początku, gdy tak dobrze nie rozumiałam ich przeznaczenia. Są tam najczęściej hybrydki. Obojętność z radością, nieobejmującą oczu, która to pozwalała mi ukrywać lepiej niż wszystkie długie rękawy jeszcze krwawiące rany, od przeciągniętej po skórze żyletki. Uśmiech ze smutkiem, mająca podobny efekt, ale chowająca raczej te psychiczne zarysowania. Ból z euforią. To najciekawsza hybrydka w mojej kolekcji. Prawie prawdziwa. Ból był kiedyś dla mnie substytutem przyjemności.

Akurat kończę wycierać niezbyt upaskudzone zaskoczenie, gdy do drzwi rozlega się cichutki stukot. Wiem, kto jest po drugiej stronie. Mój wodzony magnes na ludzi z problemami mocno się uaktywnił, gdy zaczęłam pracować w szkole, a jego wyczuwałam już, gdy postawił pierwszy krok w moim małym teatrze. Och, nie, nie widziałam go na widowni. Wiem, że go tam nie było. Raczej warto by szukać go za sceną, gotowego wejść na środek i prowadzić filozoficzne dyskusje, ukrywając tym samym swoją wrażliwą duszyczkę, noszoną w ukryciu na ramieniu. Zakładam zaskoczenie na twarz i czekam przez sekundę czy dwie, aż pukanie rozlegnie się jeszcze raz.

Gdy się nie rozlega przez tę chwilę, otwieram drzwi. Widzę, jak w ostatniej chwili chłopiec cofa nogę znad krawędzi schodów i ogląda się przez ramię. Na twarzy rozciąga mu się uśmiech. Chyba nawet szczerze mnie lubi, nie tylko szuka pomocy. Oczy jednak pozostają przygaszone, wiem, czego to oznaka. W ostatniej chwili zauważam, jak fragment maski wtapia się gdzieś w brodę chłopaka.

- Och, to Ty? - pytam w zgodzie ze swoją maską, która jednak troszeczkę się buntuje, bo moja istota potrzebowała by tu raczej uśmiechu i profesjonalizmu. - Wejdź - mówię zamiast tego, odsuwając się na krok i pozwalając, by gość zerknął do mojej małej garderoby na poddaszu i zdecydował, czy na pewno to miejsce dla niego. Coś w środku go przekonuje, bo powoli przekracza próg poddasza. Widzę, jak chłonie każdy element mojego małego królestwa. w międzyczasie zdążam zmienić maskę na zainteresowanie, a w rękawie czuję współczucie, którego sam zainteresowany pewnie nie chciałby u mnie zobaczyć. Ale jest naturalną reakcją i trudno byłoby mi się bez niego obyć. Wiem, co za chwilę usłyszę.

- Ojej. Więc nie wydawało mi się. Pani też gra w maski.

Czuję jak serce zatrzymuje mi się na ułamek sekundy i po chwili wznawia rytm. Nigdy nie skupiałam się na ukrywaniu masek, bo nie było mi to do niczego potrzebne. Teraz jestem naprawę zaskoczona, choć oczywiście zainteresowanie nie daje tego po mnie poznać.

- Jakoś specjalnie ich nie ukrywam, Myszko - mówię i zdobywam tym kolejny punkt w chyba nieskończonej skali zaufania. Proponuję coś do picia i siadamy - on na kanapie, ja na krześle przy biureczku z lustrem. Zerkam na sekundę na swoje własne spojrzenie i upewniam się, że nie widać tego, czego nie powinien zobaczyć. Nie chcę, by interesował się moją przeszłością, nie mam ochoty pokazywać mu, że bardzo się nim przejmuję. Chcę zachować pozory profesjonalizmu, by nie czuł się przytłoczony.

Gadamy o pierdołach. Tylko między zdaniami przemyca mi jakąś informację o sobie, która wniosłaby coś do sprawy. Widzę, że ma problem z wytrzymywaniem ciszy - musi cały czas mówić, co jest zapewne oznaką niepewności i strachu przed nią, przed tym, co brak dźwięków, może w nim wykazać. Oczywiście maska półuśmiechu nie schodzi mi z twarzy, chociaż nie umie objąć nią oczu. Wiem, że to wciąż początki zabawy w teatr w tym przypadku. I sama nie wiem, czy powinnam pozwolić mu się rozwinąć, czy raczej interweniować, by maski go nie pochłonęły.

