[muzyka]
Ludzie to tchórze. Sama też jestem tchórzem. Okropnym. Naprawdę. Chowam się za maskami i nie chcę by ktoś zobaczył moją prawdziwą twarz. Odgrywam teatr. Zawsze i przed każdym. A kiedy pojawi się ktoś, komu zechcę zaufać, sama już nie wiem, która odłożona na wieszak maska, jest moją prawdziwą twarzą. A gdy przez przypadek na nią wpadnę, osoba, która na chwilę pojawiła się w moim życiu i skradła mi serce swoją szczerością i wytrzymywaniem mojego trudnego charakteru, albo dawno zniknęła, albo właśnie znika.
Po raz kolejny ze łzami w oczach przemierzam dobrze znaną i znienawidzoną przeze mnie drogę, którą ostatnio często uczęszczam, choć nie niesie to z sobą żadnego artystycznego efektu. Ledwo dostrzegam mijane drzewa, które dla moich oczu są teraz tylko rozmazaną plamą zieleni i brązu. Ledwo dostrzegam śpiewające w krzakach ptaki, nawołujące swoich partnerów, by wrócili albo odnaleźli ich niczym para kochanków przed zmierzchem, który przyniesie tylko ciszę, chłód i ból rozdartych serduszek. Są dla mnie niezrozumiałą kakofonią, krzykiem, hałasem... I nie chcę słyszeć ich czerwonych treli.
Z uwagą omijam dziury w ulicy i na chodnikach. Boję się skręcenia kostki albo jeszcze gorszej kontuzji. Wtedy pracodawca może nie być zadowolony, a przecież pracuję od niedawna. Gdzieś w pamięci odzywa się zapach świeżo mielonej kawy.
Czasem zastanawiam się, czy nie prościej byłoby powiedzieć wszystko wprost. Nie tańczyć, nie śpiewać, nie udawać. Ale wprost, od serca, najprościej jak umiem. Tylko że ja już chyba nie umiem mówić prosto.
Podciągam się na niski murek, który przeszkadza mi tylko w dotarciu do teatru. Zbudował go smutek i żal, który wywołałam u siebie tym, że nawet już nie potrafię zatańczyć konkretnego układu. Od 38 dni wegetuję. Robię tylko to, czego ode mnie oczekują. I nic więcej. Nic poza tym.
To był piątek. Wtedy po raz ostatni trzymałam w ramionach chłopca o płowych łanach włosów i niebieskich oczach, w których potęga morza i bezchmurnego nieba połączyła się 24 lata temu. 3 dni przed dniem dziecka, przed jego urodzinami. Biegnę. Opieram się na jakimś kamieniu i wyskakuję w górę, po czym twardo ląduję na ugiętych nogach. Dyszę. Brakuje mi powietrza, bo coś ściska mnie w piersi. Dławię łzy. To był piątek. I w piątek kawałek mojego serca oderwał się i odleciał za nim, gdy powiedziałam: "Wiesz, że będę za Tobą tęsknić".
Teraz czasem się odzywa. Na moją wyraźną prośbę. Ale nie jestem pewna, czy to dobrze. Niewielkie chwile euforii jego wiadomością, okupione są godzinami, w których w głowie mam tylko jego imię.
Mocno popycham drewniane drzwi, których rzeźbienia ostatnio jakby zmalały. Jakby przestano o nie dbać. Cały teatr oddaje to, co dzieje się w moim środku. A i tak nikt nie widzi. Winogrona oklapły, tak jak moje włosy. Okna straciły połysk jak moje oczy. Wszystko wyblakło, jak moje wnętrze. I czasem tynk się sypie, nawet gwałtownie, gdy brakuje mi sił, by się uśmiechać.
Wbiegam do garderoby. Jestem zła. Wściekła, chociaż cały czas powtarzam sobie "Zamknij się. Zamknij się! ZAMKNIJ SIĘ!". To jednak jest we mnie. Potwór rozdzierający mi klatkę piersiową i krzyczący Niesprawiedliwość!, podczas gdy ja nie mogę nic z tym zrobić. To bestia, niebieska i włochata, rozdziera mi wewnętrzne organy wielkimi zębiskami, wbija kły i szpony w moje serce.
Przecież ja nie chcę się kłócić. Robię wszystko, żeby nikt nie mógł się przyczepić. Naprawdę. Spełniam wszystkie oczekiwania i wymagania. Odpuściłam sobie dążenie do własnego szczęścia. Naprawdę. I już nie wiem, czy płakać, czy całkiem zamknąć się na uczucia. Pewnie przy drugiej opcji byłoby łatwiej. Nie mogę zdecydować się na maskę.
