[muzyczka]
Pędem wpadam do mojej garderoby i zatrzaskuję za sobą drzwi. Zasuwka ze zgrzytem zapada się w sobie i już wiem, że w końcu złapię trochę spokoju. Szybko podchodzę do skrzynki, którą po tylu miesiącach w końcu odnalazłam, niemalże frunę w jej stronę, odczuwając w końcu upragniony spokój, poczucie bezpieczeństwa, którą daje mi jej zawartość. Bo kto powiedział, że do tego potrzebny jest drugi człowiek?
Patrzę z czułością na wyłaniające się stamtąd białe, czarne i szare maski, niesamowity twór, który jakiś czas temu - ile to ja miałam lat? Z 15? - jakiś czas temu stał się moją naturą. Gdy tylko jedna z nich dotyka mojej twarzy, ogarnia mnie ten błogi spokój, to poczucie, że nikt nie ma prawa zrobić mi krzywdy. Z prędkością światła przetwarzają strukturę mojej - kruchej i poplątanej - istoty, moja twarz lekko przenika się z ciepławym, nieludzkim materiałem, który wówczas ewoluuje... Właśnie. W co?
We mnie - ale taką mnie konkretną. Mogę być miła, odczuwając wstręt. Mogę uśmiechać się, gdy jest mi smutno, okazywać zrozumienie, choć sama nie mam pojęcia, o co chodzi. Do tego na tyle skutecznie, że ludzie o tym nie wiedzą, nie zauważają masek.
Maski to wynalazek, do którego każdy może i musi dojść sam - nie ma instrukcji obsługi, żadnych lekcji z budowy i technik użytkowania masek czy kursów i szkoleń. Nie ma nauczycieli ani tym bardziej uczniów. To dziewiczy teren. Ale gdy uda ci się je skutecznie oswoić, to staną się twoim atutem i bronią przed światem - tym okrutnym, męczącym i destabilizującym światem. Ale z czasem zgubisz własną twarz. Sam oceniaj, czy to dobrze, czy źle. Ja jej już nie pamiętam. A maski zmieniam z wprawą zawodowca.
Przyklękam przed starym kufrem z drewna. Zdobienia jeszcze lśnią od lekko przetartego już lakieru. Jakiś miesiąc temu, może 2(?) - starłam kurz z wieka. Zaczynam powoli przeglądać zawartość. Wąska stróżka światła pada przez zbitą szybę okna. Wraz z nią do pomieszczenia wpada chłodnawy podmuch zimy, ale lubię to uczucie gęsiej skórki, jakie wywołuje jego liźnięcie na mojej skórze. Swoją drogą, gdzie ten śnieg... Myśli często uciekają mi przy tej czynności do czegoś innego. Czasem są banalne, jak marzenia o białym, lekkim puchu, pokrywającym ziemię, a czasem biegną do jakiegoś problemu, który muszę przeanalizować i rozwiązać. Albo chociaż pomóc rozwiązać. Im starsza jestem, tym dochodzę do wniosku, że czasem to nie o rozwiązanie chodzi, ale o obecność i zrozumienie. I chociaż nóż sam się w kieszeni otwiera na to, co z dziećmi wyprawiają dorośli, to możesz tylko stać murem przy takim piętnastolatku i pokazywać, że nie jest sam.
Nawet nie zauważam, gdy lśniąca i wypucowana wredotka trafia z powrotem do swojej szkatułki. Następnie czas na obojętność i złość, a później w moich dłoniach - lekko zeschniętych i z popękaną skórą od detergentu - lądują też dobrotliwość, empatia czy współczucie. Wszystkie odkładam do odpowiednich pudełek. UGH. Sporo kurzu nazbierało się pod brzegami niektórych masek, których używałam tylko na początku, gdy tak dobrze nie rozumiałam ich przeznaczenia. Są tam najczęściej hybrydki. Obojętność z radością, nieobejmującą oczu, która to pozwalała mi ukrywać lepiej niż wszystkie długie rękawy jeszcze krwawiące rany, od przeciągniętej po skórze żyletki. Uśmiech ze smutkiem, mająca podobny efekt, ale chowająca raczej te psychiczne zarysowania. Ból z euforią. To najciekawsza hybrydka w mojej kolekcji. Prawie prawdziwa. Ból był kiedyś dla mnie substytutem przyjemności.