Bo maski gubią Twoją twarz. Sam zdecyduj czy to dobrze, czy źle. A później daj im się żywić swoją nadwrażliwością na świat lub odrzuć nadwrażliwość i walcz o swoje w inny sposób.

niedziela, 16 grudnia 2018

Odsłona XXVI

Już wiem, miłość drogę zna... Chryste, ale bzdura.

Pociągam łyk z brązowawej butelki i śmieję się sama z siebie. Siedzę pośrodku sceny mojego teatru, lekko wstawiona... no okej, całkiem pijana i co Wam do tego? i oglądam te wszystkie super miłosne bajeczki z wytwórni Disneya.

Dawno nie miałam takiego doła. Koleżanka Depresja siedzi sobie w kącie widowni i z nieskrywaną radością szczerzy się do mnie, unosząc kieliszek z czerwonym winem w uroczystym toaście. Mam ochotę czymś w nią rzucić.

Wygoniłam większość, reszta albo nie wie, albo dopiero czeka w kolejce do wykopania z mojego życia. Nie mam siły, siedzę i śmieję się wsparta na ramieniu, które mnie boli i wiem, że długo tak nie wytrzymam i za chwilę wyląduję twarzą na drewnianych, przeżartych przez korniki deskach podłogi.

Chciałam ostatnio uwierzyć, że coś może z tego być. I nie mogę przestać o tym myśleć. A właściwie o opcjach z nim. Jasne, że tak naprawdę ich nie ma. Opcja była jedna i gdyby nie to, że jestem już zmęczona samotnością... to nawet bym nie wpadła na to, żeby rozważyć jego niemoralne propozycje. A chłopina ma talent. Miesza mi w głowie, jak profesjonalista, chociaż chciałabym wierzyć, że nie robi tego świadomie i specjalnie.

- To nie tak.
Jego głos rozlega się gdzieś przy wejściu i widzę, jak schyla się, by nie rąbnąć głową w futrynę. Jest wysoki. Nawet bardzo.

Chcę się zerwać na nogi, ale wiem, że to skończyłoby się tylko spektakularnym upadkiem, a wolałabym mimo wszystko, żeby nie miał o mnie złego zdania.

Nie wiem, co we mnie zobaczył. Jestem brzydka. Gruba. I tak cholernie specyficzna, że dziwna i niewarta uwagi. Wiem to od bardzo dawna. Świat postarał się, żebym nigdy o tym nie zapomniała.

Siedzę więc na miejscu i obserwuję jak się zbliża. Siada na pięć może sześć kroków przede mną, krzyżuje nogi i patrzy na mnie niby to ukradkiem. A ja sama nie wiem, co widzę w jego oczach.

Nigdy nie miałam takiego problemu. Zawsze rozszyfrowywałam ludzi szybko, a jeśli zajmowało mi to więcej niż kilka tygodni, to znaczyło, że mają problemy i trzeba tylko do nich dotrzeć, pokazać, że jest się wartym zaufania. Tak jak było ze Staszkiem.

A tu? Nic. Nie wiem, co mam o nim sądzić. Nie wiem, czy coś w ogóle w nim widzę. Czy to pustka? Czy to tajemnica? Czy to radość? Czy to krzywda?

- To wszystko nie tak.

Parskam śmiechem. Jestem pijana, nie muszę się kontrolować całe życie.

- A jak?

Odwraca wzrok. Nie wiem, dlaczego. Ze wstydu? Żeby ukryć, co tak naprawdę sobą reprezentuje? A może z innego powodu?

- Nie wiem.

Prycham i wstaję. Depresja podnosi się ze swojego kąta i depcze mi po piętach, suka jedna.

- Jak się dowiesz, to wiesz, gdzie mnie szukać.

- Ale Ruda!

Odchodzę w odmęty kulis. Tam jest chyba jakaś sofka. Prześpię się i jutro wstanę z mocnym postanowieniem dania sobie spokoju. Muszę.

Za mną wlecze się kot. Wiem, czyj jest i nareszcie dowiedziałam się jak ma na imię. Mości się u moich stóp, gdy kładę się na sofce. Szloch przerywa ciszę. A później zapada ciemność pełna pewności, że powinnam coś zrobić, ale i tej, że nic z tego nie będzie.

środa, 15 sierpnia 2018

Odsłona XXV

Wbiegam, dysząc ciężko, po schodach mojego teatru. Znowu wygląda jak coś, co kiedyś przypominało piękny neogotycki budynek, ale zaniebali go właściciele i teraz odpadło mu trochę tynku, a farba zszarzała i wykruszyła się w wielu miejscach. Jestem pewna, że z tyłu znowu rozprzestrzenił się ten bezczelny bluszcz. Jestem zła na siebie. Wiem, że to moja wina, że tak długo mnie tu nie było. A potrzebowałam tego oczyszczenia, mojego prywatnego katharsis, tej ucieczki i oddechu.
Nie sądziłam, że miłość może być destrukcyjna na polu twórczym. Chociaż, tak, zgryźliwy czytelniku, obserwatorze. Trudno moją bazgraninę i występy cyrko-kabaretowe uznać za twórczość. Ale lubię tak o nich myśleć.