Po raz kolejny siadam z nogami przewieszonymi przez scenę i wbijam zęby we własną rękę. Tak jest najłatwiej. Fizyczność zabija ryczącą bestię. Ból ją obłaskawia. Przestałam się już przed nim bronić. Teatr jest zamknięty. Publiczności nie ma. Jest cicho i pusto. Nawet pająki się pochowały, a mysz spod lewej kolumny cichnie i przestaje chrobotać.
Coraz częściej myślę, że chyba jednak miałam rację, gdy wbijałam sobie ostrze w nadgarstki i żałować, że chwyciłam nie to narzędzie, co trzeba. Przecież jestem niepotrzebna...
- Znowu tu przylazłaś użalać się nad sobą? Ja sobie tego nie życzę! - krzyczy ktoś nad moją głową.
Wiem. Życzysz sobie mieć tylko osobę do pochwalenia się przed znajomymi i wypełniania poleceń.
- Przecież nie jestem ci potrzebna, to po co tu przychodzisz? - mówi bestia, zanim zdążę ją okiełznać. Szybko wstaję i wychodzę, chociaż wiem, że pójdzie za mną i dalej będzie prowadzić swoją tyrradę. Znam ją w końcu 23 lata.
Chcę krzyczeć, podczas gdy tylko siedzę i stukam palcami w klawiaturę.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemijanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemijanie. Pokaż wszystkie posty
piątek, 9 czerwca 2017
piątek, 31 marca 2017
Brak mi
Brak mi czasu
czasu który straciłam
i który zyskałeś
kosztem moim
brak mi czasu
czasu który przeminął
i który raz zabolał
i cały czas boli
brak mi czasu
tych wszystkich zdarzeń
których nie umiem cofnąć
brak mi czasu
i tego że przez niego
ciemną nocą nie umiem zasnąć
czasu który straciłam
i który zyskałeś
kosztem moim
brak mi czasu
czasu który przeminął
i który raz zabolał
i cały czas boli
brak mi czasu
tych wszystkich zdarzeń
których nie umiem cofnąć
brak mi czasu
i tego że przez niego
ciemną nocą nie umiem zasnąć
piątek, 21 października 2016
Poczułam coś
Poczułam coś
chyba
bo nic "na pewno"
Rozkładam ręce niczym skrzydła...
Poczułam coś
ale wiem
że ty nie
Spadałam mimo piór przy dłoniach
Poczułam coś
i co z tego
płonę
od oskarżycielskiego spojrzenia
Poczułam strach
i poddałam mu się
a teraz
z perspektywy kibica
Twoje oblicze
chłonę...
nienasycone.
chyba
bo nic "na pewno"
Rozkładam ręce niczym skrzydła...
Poczułam coś
ale wiem
że ty nie
Spadałam mimo piór przy dłoniach
Poczułam coś
i co z tego
płonę
od oskarżycielskiego spojrzenia
Poczułam strach
i poddałam mu się
a teraz
z perspektywy kibica
Twoje oblicze
chłonę...
nienasycone.
niedziela, 2 października 2016
Odsłona XXI
Misja specjalna. Dziś grałam w autokarze. Mała to i strasznie niewygodna scena. O tyle trudna, o ile do wszystkich musisz się uśmiechać, a układy taneczne idą w zapomnienie, więc nie ma czym odwrócić uwagi od niedopasowanej maski na twarzy...
Niby o to walczyłam. Niby o to zabiegałam. Ale kiedy przyszło co do czego, kiedy mecz się skończył, gdy już wiedziałam, że zdarłam sobie znów trochę gardła, błagając by moi chłopcy dali z siebie jeszcze więcej, żeby wygrali ten pojedynek... niby remis. Niby szczęście. A cały czas tam gdzieś na samym końcu mnie, gdzie pajęczyny oplotły zakamarki umysłu, tworząc napis "Nie wchodzić, grozi zawaleniem" - właśnie tam jest ten cholerny smutek.
Snuję się sama w swojej głowie i próbuję odepchnąć od siebie jaskrawozieloną mgłę, rodem z powieści Lewisa, która pożera mi całą radość życia, a tym samym próbuję reagować na durne żarty Komara.
- Ej, Tofi, a wiesz, że ona jest teraz CZŁONKIEM? - pyta po raz setny odwołując się do swojej chorej, zboczonej wyobraźni, za którą w sumie nawet trochę go lubię.
- Komar, mógłbyś się już w końcu zamknąć, wszyscy Ci za to podziękują - odkrzykuję z lekką irytacją w głosie. No, bo ile można?