Akurat kończę wycierać niezbyt upaskudzone zaskoczenie, gdy do drzwi rozlega się cichutki stukot. Wiem, kto jest po drugiej stronie. Mój wodzony magnes na ludzi z problemami mocno się uaktywnił, gdy zaczęłam pracować w szkole, a jego wyczuwałam już, gdy postawił pierwszy krok w moim małym teatrze. Och, nie, nie widziałam go na widowni. Wiem, że go tam nie było. Raczej warto by szukać go za sceną, gotowego wejść na środek i prowadzić filozoficzne dyskusje, ukrywając tym samym swoją wrażliwą duszyczkę, noszoną w ukryciu na ramieniu. Zakładam zaskoczenie na twarz i czekam przez sekundę czy dwie, aż pukanie rozlegnie się jeszcze raz.
Gdy się nie rozlega przez tę chwilę, otwieram drzwi. Widzę, jak w ostatniej chwili chłopiec cofa nogę znad krawędzi schodów i ogląda się przez ramię. Na twarzy rozciąga mu się uśmiech. Chyba nawet szczerze mnie lubi, nie tylko szuka pomocy. Oczy jednak pozostają przygaszone, wiem, czego to oznaka. W ostatniej chwili zauważam, jak fragment maski wtapia się gdzieś w brodę chłopaka.
- Och, to Ty? - pytam w zgodzie ze swoją maską, która jednak troszeczkę się buntuje, bo moja istota potrzebowała by tu raczej uśmiechu i profesjonalizmu. - Wejdź - mówię zamiast tego, odsuwając się na krok i pozwalając, by gość zerknął do mojej małej garderoby na poddaszu i zdecydował, czy na pewno to miejsce dla niego. Coś w środku go przekonuje, bo powoli przekracza próg poddasza. Widzę, jak chłonie każdy element mojego małego królestwa. w międzyczasie zdążam zmienić maskę na zainteresowanie, a w rękawie czuję współczucie, którego sam zainteresowany pewnie nie chciałby u mnie zobaczyć. Ale jest naturalną reakcją i trudno byłoby mi się bez niego obyć. Wiem, co za chwilę usłyszę.
- Ojej. Więc nie wydawało mi się. Pani też gra w maski.
Czuję jak serce zatrzymuje mi się na ułamek sekundy i po chwili wznawia rytm. Nigdy nie skupiałam się na ukrywaniu masek, bo nie było mi to do niczego potrzebne. Teraz jestem naprawę zaskoczona, choć oczywiście zainteresowanie nie daje tego po mnie poznać.
- Jakoś specjalnie ich nie ukrywam, Myszko - mówię i zdobywam tym kolejny punkt w chyba nieskończonej skali zaufania. Proponuję coś do picia i siadamy - on na kanapie, ja na krześle przy biureczku z lustrem. Zerkam na sekundę na swoje własne spojrzenie i upewniam się, że nie widać tego, czego nie powinien zobaczyć. Nie chcę, by interesował się moją przeszłością, nie mam ochoty pokazywać mu, że bardzo się nim przejmuję. Chcę zachować pozory profesjonalizmu, by nie czuł się przytłoczony.
Gadamy o pierdołach. Tylko między zdaniami przemyca mi jakąś informację o sobie, która wniosłaby coś do sprawy. Widzę, że ma problem z wytrzymywaniem ciszy - musi cały czas mówić, co jest zapewne oznaką niepewności i strachu przed nią, przed tym, co brak dźwięków, może w nim wykazać. Oczywiście maska półuśmiechu nie schodzi mi z twarzy, chociaż nie umie objąć nią oczu. Wiem, że to wciąż początki zabawy w teatr w tym przypadku. I sama nie wiem, czy powinnam pozwolić mu się rozwinąć, czy raczej interweniować, by maski go nie pochłonęły.
Bo maski gubią Twoją twarz. Sam zdecyduj czy to dobrze, czy źle. A później daj im się żywić swoją nadwrażliwością na świat lub odrzuć nadwrażliwość i walcz o swoje w inny sposób.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdwojenie jaźni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdwojenie jaźni. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 29 grudnia 2019
niedziela, 16 grudnia 2018
Odsłona XXVI
Już wiem, miłość drogę zna... Chryste, ale bzdura.
Pociągam łyk z brązowawej butelki i śmieję się sama z siebie. Siedzę pośrodku sceny mojego teatru, lekko wstawiona... no okej, całkiem pijana i co Wam do tego? i oglądam te wszystkie super miłosne bajeczki z wytwórni Disneya.
Dawno nie miałam takiego doła. Koleżanka Depresja siedzi sobie w kącie widowni i z nieskrywaną radością szczerzy się do mnie, unosząc kieliszek z czerwonym winem w uroczystym toaście. Mam ochotę czymś w nią rzucić.