Wpadam do pomieszczenia kontrolnego i zapalam wszystkie światła, kaszląc jednocześnie od kurzu. Ugh, czy ja przestałam płacić dozorcy?
Odpalam komputer i szukam jakiejś przyzwoitej piosenki. Sama nie wiem, co się ze mną działo. Ot, blokada. Kiedy tylko patrzyłam w stronę teatru, miałam ochotę wymiotować i unikałam go jak ognia.

Z ulgą witam załączającą się klimatyzację i biegnę po schodach, by dotrzeć do starej garderoby. Zaraz wpadnę w moje maski i będę mogła z ulgą powitać złośnicę, wredotę, szczęściarę i wiele, wiele innych. Muszę odpocząć od mojej zmęczonej twarzy.

Miłość - właśnie ona zadziałała na mnie tak okrutnie. Przestałam umieć wyrażać siebie, coś mi gdzieś umnęło. Może uznałam to za nieporządane. A może tylko zagrzebałam maski razem z uczuciem odrzucenia i po prostu pozwoliłam, żeby mniej mnie bolało.

Wpadam do garderoby i od razu rzucam się w kierunku stołu.
Ale ten jest pusty.
Zatrzymuję się z wytrzeszczonymi oczami.

Gdzie są moje maski?

W pomieszczeniu rozlega się sapnięcie i rzucam się w stronę starej komody. A później szafy. A później przeszukuję całe pomieszczenie.

Nie! One są mi potrzebne! Zwłaszcza teraz...

Za tydzień i dwa dni mam swój wielki występ. Nie mogę na nim pokazać tej zmęczonej życiem twarzy. Nie mogę pozwolić, by zobaczył smutek.

Muszę je znaleźć.

Wiecie, gdzie mogę z powrotem nauczyć się przywdziewać maski?

Pukanie przerywa mi rozgorączkowane szukanie. - Wlazł! - krzyczę i rzucam się w stertę szmatek, które wkładałam raz w życiu i nie pozwalałam, żeby więcej ujrzały światło dzienne. Może tam.

- Co robisz?

Staję jak wryta. Czyżby...
Ale nie, to nie on. To dwójka nowych. Jeden patrzy na mnie wygłodniałym wrokiem, drugi jest smutny. Oni też chyba zgubili swoje maski.

Wzruszam ramionami.
- Nic takiego. Kto Was tu wpuścił?

Wyższy uśmiecha się drapieżnie i podchodzi bliżej niż bym chciała. Wiem, czego ode mnie chce i powstrzymuje się tylko dlatego, że ten drugi patrzy.

- Masz dla mnie prywatny występ? - pyta wprost do mojego ucha, ale ze śmiechem odpycham go i wyganiam dwójkę na zewnątrz. Gdybym miała wybierać, to nie ten miałby szansę na prywatne przedstawienia.

Na drzwiach teatru wywieszam karteczkę "Uwaga, prace remontowe. Wstęp wzbroniony".
Idę do domu. Tam poszukam. Tam jeszcze muszę je mieć. Boję się jechać bez nich do Lubina.

A co jeśli nie?...

środa, 13 września 2017

Potrafi

Miłość pot­ra­fi zaboleć
a naj­bar­dziej zwłaszcza wtedy
gdy pod po­wieka­mi i w sercu
uk­ry­wasz ją prze­ciw sobie

Miłość pot­ra­fi zaboleć
Z gorący­mi łzami
przes­ta­je da­wać ukojenie
wzma­ga je­dynie cierpienie

Miłość pot­ra­fi zaboleć
Ale bez niej trwasz
w pus­tce... bez światła

I możesz mówić,
że nic się nie dzieje
Od środ­ka roz­ry­wany będziesz z bólu.

sobota, 2 września 2017

Wiesz?

Wiesz?
Chciałabym czasem...
a w su­mie to zawsze
roz­ma­wiać z Tobą bez skrępowania.
Bez zaczepiania.
Bez drżenia, gdy zdjęcie Twoje
łasi się do duszy mojej.