Wsiadam w samochód - chwała Bogu - jednak sama i znikam szybko spod hali, pędzę do domu, zanim ktoś zdąży mnie dogonić...
A i tak dogania. Żeby było śmieszniej ta osoba, o której staram się nie myśleć, nie zaczepiać, nie odzywać się, odpuścić. Towar zdjęty z półki jest towarem zakazanym...
Mryga do mnie światłami, jak mijamy się na rondzie i pędzi do domu. Błogosławię, w tym rejonie nietrudno o policję, a na liczniku nie mniej jak 90km/h...
Docieram do domu i jest mi coraz gorzej. Wiem, że wszyscy już śpią, więc zrzucam maskę zadowolenia i skupienia. Czy coś jeszcze się pod nią kryje? Jest tam jakaś twarz? Cokolwiek? Czy tylko ta zielona mgła, półprzezroczyście przesłaniająca mi życie?
- Nie martw się, ludzie z depresją tak mają - mówię sama do siebie i układam się spać. Czasem marzę o scenariuszu rodem z Intruza, by ktoś zabrał mi świadomość i lepiej przeżył moje życie.
Niby o to walczyłam. Niby o to zabiegałam. Ale kiedy przyszło co do czego, kiedy mecz się skończył, gdy już wiedziałam, że zdarłam sobie znów trochę gardła, błagając by moi chłopcy dali z siebie jeszcze więcej, żeby wygrali ten pojedynek... niby remis. Niby szczęście. A cały czas tam gdzieś na samym końcu mnie, gdzie pajęczyny oplotły zakamarki umysłu, tworząc napis "Nie wchodzić, grozi zawaleniem" - właśnie tam jest ten cholerny smutek.
Snuję się sama w swojej głowie i próbuję odepchnąć od siebie jaskrawozieloną mgłę, rodem z powieści Lewisa, która pożera mi całą radość życia, a tym samym próbuję reagować na durne żarty Komara.
- Ej, Tofi, a wiesz, że ona jest teraz CZŁONKIEM? - pyta po raz setny odwołując się do swojej chorej, zboczonej wyobraźni, za którą w sumie nawet trochę go lubię.
- Komar, mógłbyś się już w końcu zamknąć, wszyscy Ci za to podziękują - odkrzykuję z lekką irytacją w głosie. No, bo ile można?
Wsiadam w samochód - chwała Bogu - jednak sama i znikam szybko spod hali, pędzę do domu, zanim ktoś zdąży mnie dogonić...
A i tak dogania. Żeby było śmieszniej ta osoba, o której staram się nie myśleć, nie zaczepiać, nie odzywać się, odpuścić. Towar zdjęty z półki jest towarem zakazanym...
Mryga do mnie światłami, jak mijamy się na rondzie i pędzi do domu. Błogosławię, w tym rejonie nietrudno o policję, a na liczniku nie mniej jak 90km/h...
Docieram do domu i jest mi coraz gorzej. Wiem, że wszyscy już śpią, więc zrzucam maskę zadowolenia i skupienia. Czy coś jeszcze się pod nią kryje? Jest tam jakaś twarz? Cokolwiek? Czy tylko ta zielona mgła, półprzezroczyście przesłaniająca mi życie?
- Nie martw się, ludzie z depresją tak mają - mówię sama do siebie i układam się spać. Czasem marzę o scenariuszu rodem z Intruza, by ktoś zabrał mi świadomość i lepiej przeżył moje życie.
wtorek, 20 września 2016
Liść
Widziałam jak spadłeś
Zmarszczony, pożółkły...
Widziałam, jak umierałeś.
A nikt nie wyraził smutku...
Nikt też nie składał kondolencji
Bo i po co? Taka kolej rzeczy,
że tylko my - ludzkie istnienia
chcemy uciekać od zapomnienia...
Widziałam jak wcześniej
świeżozielony
w życie wszedłeś
Ale nikt nie gratulował
Więc gdy odszedłeś
W tragedii swojej - niezauważony...
Zmarszczony, pożółkły...
Widziałam, jak umierałeś.
A nikt nie wyraził smutku...
Nikt też nie składał kondolencji
Bo i po co? Taka kolej rzeczy,
że tylko my - ludzkie istnienia
chcemy uciekać od zapomnienia...
Widziałam jak wcześniej
świeżozielony
w życie wszedłeś
Ale nikt nie gratulował
Więc gdy odszedłeś
W tragedii swojej - niezauważony...
niedziela, 4 września 2016
Ja już...
Ja już nic nie chcę
nie chcę i nie potrzebuję
w rozpaczy znów się kręcę
i marzeń już nie snuję...