Wygoniłam większość, reszta albo nie wie, albo dopiero czeka w kolejce do wykopania z mojego życia. Nie mam siły, siedzę i śmieję się wsparta na ramieniu, które mnie boli i wiem, że długo tak nie wytrzymam i za chwilę wyląduję twarzą na drewnianych, przeżartych przez korniki deskach podłogi.
Chciałam ostatnio uwierzyć, że coś może z tego być. I nie mogę przestać o tym myśleć. A właściwie o opcjach z nim. Jasne, że tak naprawdę ich nie ma. Opcja była jedna i gdyby nie to, że jestem już zmęczona samotnością... to nawet bym nie wpadła na to, żeby rozważyć jego niemoralne propozycje. A chłopina ma talent. Miesza mi w głowie, jak profesjonalista, chociaż chciałabym wierzyć, że nie robi tego świadomie i specjalnie.
- To nie tak.
Jego głos rozlega się gdzieś przy wejściu i widzę, jak schyla się, by nie rąbnąć głową w futrynę. Jest wysoki. Nawet bardzo.
Chcę się zerwać na nogi, ale wiem, że to skończyłoby się tylko spektakularnym upadkiem, a wolałabym mimo wszystko, żeby nie miał o mnie złego zdania.
Nie wiem, co we mnie zobaczył. Jestem brzydka. Gruba. I tak cholernie specyficzna, że dziwna i niewarta uwagi. Wiem to od bardzo dawna. Świat postarał się, żebym nigdy o tym nie zapomniała.
Siedzę więc na miejscu i obserwuję jak się zbliża. Siada na pięć może sześć kroków przede mną, krzyżuje nogi i patrzy na mnie niby to ukradkiem. A ja sama nie wiem, co widzę w jego oczach.
Nigdy nie miałam takiego problemu. Zawsze rozszyfrowywałam ludzi szybko, a jeśli zajmowało mi to więcej niż kilka tygodni, to znaczyło, że mają problemy i trzeba tylko do nich dotrzeć, pokazać, że jest się wartym zaufania. Tak jak było ze Staszkiem.
A tu? Nic. Nie wiem, co mam o nim sądzić. Nie wiem, czy coś w ogóle w nim widzę. Czy to pustka? Czy to tajemnica? Czy to radość? Czy to krzywda?
- To wszystko nie tak.
Parskam śmiechem. Jestem pijana, nie muszę się kontrolować całe życie.
- A jak?
Odwraca wzrok. Nie wiem, dlaczego. Ze wstydu? Żeby ukryć, co tak naprawdę sobą reprezentuje? A może z innego powodu?
- Nie wiem.
Prycham i wstaję. Depresja podnosi się ze swojego kąta i depcze mi po piętach, suka jedna.
- Jak się dowiesz, to wiesz, gdzie mnie szukać.
- Ale Ruda!
Odchodzę w odmęty kulis. Tam jest chyba jakaś sofka. Prześpię się i jutro wstanę z mocnym postanowieniem dania sobie spokoju. Muszę.
Za mną wlecze się kot. Wiem, czyj jest i nareszcie dowiedziałam się jak ma na imię. Mości się u moich stóp, gdy kładę się na sofce. Szloch przerywa ciszę. A później zapada ciemność pełna pewności, że powinnam coś zrobić, ale i tej, że nic z tego nie będzie.
Pociągam łyk z brązowawej butelki i śmieję się sama z siebie. Siedzę pośrodku sceny mojego teatru, lekko wstawiona... no okej, całkiem pijana i co Wam do tego? i oglądam te wszystkie super miłosne bajeczki z wytwórni Disneya.
Dawno nie miałam takiego doła. Koleżanka Depresja siedzi sobie w kącie widowni i z nieskrywaną radością szczerzy się do mnie, unosząc kieliszek z czerwonym winem w uroczystym toaście. Mam ochotę czymś w nią rzucić.
Wygoniłam większość, reszta albo nie wie, albo dopiero czeka w kolejce do wykopania z mojego życia. Nie mam siły, siedzę i śmieję się wsparta na ramieniu, które mnie boli i wiem, że długo tak nie wytrzymam i za chwilę wyląduję twarzą na drewnianych, przeżartych przez korniki deskach podłogi.
Chciałam ostatnio uwierzyć, że coś może z tego być. I nie mogę przestać o tym myśleć. A właściwie o opcjach z nim. Jasne, że tak naprawdę ich nie ma. Opcja była jedna i gdyby nie to, że jestem już zmęczona samotnością... to nawet bym nie wpadła na to, żeby rozważyć jego niemoralne propozycje. A chłopina ma talent. Miesza mi w głowie, jak profesjonalista, chociaż chciałabym wierzyć, że nie robi tego świadomie i specjalnie.
- To nie tak.