Wiesz?...
I chciałabym mieć moc
teleportowania!
by nie mu­sieć cze­kać na Ciebie
w nies­kończo­ności swojej

Wiesz?
I chciałbym żebyś wiedział
Ale prze­cież sama
nig­dy Ci te­go nie powiem
Więc Ty nig­dy też sam się
nie do­wiesz. 

_____________________________________________________
Ostatnio nieczęsto tu bywam. Ale raz w miesiącu macie gwarancję, że znajdziecie mnie na Spalonym Feniksie. To moje nowe dziecko. :)

piątek, 4 sierpnia 2017

Będę

Będę
obiecuję, będę lepsza
zrobię wszystko po Twojemu
Będę lepiej, mocniej
kochać.

Za te wszystkie
niedopowiedzenia

za te wszystkie
cisze, umilknienia

za te wszystkie
głowy odwrócenia

za te wszystkie
braki w spojrzeniach

Obiecuję.
     Będę.
        Lepsza.

Dam wszystko, co mam
Opowiem to, co wiem.

Zrobię to lepiej.

Zaufaj. 

Utulona
zamilkła chórem złamanego serca.

czwartek, 20 lipca 2017

...

Zamilcz, Ciszo. Dziś nie da się Ciebie słuchać.

____________________________
Chester Bennington [*]

poniedziałek, 29 maja 2017

Smutno mi Boże

Smutno mi Boże
Albowiem coś się kończy
A coś nie chce się zacząć

Smutno mi Boże
Ponieważ serce się wyrywa
A ciało zastygło w bezruchu

Smutno mi Boże
Gdy wyciągam rękę
ku pożegnaniu

Smutno mi... Smutno.
I zastanawiam się
Czy coś prócz tego jeszcze zostanie

Smutno mi Boże
Lecz pewna nie jestem
Czy o pocieszeniu marzę

niedziela, 9 kwietnia 2017

Czego się boisz

Ostatnio dołączyłam do Polskiej Grupy Pisarzy Kreatywnych i tam dostaliśmy propozycję napisania krótkiego utworu na wybrany z 25 propozycji temat/hasło. Oto i efekty :)