Ja już nic nie mam
Nawet nie mam imienia
Siebie brakować mi zaczyna
Innych nie potrzebuję do spełnienia...
Ja już nic nie potrzebuję
tylko sama być o ile być
by jasno się utwierdzić
że nie trzeba mi żyć...
Ja już nie istnieję
zniszczyło mnie wszystko
co kiedyś drogie mi było
we łzach jestestwo moje
wyraźnie się... rozmyło...
nie chcę i nie potrzebuję
w rozpaczy znów się kręcę
i marzeń już nie snuję...
Ja już nic nie mam
Nawet nie mam imienia
Siebie brakować mi zaczyna
Innych nie potrzebuję do spełnienia...
Ja już nic nie potrzebuję
tylko sama być o ile być
by jasno się utwierdzić
że nie trzeba mi żyć...
Ja już nie istnieję
zniszczyło mnie wszystko
co kiedyś drogie mi było
we łzach jestestwo moje
wyraźnie się... rozmyło...
czwartek, 11 sierpnia 2016
FanFic: Lily...
Do czytania polecam: https://www.youtube.com/watch?v=q9MZUeeg2Ug
Właśnie tak zawsze wyobrażałam sobie ten moment...
_________
Był chłodny, wilgotny, listopadowy wieczór, a nad Doliną Godryka niedawno zaszło słońce. Tłum gapiów zgromadził się przed domem państwa Potterów by podziwiać dzieło zniszczenia. Dom z każdą chwilą rozpadał się coraz bardziej, choć główna kondygnacja schodów i dwie ściany piętra wciąż miały się nieźle, ukrywając ciała dwójki młodych czarodziejów.
Właśnie tak zawsze wyobrażałam sobie ten moment...
_________
Był chłodny, wilgotny, listopadowy wieczór, a nad Doliną Godryka niedawno zaszło słońce. Tłum gapiów zgromadził się przed domem państwa Potterów by podziwiać dzieło zniszczenia. Dom z każdą chwilą rozpadał się coraz bardziej, choć główna kondygnacja schodów i dwie ściany piętra wciąż miały się nieźle, ukrywając ciała dwójki młodych czarodziejów.
Severus Snape postarzał się w jednej chwili o 50 lat.
Aportował się tuż przy drzwiach domu, ukryty pod zaklęciem kameleona i stanął w
bezruchu, widząc ogrom zniszczenia, jakie dotknęło spokojne domostwo. Plecy
zgarbiły mu się w bezwarunkowym odruchu, ręce i wargi zaczęły drżeć, a z twarzy
odpłynął mu cały kolor, którego przecież i tak nie było nigdy w nadmiarze.
Rozchylone usta i rozszerzone ze strachu źrenice, dopełniały jedynie obraz
człowieka, który z wydobywającym się z płuc ostatnim tchnieniem tracił sens
życia.
- Nie… - wyrwało mu się z ostatkiem powietrza, którego nie
chciał już nigdy poczuć w swoim ciele. Z każdą sekundą rosło przerażenie, które
– gdyby ktoś mógł go zobaczyć – uznano by za irracjonalne. To przecież tylko w
części zawalony budynek. U nikogo nie mógł wywołać aż tak skrajnej reakcji, ale
on pragnął krzyczeć i zamilknąć na wieczność.
- To straszna strata, tacy młodzi ludzie – usłyszał głos
mugolskich gapiów, którzy pewnie uznali jego prywatną tragedię za zwykły wybuch
gazu, albo znaleźli jej inne, równie idiotyczne, mugolskie wytłumaczenie. A on?
Rozpadał się od środka, kawałek po kawałeczku, nie mogąc się ruszyć z miejsca,
nie panując nad ciałem, mimo że jeszcze gdzieś tliła się w nim nadzieja, że
pogłoski o śmierci Potterów staną się tylko żartem…
- Lily… - wyrwało mu się z piersi, gdy upadał na kolana,
które nie wytrzymywały już ciężaru wszechogarniającego go, duszącego żalu i
bólu, i poczucia winy po stracie, której miał doświadczyć w pełni, gdy weźmie
jej zimne, martwe ciało w ramiona, a której nie potrafił zapobiec.
Sam nie wiedział, jaki szał podniósł go z kolan i kazał
otworzyć zatrzaśnięte na klamkę drzwi frontowe, ani co pchało go po schodach w
górę, mimo że rozsądek kazał uciekać jak najdalej i sprawić by zapomniał. Ale jak miał zapomnieć to rozrywającego go od
środka uczucie? To wypełniające jego żyły palącym bólem serce, które z każdym
krokiem w jej stronę rozpadało się coraz bardziej? Jak miał o tym zapomnieć?