Jego głos rozlega się gdzieś przy wejściu i widzę, jak schyla się, by nie rąbnąć głową w futrynę. Jest wysoki. Nawet bardzo.
Chcę się zerwać na nogi, ale wiem, że to skończyłoby się tylko spektakularnym upadkiem, a wolałabym mimo wszystko, żeby nie miał o mnie złego zdania.
Nie wiem, co we mnie zobaczył. Jestem brzydka. Gruba. I tak cholernie specyficzna, że dziwna i niewarta uwagi. Wiem to od bardzo dawna. Świat postarał się, żebym nigdy o tym nie zapomniała.
Siedzę więc na miejscu i obserwuję jak się zbliża. Siada na pięć może sześć kroków przede mną, krzyżuje nogi i patrzy na mnie niby to ukradkiem. A ja sama nie wiem, co widzę w jego oczach.
Nigdy nie miałam takiego problemu. Zawsze rozszyfrowywałam ludzi szybko, a jeśli zajmowało mi to więcej niż kilka tygodni, to znaczyło, że mają problemy i trzeba tylko do nich dotrzeć, pokazać, że jest się wartym zaufania. Tak jak było ze Staszkiem.
A tu? Nic. Nie wiem, co mam o nim sądzić. Nie wiem, czy coś w ogóle w nim widzę. Czy to pustka? Czy to tajemnica? Czy to radość? Czy to krzywda?
- To wszystko nie tak.
Parskam śmiechem. Jestem pijana, nie muszę się kontrolować całe życie.
- A jak?
Odwraca wzrok. Nie wiem, dlaczego. Ze wstydu? Żeby ukryć, co tak naprawdę sobą reprezentuje? A może z innego powodu?
- Nie wiem.
Prycham i wstaję. Depresja podnosi się ze swojego kąta i depcze mi po piętach, suka jedna.
- Jak się dowiesz, to wiesz, gdzie mnie szukać.
- Ale Ruda!
Odchodzę w odmęty kulis. Tam jest chyba jakaś sofka. Prześpię się i jutro wstanę z mocnym postanowieniem dania sobie spokoju. Muszę.
Za mną wlecze się kot. Wiem, czyj jest i nareszcie dowiedziałam się jak ma na imię. Mości się u moich stóp, gdy kładę się na sofce. Szloch przerywa ciszę. A później zapada ciemność pełna pewności, że powinnam coś zrobić, ale i tej, że nic z tego nie będzie.
środa, 15 sierpnia 2018
Odsłona XXV
Wbiegam, dysząc ciężko, po schodach mojego teatru. Znowu wygląda jak coś, co kiedyś przypominało piękny neogotycki budynek, ale zaniebali go właściciele i teraz odpadło mu trochę tynku, a farba zszarzała i wykruszyła się w wielu miejscach. Jestem pewna, że z tyłu znowu rozprzestrzenił się ten bezczelny bluszcz. Jestem zła na siebie. Wiem, że to moja wina, że tak długo mnie tu nie było. A potrzebowałam tego oczyszczenia, mojego prywatnego katharsis, tej ucieczki i oddechu.
Nie sądziłam, że miłość może być destrukcyjna na polu twórczym. Chociaż, tak, zgryźliwy czytelniku, obserwatorze. Trudno moją bazgraninę i występy cyrko-kabaretowe uznać za twórczość. Ale lubię tak o nich myśleć.
Wpadam do pomieszczenia kontrolnego i zapalam wszystkie światła, kaszląc jednocześnie od kurzu. Ugh, czy ja przestałam płacić dozorcy?
Odpalam komputer i szukam jakiejś przyzwoitej piosenki. Sama nie wiem, co się ze mną działo. Ot, blokada. Kiedy tylko patrzyłam w stronę teatru, miałam ochotę wymiotować i unikałam go jak ognia.
Z ulgą witam załączającą się klimatyzację i biegnę po schodach, by dotrzeć do starej garderoby. Zaraz wpadnę w moje maski i będę mogła z ulgą powitać złośnicę, wredotę, szczęściarę i wiele, wiele innych. Muszę odpocząć od mojej zmęczonej twarzy.
Miłość - właśnie ona zadziałała na mnie tak okrutnie. Przestałam umieć wyrażać siebie, coś mi gdzieś umnęło. Może uznałam to za nieporządane. A może tylko zagrzebałam maski razem z uczuciem odrzucenia i po prostu pozwoliłam, żeby mniej mnie bolało.
Wpadam do garderoby i od razu rzucam się w kierunku stołu.
Ale ten jest pusty.
Zatrzymuję się z wytrzeszczonymi oczami.
Gdzie są moje maski?