Całował ją. A było to tak niespodziewane, że trwała w tym zupełnie nie mogąc zdobyć się na jakąkolwiek racjonalną reakcję. Sama nie wiedziała kiedy jej ręce uczepiły się jego ramion, a serce podeszło do gardła, wyrywając się do niego ze zdwojoną mocą niż zawsze. Był dla niej wszędzie, był wszystkim. Czuła się tak, jak gdyby oderwanie się od niego, przerwanie tego momentu było wyrokiem śmierci, jakby dobrowolnie rezygnowała z oddychania. Ale co z tego? Przecież od dawna wiedziała, że jest samobójczynią…
Pierwszy krok ku samobójstwu poczyniono za nią. Już nawet nie pamiętała, jak to się właściwie zaczęło. Była mała. I nieposłuszna, zwłaszcza jak się jej nudziło. Mieszkała pod miastem w połówce bliźniaka na ulicy, na której wszyscy się znali i jedyne złe, co mogło cię spotkać, to szczekający w kojcu pies. Dlatego nie miała oporów, żeby wyjść za bramkę podwórka i iść na drugi koniec osiedla, mimo zakazu ojca. Po powrocie została ukarana. I to chyba był ten moment, w którym nieświadomie postąpiła pierwszy z wielu kroków na szafocie.
Teraz stała przy nim, czuła ciepło, które otulało ją jak ramiona kochającego rodzica, którego miłości dotąd chyba nie zdołała poznać. Przez tę słodką chwilę czuła się cała, czuła się dobrze sama ze sobą. Chciała, by to trwało wiecznie.
Drugi poważny krok ku samobójstwu zrobiła sama. Wstąpiła do dziwnej organizacji, która właściwie głosiła same dobre idee, ale w rzeczywistości wypaczała je i okazywała się jedną z najbardziej toksycznych rzeczy, jakie kiedykolwiek ją spotkały. Chciała szybko odejść, ale wtedy ją powstrzymywali kolejnymi obietnicami i kolejnymi pięknymi słowami. Była zbyt młoda, by zrozumieć, że to tylko słowa. A słowa niezwykle rzadko oznaczają rzeczywistość. Po jakimś czasie pierwszy raz znalazła ukojenie w bólu. Wpierw wbijała paznokcie w dłonie, później bawiła się finką, a spływająca po ręku krew wydawała jej się uspokajająca. Uciszała demony, które szeptały jej na co dzień do ucha same obelżywe rzeczy.
Teraz czuła się tak, jakby wszystkie jej blizny znikały pod delikatnym dotykiem szorstkich spracowanych dłoni. W miejscu, w którym ich skóra stykała się ze sobą, czuła delikatne mrowienie, czuła ciepło, które wypalało jej blizny, leczyło jej rany. Czuła się tak, jak gdyby jednym gestem mógł ją wyciągnąć, sprawić, że znów będzie czysta i niesplamiona, że jej umysł na nowo odbuduje się i będzie znów mógł przyjmować kolejne ciosy od rzeczywistości.
Na stołek weszła niemalże z chęcią i oczekiwaniem na to, co będzie dalej. Pokochała osobę, która tylko ją wykorzystała. Pokochała ją jak siostrę, jak najważniejszego sprzymierzeńca, tymczasem ich relacja była jeszcze bardziej toksyczna niż jej przygoda z organizacją. Znów łudziła się, że znalazła kogoś, kto ją rozumiał, kogoś, kto ją akceptował. Tymczasem ona zostawiła ją przy pierwszej lepszej okazji, pogłębiając tylko rany, które sobie zadawała. Wtedy zastanowiła się tylko, czy nie łatwiej byłoby ulec pokusie i skończyć ze sobą w prostszy sposób. Przecież przestać oddychać wcale nie jest łatwo. Ale nie była tchórzem. Weszła na stołek.
Gdy oderwał się od niej, spojrzał na nią oczyma, które najbardziej ze wszystkich na świecie kochała. Miały kolor wzburzonego morza w słoneczny dzień, w którym spotykała się zarówno jasność słońca, jak i granat spienionej wody. Kiedy na nią patrzył, lekko uśmiechnięty, czuła emocje, które od niego biły. Czuła, że jest szczęśliwy, że jej brak racjonalnej reakcji wziął za dobry prognostyk, że uwierzył jej w niemą obietnicę, której nigdy nie złożyła.
Pętlę na szyję założyła gdy była już dorosła. Choć powód pierwszego kroku przestał mieć na nią wpływ, nie miał już do niej dostępu, to cały czas czuła go w sobie. Czuła, jak skóra piecze ją, a żyły bolą od ciosów. Chciała to przerwać. Musiała to przerwać, chciała to skończyć jak najszybciej, byleby tylko przestało boleć. Nienawidziła siebie i całego świata, nie miała celu w życiu, powtarzała tylko puste slogany, których nauczyła się już za dzieciaka. Chciała tylko odwrócić od siebie uwagę, uśmiechała się, śmiała głośno i udawała. Grała. Zawsze. Non stop. Aż pękła.
Wymruczał jej imię i ponownie wpił się w jej wargi, teraz gwałtowniej, z większym pragnieniem. Czuła każdy centymetr jego ciała przy sobie. Odpowiadała gestem na gest, ruchem na ruch. Chciała tu być. Chciała to czuć. Była pewna – przez jedną, jedyną, cudowną chwilę, że jest tak, gdzie jej miejsce, że właśnie do tego w życiu miała dotrzeć i teraz powinno być już łatwiej. Teraz powinno być już dobrze…
Skoczyła ze stołeczka w momencie, w którym oderwała się od niego i wyswobodziła z jego troskliwych ramion. Zaprotestowała, zdobyła się na odwagę, by zareagować prawidłowo, racjonalnie. Odsunęła go i ze zdwojoną mocą poczuła, jak jej serce pęka na pół, gdy wypowiedziała cicho:
- Aleksander, ja nie mogę.
Stał przed nią zaskoczony, widziała w jego oczach rozpaczliwe zdziwienie i jakby błaganie, by tego nie kończyła, nie w ten sposób. Przez chwilę nie wiedział, co ma powiedzieć, jak ma ją przekonać, jak zaprotestować. A ona kuliła się pod jego spojrzeniem, objęła się ramionami i cofnęła o kilka kroków.
- Mój boże – powiedział. – Ty się boisz. Alka, czego ty się boisz? – zapytał.
Ona potrząsnęła gwałtownie głową i odskoczyła od jego wyciągniętej ręki. Spojrzała jeszcze ostatni raz w te oczy, teraz pełne strachu i prośby. A później odwróciła się i uciekła.
Sznur zacisnął się wokół jej gardła. Szarpnęła się jeszcze, słysząc, jak woła jej imię, lecz po chwili przestała walczyć ze sobą. Uciekała. I w końcu poczuła ukojenie.