Jego świadomość ledwie zarejestrowała Jamesa, leżącego na
schodach z otwartymi oczyma, w których zastygł strach, pomieszany z
determinacją w chronieniu rodziny. Ale co mógł zrobić czarodziej bez różdżki w
starciu z samym Czarnym Panem?
Jak mogli być tacy głupi?! Nagle ogarnęła go odurzająca
wściekłość, która sprawiła, że w kącikach oczu zobaczył czarne i czerwone
plany. Był tak oszalały z palącej chęci wskrzeszenia tego człowieka, który
leżał u jego stóp, tylko po to, by powtórnie go zabić za jego beztroską
głupotę. Gdyby miał różdżkę, mógłby chociaż spróbować zawalczyć! Przecież był
takim wspaniałym czarodziejem, do cholery, może mógłby pokonać…
Ach, co on bredził. Wściekłość zniknęła równie szybko, jak
się pojawiła. Przecież nikt nie był w stanie pokonać Czarnego Pana. Gdyby tak
było, sam chętnie poświęciłby życie, by tylko zapobiec widokowi, który ujrzał,
wdrapawszy się na piętro budynku.
Drzwi do sypialni ich synka były uchylone. Gruz walał się po
podłodze, oświetlaną przez światło księżyca i gwiazd, wpuszczane do środka
przez potężną wyrwę w dwóch ścianach i dachu. To tu. To tu łupnęło zaklęcie.
Ale co je odbiło? Przecież to niemożliwe, by uchronić się przed Avada…
W tym momencie jego wzrok padł na nieruchomy kształt, w
której rozpoznał ciało ukochanej kobiety. Wszystko stanęło w miejscu. Czas i
przestrzeń przestały istnieć. Wszystko, co składało się na jestestwo Severusa
Snape’a zamarło na jedno uderzenie serca, by po chwili wybuchnąć z pełną siłą
jadu, sączącego się boleśnie do jego krwioobiegu wraz ze świadomością, że ona
naprawdę odeszła…
sobota, 30 lipca 2016
***ile radości uśmiechu potrzeba...
ile radości uśmiechu potrzeba
by zabliźnić ranę po smutku
ile wytrwałości by sięgnąć szczęścia nieba
pomimo zachmurzenia
stoję pośród ciemnej masy
twarze się zlewają
niby łatwe są dziś czasy
ludzie smutne twarze mają
czasem tylko w tłumie błyśnie
radość u wariata
który nie zna innych smutku
i bez skrzydeł z dachu spada
świat objęty ramionami
znieczulicy strasznej
śmieje się gdy ktoś nieznany
z mostu w wodzie gaśnie
by zabliźnić ranę po smutku
ile wytrwałości by sięgnąć szczęścia nieba
pomimo zachmurzenia
stoję pośród ciemnej masy
twarze się zlewają
niby łatwe są dziś czasy
ludzie smutne twarze mają
czasem tylko w tłumie błyśnie
radość u wariata
który nie zna innych smutku
i bez skrzydeł z dachu spada
świat objęty ramionami
znieczulicy strasznej
śmieje się gdy ktoś nieznany
z mostu w wodzie gaśnie
niedziela, 24 lipca 2016
Błysk... świat
Zbudził mnie ciepły świt.
W oczy poraził blaskiem
i ślepa taka rozumiem w mig
że świat też jest blaskiem
Błyśnie, przeminie, niektórych oślepi.
Inni go prześpią. Niektórych wyrwie
ze sny sieci. A dla kolejnych
będzie ostatnim, co ich pokona...
I w tym krótkim błysku,
co z wielu mniejszych jest zbudowany,
za chwilę zgaśnie jasność człowieka.
Teraz, zaraz. Nim choćby mrugnie innym powieka...
A gdy już minie, ślad nie zostanie
Nie będzie płacy jęków czy krzyków.
W kosmosie zdarzeń nie zauważą
A świat jest przecież pełen indywidualistów...
W oczy poraził blaskiem
i ślepa taka rozumiem w mig
że świat też jest blaskiem
Błyśnie, przeminie, niektórych oślepi.
Inni go prześpią. Niektórych wyrwie
ze sny sieci. A dla kolejnych
będzie ostatnim, co ich pokona...
I w tym krótkim błysku,
co z wielu mniejszych jest zbudowany,
za chwilę zgaśnie jasność człowieka.
Teraz, zaraz. Nim choćby mrugnie innym powieka...
A gdy już minie, ślad nie zostanie
Nie będzie płacy jęków czy krzyków.
W kosmosie zdarzeń nie zauważą
A świat jest przecież pełen indywidualistów...
Subskrybuj:
Posty (Atom)