W pomieszczeniu rozlega się sapnięcie i rzucam się w stronę starej komody. A później szafy. A później przeszukuję całe pomieszczenie.
Nie! One są mi potrzebne! Zwłaszcza teraz...
Za tydzień i dwa dni mam swój wielki występ. Nie mogę na nim pokazać tej zmęczonej życiem twarzy. Nie mogę pozwolić, by zobaczył smutek.
Muszę je znaleźć.
Wiecie, gdzie mogę z powrotem nauczyć się przywdziewać maski?
Pukanie przerywa mi rozgorączkowane szukanie. - Wlazł! - krzyczę i rzucam się w stertę szmatek, które wkładałam raz w życiu i nie pozwalałam, żeby więcej ujrzały światło dzienne. Może tam.
- Co robisz?
Staję jak wryta. Czyżby...
Ale nie, to nie on. To dwójka nowych. Jeden patrzy na mnie wygłodniałym wrokiem, drugi jest smutny. Oni też chyba zgubili swoje maski.
Wzruszam ramionami.
- Nic takiego. Kto Was tu wpuścił?
Wyższy uśmiecha się drapieżnie i podchodzi bliżej niż bym chciała. Wiem, czego ode mnie chce i powstrzymuje się tylko dlatego, że ten drugi patrzy.
- Masz dla mnie prywatny występ? - pyta wprost do mojego ucha, ale ze śmiechem odpycham go i wyganiam dwójkę na zewnątrz. Gdybym miała wybierać, to nie ten miałby szansę na prywatne przedstawienia.
Na drzwiach teatru wywieszam karteczkę "Uwaga, prace remontowe. Wstęp wzbroniony".
Idę do domu. Tam poszukam. Tam jeszcze muszę je mieć. Boję się jechać bez nich do Lubina.
A co jeśli nie?...
Nie sądziłam, że miłość może być destrukcyjna na polu twórczym. Chociaż, tak, zgryźliwy czytelniku, obserwatorze. Trudno moją bazgraninę i występy cyrko-kabaretowe uznać za twórczość. Ale lubię tak o nich myśleć.
Wpadam do pomieszczenia kontrolnego i zapalam wszystkie światła, kaszląc jednocześnie od kurzu. Ugh, czy ja przestałam płacić dozorcy?
Odpalam komputer i szukam jakiejś przyzwoitej piosenki. Sama nie wiem, co się ze mną działo. Ot, blokada. Kiedy tylko patrzyłam w stronę teatru, miałam ochotę wymiotować i unikałam go jak ognia.
Z ulgą witam załączającą się klimatyzację i biegnę po schodach, by dotrzeć do starej garderoby. Zaraz wpadnę w moje maski i będę mogła z ulgą powitać złośnicę, wredotę, szczęściarę i wiele, wiele innych. Muszę odpocząć od mojej zmęczonej twarzy.
Miłość - właśnie ona zadziałała na mnie tak okrutnie. Przestałam umieć wyrażać siebie, coś mi gdzieś umnęło. Może uznałam to za nieporządane. A może tylko zagrzebałam maski razem z uczuciem odrzucenia i po prostu pozwoliłam, żeby mniej mnie bolało.
Wpadam do garderoby i od razu rzucam się w kierunku stołu.
Ale ten jest pusty.
Zatrzymuję się z wytrzeszczonymi oczami.
Gdzie są moje maski?
W pomieszczeniu rozlega się sapnięcie i rzucam się w stronę starej komody. A później szafy. A później przeszukuję całe pomieszczenie.
Nie! One są mi potrzebne! Zwłaszcza teraz...
Za tydzień i dwa dni mam swój wielki występ. Nie mogę na nim pokazać tej zmęczonej życiem twarzy. Nie mogę pozwolić, by zobaczył smutek.
Muszę je znaleźć.
Wiecie, gdzie mogę z powrotem nauczyć się przywdziewać maski?
Pukanie przerywa mi rozgorączkowane szukanie. - Wlazł! - krzyczę i rzucam się w stertę szmatek, które wkładałam raz w życiu i nie pozwalałam, żeby więcej ujrzały światło dzienne. Może tam.
- Co robisz?
Staję jak wryta. Czyżby...
Ale nie, to nie on. To dwójka nowych. Jeden patrzy na mnie wygłodniałym wrokiem, drugi jest smutny. Oni też chyba zgubili swoje maski.
Wzruszam ramionami.
- Nic takiego. Kto Was tu wpuścił?
Wyższy uśmiecha się drapieżnie i podchodzi bliżej niż bym chciała. Wiem, czego ode mnie chce i powstrzymuje się tylko dlatego, że ten drugi patrzy.