Farfocel

PS Powiem jeszcze tylko, że dla fanów mojej prozy będę miała za niedługo niespodziewajkę ;)

sobota, 14 stycznia 2017

Odsłona XXIII

Jestem rozpaczą. Jestem strachem. Jestem goryczą, która gromadzi się w gardle, kiedy łzy cisną się do oczu. Jestem bólem. Rozpadam się.

Chwieję się. Stoję w miejscu, obejmując się ramionami i wiem, że się chwieję. Łzy moczą mi już nie tylko kołnierzyk bluzki, ale i cały dekolt, i zaczynają docierać do drugiego guzika. Chciałabym, żeby spadł deszcz, bo chociaż nie można byłoby rozróżnić, czy płaczę, czy to tylko krople wody, spadającej z nieba, są wynikiem mojego żałosnego stanu.

Stoję pod drzewem. Obumarłym na zimowe dni, suchym, szarym i bez życia. Jakże bym chciała być drzewem. Ale ja nie chciałabym już więcej budzić się do życia.

Mam na sobie tylko cienką bluzkę i wiem, że to skończy się zapaleniem płuc. I dobrze. Może, jeśli wystarczająco długo je zbagatelizuję, w końcu się uduszę. Moje płuca próbują mnie zabić od dziecka, w końcu czas się z tym pogodzić i poddać się. A jeszcze jakby zaczęło padać, to już w ogóle duszności murowane. Ale pewne nie zacznie.

Muszę dziwnie wyglądać. Ale jest mi wszystko jedno. Po prostu wszystko jedno. A już myślałam, że obojętność odstawię na półkę z maskami. A tymczasem przylgnęła do mojej twarzy zaraz na rozpaczy i muszę ją tuszować śmiechem i kiepskimi żarcikami. Ale co z tego? Ludzie nie chcą widzieć ani rozpaczy, ani obojętności. A na radość nie zwracają uwagi. Ona nie budzi podejrzeń.

Wiem, że za rogiem jest teatr, ale co z tego. Ten marazm, ta cisza, ciemność pod zepsutą latarnią. Tym razem nie chcę widowni. Widownia o mało mnie nie zabiła.  Od środka.

Po co są ludzie? Po co są uczucia, po co potrzeba bliskości, DLACZEGO, DO CHOLERY, CZŁOWIEK TO STADNE ZWIERZĘ?!

Po co mi serce?

I czemu tak pędzisz do przodu świecie? 
I czemu nie widzisz tragedii człowieczej?
I czemu się śmiejesz z cudzego nieszczęścia?

I czemu...

Chcę ciszy. Pragnę Ciszy. Tej we mnie. Chcę usnąć i już nie musieć czuć. I niech nic mi się nie śni. Chcę przestać istnieć. 

środa, 23 listopada 2016

Odsłona XXII

[słuchałam podczas czytania]
Ostatnio dręczy mnie jedna myśl. Ludzkość jest zła. To wniosek, uwaga, nazwijcie to jak chcecie. Męczy mnie, bo jest nad wyraz prawdziwa... A to oznacza, że ja też jestem zła. Mimo że z całego serca chcę być codziennie lepsza i lepsza, to nie ma dla mnie ratunku. Bo człowiek to zbiór nerwów, emocji i złości. I nawet w imię dobra i miłości potrafi zabijać.

Biegnę ze łzami w oczach w coraz częściej ostatnio odwiedzane miejsce, w tą starą ulicę, gdzie ledwo da się przejechać samochodem bez uszkodzenia zawieszenia, a deszcz i mgła nigdy stamtąd nie odchodzą. Po prostu tak jest. Taka anomalia. Zdarza się. Zwłaszcza w mojej głowie.

Dopadam drzwi frontowych, bo wiem, że będą otwarte, wcześniej tam zadzwoniłam i poprosiłam woźnego by dziś nie zamykał mojego teatru jak zawsze o 16.00, bo już czas na kolejne niezapowiedziane przestawienie. Przedstawienie mojego życia. A później mecz.

Łzy w oczach to jedno, ale jeszcze chyba nigdy nie byłam tak opanowana. Jeszcze nigdy to po mnie aż tak nie spłynęło. Że po raz kolejny zrobiła awanturę o pieniądze, które ma, ale woli zatrzymać dla siebie, mimo że obiecała. Że kolejny raz zwyzywała mnie od szmat i kurew, ba, tym razem padło dużo więcej obelg i nawet nie liczyła się płeć... Ale to wszystko po mnie spłynęło. Naprawdę. Tydzień brania leków uspokajających po takiej kłótni to nic. A teraz biegłam na kolejne przedstawienie, żeby pokazać wszystkim, że dziewczyna, która w zeszłym roku po takiej awanturze rozpędziłaby się samochodem i puściła kierownicę - teraz jest zupełnie inna.