- Masz dla mnie prywatny występ? - pyta wprost do mojego ucha, ale ze śmiechem odpycham go i wyganiam dwójkę na zewnątrz. Gdybym miała wybierać, to nie ten miałby szansę na prywatne przedstawienia.
Na drzwiach teatru wywieszam karteczkę "Uwaga, prace remontowe. Wstęp wzbroniony".
Idę do domu. Tam poszukam. Tam jeszcze muszę je mieć. Boję się jechać bez nich do Lubina.
A co jeśli nie?...
Etykiety:
ból,
danse macabre,
depresja,
metafora,
o sobie samej,
o życiu,
pamiętnik,
Proza,
proza poetycka,
rozdwojenie jaźni,
samotność,
smutek,
strach,
uzależnienie,
walka o siebie,
zwyczajność
środa, 29 listopada 2017
One-shot: Marzyłem o lataniu
Marzyłem o lataniu
Wiatr
uderzał we mnie raz po raz, gdy spoglądałem w przerażającą twarz przepaści, wykrzywioną
szumem fal obijających się z krzykiem o zęby skał. Czułem strach. Strach, który
mógłby mnie sparaliżować, a nawet przeciwko mnie siłą odciągnąć mnie od krawędzi,
gdyby tylko chciał. Mógłby. Sam mógłbym uciec. Albo skoczyć. I to ta druga myśl
targała moim sercem z dużo większą zawziętością.
Czułem
na sobie dotyk. Lekki, jakby puchowy, ledwo muskający moje ramiona czy ręce,
ale z drugiej strony dający pewność. Silny. Bezpieczny. Wiatr czułem także tam,
jak przesuwa się i rozczochruje poszczególne włókna, włókienka i włosowatości
tego, co ponownie wyrosło mi przed chwilą z nagich pleców. Stałem na wpół obnażony
i niepewny, czy jeszcze wciąż miałem prawo myśleć o sobie z rozróżnieniem płci.
Stworzenia, takie jak ja, nie mają płci. Jesteśmy tymi stworzeniami. Tym. Rzeczą
bez duszy i bez wolnej woli. Dlaczego więc wahałem się, czy skoczyć?
Drżałem.
Skóra poddawała się uderzeniom chłodu, oczy mrużyły się bez wiedzy woli pod
wpływem powietrza i słońca, wyglądającego na mnie przezeń granatowych, ciężkich
chmur, zamykających stopniowo niebo w swoim upierzonym, ale twardym, ciężkim,
ale delikatnym, gwałtownym, ale uporządkowanym grobie. Strach próbował schwycić
mnie za obnażone gardło gdy wyciągnąłem ręce przed siebie, czując, że chwila
skoku zbliża się nieuchronnie. Żołądek lodowaciał z jednej strony w oczekiwaniu
na dawno zapomniane uczucie, a z drugiej strony wrzał pod wpływem wizji upadku
na skały, o które z coraz większą wściekłością rozbijały się zagniewane bałwany.
Słońce
było pochłaniane z każdą chwilą – wiązane sznurami w kratach burzowych
atrybutów. Gdzieś pod horyzontem zalśniła czerwienią groźby błyskawica, znajdując
ujście na powierzchni wody, w którą uderzyła gniewnie, wzburzając już i tak
niespokojny ocean.
Wiedziałem,
że to już ostatnia chwila na podjęcie decyzji, decyzji o powrocie. To nigdy nie
powinno być decyzją. Powinienem po prostu skorzystać z jakże łaskawej
wspaniałomyślności, jaka dawała mi możliwość powrotu. Chciałem go. Chciałem
znów poczuć na sobie wzrok Boga, otulającego moje ramiona otuchą i boską, doskonałą
miłością.
A mimo
to wahałem się.
Zawahanie
mogło kosztować mnie wszystko. Jeśli bym teraz nie wystartował, burza mogła
mnie odciąć, a wtedy już nigdy nie dane by mi było wrócić do Ojca mojego i Pana.
Zawahanie mogło kosztować mnie wszystko.
Zrobiłem
krok.
Pod stopą
zabrakło mi ziemi, jakby ta przekazywała mi, że nie jestem tu mile widziany, że
ziemia już mnie nie chce i nie potrzebuje gościć. Jakbym już – a może dopiero? –
wykorzystał swoje dni, swoje lata, swoje dekady. I jakby nadszedł czas wrócić
do swoich.
I już
miałem runąć w przestrzeń powietrza, między wodę a niebo. Czułem, jak coś mnie
tam woła z obietnicą zbawienia. Cała moja istota pragnęła właśnie tego. Cała!
Czemu się oszukuję? Serce
zareagowało szybciej niż rozum i przeznaczenie.
-
Zaczekaj!
Marzyłem
o powrocie do Nieba. Do Boga. Do służby i nieświadomości, jaką dawała mi rezygnacja
z wolnej woli. Marzyłem o tym, by nie czuć i nie musieć dłużej myśleć o jej
lnianych włosach.
Marzyłem
by uciszyć serce i duszę oddać znowu walce ze złem i cierpieniem. Marzyłem by
przestać cierpieć.
Marzyłem
o lataniu.
Lecz na
ziemi trzymało mnie coś więcej niż niegościnna potrzeba posiadania twardego
gruntu pod stopami.
Boska miłość jest doskonała. Nie zna
wyjątków czy poświęceń.
Ludzka
miłość jest inna. Zazdrosna. Krucha. Gwałtowna i egoistyczna, jak wszyscy
ludzie na ziemi. Ale przez to wyjątkowa i niepowtarzalna. Bardziej pociągająca.
Niebieskie
oczy zwróciłem ku niebu, niemo błagając o przebaczenie. I grunt usunął się spod
mych stóp, gdy w uniesieniu rzuciłem się w ramiona Anieli.
A pióra
powoli znikały pomiędzy wzburzonymi falami.
piątek, 9 czerwca 2017
Odsłona XXIV
[muzyka]
Ludzie to tchórze. Sama też jestem tchórzem. Okropnym. Naprawdę. Chowam się za maskami i nie chcę by ktoś zobaczył moją prawdziwą twarz. Odgrywam teatr. Zawsze i przed każdym. A kiedy pojawi się ktoś, komu zechcę zaufać, sama już nie wiem, która odłożona na wieszak maska, jest moją prawdziwą twarzą. A gdy przez przypadek na nią wpadnę, osoba, która na chwilę pojawiła się w moim życiu i skradła mi serce swoją szczerością i wytrzymywaniem mojego trudnego charakteru, albo dawno zniknęła, albo właśnie znika.
Po raz kolejny ze łzami w oczach przemierzam dobrze znaną i znienawidzoną przeze mnie drogę, którą ostatnio często uczęszczam, choć nie niesie to z sobą żadnego artystycznego efektu. Ledwo dostrzegam mijane drzewa, które dla moich oczu są teraz tylko rozmazaną plamą zieleni i brązu. Ledwo dostrzegam śpiewające w krzakach ptaki, nawołujące swoich partnerów, by wrócili albo odnaleźli ich niczym para kochanków przed zmierzchem, który przyniesie tylko ciszę, chłód i ból rozdartych serduszek. Są dla mnie niezrozumiałą kakofonią, krzykiem, hałasem... I nie chcę słyszeć ich czerwonych treli.
Z uwagą omijam dziury w ulicy i na chodnikach. Boję się skręcenia kostki albo jeszcze gorszej kontuzji. Wtedy pracodawca może nie być zadowolony, a przecież pracuję od niedawna. Gdzieś w pamięci odzywa się zapach świeżo mielonej kawy.
Czasem zastanawiam się, czy nie prościej byłoby powiedzieć wszystko wprost. Nie tańczyć, nie śpiewać, nie udawać. Ale wprost, od serca, najprościej jak umiem. Tylko że ja już chyba nie umiem mówić prosto.
Podciągam się na niski murek, który przeszkadza mi tylko w dotarciu do teatru. Zbudował go smutek i żal, który wywołałam u siebie tym, że nawet już nie potrafię zatańczyć konkretnego układu. Od 38 dni wegetuję. Robię tylko to, czego ode mnie oczekują. I nic więcej. Nic poza tym.
To był piątek. Wtedy po raz ostatni trzymałam w ramionach chłopca o płowych łanach włosów i niebieskich oczach, w których potęga morza i bezchmurnego nieba połączyła się 24 lata temu. 3 dni przed dniem dziecka, przed jego urodzinami. Biegnę. Opieram się na jakimś kamieniu i wyskakuję w górę, po czym twardo ląduję na ugiętych nogach. Dyszę. Brakuje mi powietrza, bo coś ściska mnie w piersi. Dławię łzy. To był piątek. I w piątek kawałek mojego serca oderwał się i odleciał za nim, gdy powiedziałam: "Wiesz, że będę za Tobą tęsknić".
Teraz czasem się odzywa. Na moją wyraźną prośbę. Ale nie jestem pewna, czy to dobrze. Niewielkie chwile euforii jego wiadomością, okupione są godzinami, w których w głowie mam tylko jego imię.