Wpadam na zaplecze, zrzucam kurtkę z ramion, zdejmuję zielony, dziergany przez babcię szalik otuchy, której próbuje mi udzielić, choć jej z jej dzieckiem też nie jest łatwo. Łapię za czarną gumkę do włosów, której kolekcja leży na małej toaletce. Związuję niesforne loki, które znowu jakimś cudem zaczynają być rude, moja dusza wraca na swoje miejsce, daje mi swoje odzwierciedlenie.

Szybki przegląd masek na półce. Jedne bardziej zakurzone, inne mniej. A najmniej obojętność. Bo naprawdę jest mi już wszystko jedno. Przestało mi zależeć. A to tak samo źle, niż jakby zależało mi za bardzo.

Sięgam po chyba najbardziej zakurzoną maskę z całej kolekcji. Jest półprzezroczysta, ale swego czasu bardzo ją lubiłam, zwłaszcza, gdy na widowni siadywały bliskie mi osoby. Nazywała się ambicja. Wkładam ją i puszczam muzykę z zaplecza, po czym wybiegam na scenę.

Na widowni jest niewiele osób. Tylko koledzy z drużyny i dwie kobiety, chyba jeszcze nie do końca zdecydowane, czy znalazły się w odpowiednim miejscu na odpowiednim krześle. Ale to też jest mi zupełnie obojętne. Muzyka przyspiesza, dźwięki fortepianu malują mi w wyobraźni obraz małego, przytulnego mieszkanka o śnieżnobiałych ścianach w salonie. Telewizor stoi na szafce tuż obok stolika i brązowej kanapy. Framugi okien i drzwi są z ciemnego, bukowego drewna, polakierowanego dodatkowo, co daje im połysk. Na podłodze leży jeszcze bielszy dywanik, który w dotyku przypomina sierść misia polarnego. W kącie stoi otwarta klatka mojego królika, który hasa sobie swobodnie na balkonie. Jest lato. Ciepłe powietrze otula mi twarz, jestem w nowoczesnej kuchni i przygotowuję domowe lody. Wsypało mi się za dużo wanilii i teraz pachnie mi ona w całym mieszkaniu. W pokoju obok dźwięki chóru łączą się w niesamowitą harmonię, która bardzo mnie uspokaja. Komputer nie wyje z przegrzania, a regały po bokach uginają się od książek. Za chwilę ktoś przyjdzie i zjemy razem obiad, który dochodzi w piekarniku i już czeka na wyjęcie i podanie. Rozlega się dzwonek do drzwi, otwieram, a w nich stoi wysoki mężczyzna. Nie widzę jego twarzy, nie wiem, kim jest. Ale wtedy będę wiedziała.

I to wszystko tańczę. Lekkim ruchem przedstawiam harmonię, porządek, do którego dążę. Marzenia.
A później znikam ze sceny. Już wiem, że z tego nie zrezygnuję. I że kiedyś do tego doprowadzę. Byle jak najszybciej.

Uspokajam oddech i biegnę do samochodu, który zostawiłam w centrum miasta, żeby nie stracić wysłużonego podwozia, po czym wsiadam i pędzę na mecz. Po zwycięstwo.

wtorek, 15 listopada 2016

jak zabawnie jest

jak to zabawnie jest
słuchać o miłości
o tym jak wskrzesza
o tym jak zraniona
pociesza

jak to zabawnie jest
pisać o miłości
o tym jak jest ważna
i że pragnie jej każda
dziewczyna

jak to zabawnie jest
miłości nie znać
i nie potrzebować
za grzechy na wieki
pokutować

piątek, 21 października 2016

Poczułam coś

Poczułam coś
chyba
bo nic "na pewno"
Rozkładam ręce niczym skrzydła...

Poczułam coś
ale wiem
że ty nie
Spa­dałam mi­mo piór przy dłoniach

Poczułam coś
i co z tego
płonę
od os­karżyciel­skiego spojrzenia

Poczułam strach
i pod­dałam mu się
a te­raz
z per­spek­ty­wy kibica
Two­je oblicze
chłonę...
niena­syco­ne.

wtorek, 20 września 2016

Liść

Widziałam jak spadłeś
Zmar­szczo­ny, pożółkły...
Widziałam, jak umierałeś.
A nikt nie wy­raził smutku...

Nikt też nie składał kondolencji
Bo i po co? Ta­ka ko­lej rzeczy,
że tyl­ko my - ludzkie istnienia
chce­my uciekać od zapomnienia...

Widziałam jak wcześniej
świeżozielony
w życie wszedłeś
Ale nikt nie gratulował
Więc gdy odszedłeś
W tra­gedii swo­jej - niezauważony...

niedziela, 4 września 2016

Ja już...

Ja już nic nie chcę
nie chcę i nie potrzebuję
w roz­paczy znów się kręcę
i marzeń już nie snuję...

Ja już nic nie mam
Na­wet nie mam imienia
Siebie bra­kować mi zaczyna
In­nych nie pot­rze­buję do spełnienia...

Ja już nic nie potrzebuję
tyl­ko sa­ma być o ile być
by jas­no się utwierdzić
że nie trze­ba mi żyć...

Ja już nie istnieję
zniszczyło mnie wszystko
co kiedyś dro­gie mi było
we łzach jes­tes­two moje
wy­raźnie się... roz­myło... 

niedziela, 28 sierpnia 2016

Odsłona XX

[muzyka]
Moja ruda czupryna wyłoniła się na sekundę zza opuszczonej kurtyny i szybko z powrotem za nią zniknęła, gdy tylko oczy zarejestrowały tłumy na widowni.

Ach.

Oddech zaczyna dusić. Zastanawiam się przez chwilę, czy to wina tremy, czy płuc, które dawno temu zapomniały już, co tak naprawdę znaczy "być płucami", ale kolejny skurcz oskrzeli i braki w tlenie nie pozwalają na rozstrzygnięcie. Podbiegam do własnej torby, pchana do niej przez zaciskające się we mnie mięśnie, którym jakoś szczególnie nigdy nie służył brak tlenu, a w niej szybko odnajduję inhalator, wyciągając go spomiędzy walających się zeszytów, książek, długopisów i gum do żucia. Czasem przydałaby mi się różdżka, żeby szybciej wszystko znajdować... i zaklęcie zmniejszająco-zwiększające....

Słyszę dzwonek, który oznacza, że zostało mi niewiele ponad 5 minut czasu, żeby doprowadzić płuca do stanu względnej używalności, dlatego naciskam tłoczek leku trzy, a nie - jak powinnam - dwa razy, po czym przytrzymuję mleczny opar w płucach o kilka sekund dłużej niż zawsze. Ten wydostaje się z nich przez gwałtowny kaszel, ale oddech stopniowo mi się uspokaja i wiem już, że - cholera! - przeżyję.

Zamykam oczy i wyciągam rękę w stronę wieszaka z maskami. Losuję. Ostatnimi czasy nieczęsto to robiłam, zawsze wybierałam maskę z pieczołowitą starannością, żeby przypadkiem nie musieć później tłumaczyć się z błędu, ale co tam... Zaczyna mi znów być wszystko jedno. To chyba źle...

Nagle - łup! I zbieram się z podłogi, rozcierając obity tyłek

- Mamomamomamomamomamomamo!

Chryste, Kwiat...

-AOlekZgodziłSięIśćZeMnąNaStudiówkę!!!

I podskakuje jak taki kauczuk, tuż przede mną cała wniebowzięta. Och, Kwiat...
- Dobra, mała, znikaj, zaraz występ - mówię znużona, ale szczęśliwa z jej szczęścia. Czasem potrafi być mega hałaśliwa, ale i tak ją kocham.

Rozlegają się jeszcze dwa dzwonki i Kwiat w ostatniej chwili umyka na widownię. Wychodzę na scenę i po prostu ruszam się w rytm muzyki, zapomniawszy przez chwilę o smutku, jaki ostatnio dopada mnie co wieczór.

Potykam się i upadam, a wtedy uświadamiam sobie, że ostatecznie zapomniałam nałożyć maskę i teraz wszyscy patrzą na moją smutną twarz z podkrążonymi oczyma... Chce mi się płakać, więc wstaję i wyciągam rękę do pierwszej osoby z brzegu. - Dawaj, Żelek, pomożesz mi - mówię, a ten w przerażaniu wstaje i sztywno podchodzi.
- Ale... eee... ale... ja... alejasieboje!
- Nie martw się, ona nie gryzie. Tylko czasem trzeba z kijem podchodzić, ale to jak jest niewyspana - odzywa się Ktoś obok i wybuchamy śmiechem...

Kiedy sala pustoszeje, a ja rozcieram skronie po tym jak musiałam się nagimnastykować, żeby z Żelka zrobić inteligentnego człowieka, wszystko mnie boli. I razem z nimi uciekł też mój humor i uciekła motywacja do życia.

- Stuk, puk, kotku...

Depresja. Wredna suka.