Mocno popycham drewniane drzwi, których rzeźbienia ostatnio jakby zmalały. Jakby przestano o nie dbać. Cały teatr oddaje to, co dzieje się w moim środku. A i tak nikt nie widzi. Winogrona oklapły, tak jak moje włosy. Okna straciły połysk jak moje oczy. Wszystko wyblakło, jak moje wnętrze. I czasem tynk się sypie, nawet gwałtownie, gdy brakuje mi sił, by się uśmiechać.
Wbiegam do garderoby. Jestem zła. Wściekła, chociaż cały czas powtarzam sobie "Zamknij się. Zamknij się! ZAMKNIJ SIĘ!". To jednak jest we mnie. Potwór rozdzierający mi klatkę piersiową i krzyczący Niesprawiedliwość!, podczas gdy ja nie mogę nic z tym zrobić. To bestia, niebieska i włochata, rozdziera mi wewnętrzne organy wielkimi zębiskami, wbija kły i szpony w moje serce.
Przecież ja nie chcę się kłócić. Robię wszystko, żeby nikt nie mógł się przyczepić. Naprawdę. Spełniam wszystkie oczekiwania i wymagania. Odpuściłam sobie dążenie do własnego szczęścia. Naprawdę. I już nie wiem, czy płakać, czy całkiem zamknąć się na uczucia. Pewnie przy drugiej opcji byłoby łatwiej. Nie mogę zdecydować się na maskę.
Po raz kolejny siadam z nogami przewieszonymi przez scenę i wbijam zęby we własną rękę. Tak jest najłatwiej. Fizyczność zabija ryczącą bestię. Ból ją obłaskawia. Przestałam się już przed nim bronić. Teatr jest zamknięty. Publiczności nie ma. Jest cicho i pusto. Nawet pająki się pochowały, a mysz spod lewej kolumny cichnie i przestaje chrobotać.
Coraz częściej myślę, że chyba jednak miałam rację, gdy wbijałam sobie ostrze w nadgarstki i żałować, że chwyciłam nie to narzędzie, co trzeba. Przecież jestem niepotrzebna...
- Znowu tu przylazłaś użalać się nad sobą? Ja sobie tego nie życzę! - krzyczy ktoś nad moją głową.
Wiem. Życzysz sobie mieć tylko osobę do pochwalenia się przed znajomymi i wypełniania poleceń.
- Przecież nie jestem ci potrzebna, to po co tu przychodzisz? - mówi bestia, zanim zdążę ją okiełznać. Szybko wstaję i wychodzę, chociaż wiem, że pójdzie za mną i dalej będzie prowadzić swoją tyrradę. Znam ją w końcu 23 lata.
Chcę krzyczeć, podczas gdy tylko siedzę i stukam palcami w klawiaturę.
Ludzie to tchórze. Sama też jestem tchórzem. Okropnym. Naprawdę. Chowam się za maskami i nie chcę by ktoś zobaczył moją prawdziwą twarz. Odgrywam teatr. Zawsze i przed każdym. A kiedy pojawi się ktoś, komu zechcę zaufać, sama już nie wiem, która odłożona na wieszak maska, jest moją prawdziwą twarzą. A gdy przez przypadek na nią wpadnę, osoba, która na chwilę pojawiła się w moim życiu i skradła mi serce swoją szczerością i wytrzymywaniem mojego trudnego charakteru, albo dawno zniknęła, albo właśnie znika.
Po raz kolejny ze łzami w oczach przemierzam dobrze znaną i znienawidzoną przeze mnie drogę, którą ostatnio często uczęszczam, choć nie niesie to z sobą żadnego artystycznego efektu. Ledwo dostrzegam mijane drzewa, które dla moich oczu są teraz tylko rozmazaną plamą zieleni i brązu. Ledwo dostrzegam śpiewające w krzakach ptaki, nawołujące swoich partnerów, by wrócili albo odnaleźli ich niczym para kochanków przed zmierzchem, który przyniesie tylko ciszę, chłód i ból rozdartych serduszek. Są dla mnie niezrozumiałą kakofonią, krzykiem, hałasem... I nie chcę słyszeć ich czerwonych treli.
Z uwagą omijam dziury w ulicy i na chodnikach. Boję się skręcenia kostki albo jeszcze gorszej kontuzji. Wtedy pracodawca może nie być zadowolony, a przecież pracuję od niedawna. Gdzieś w pamięci odzywa się zapach świeżo mielonej kawy.
Czasem zastanawiam się, czy nie prościej byłoby powiedzieć wszystko wprost. Nie tańczyć, nie śpiewać, nie udawać. Ale wprost, od serca, najprościej jak umiem. Tylko że ja już chyba nie umiem mówić prosto.
Podciągam się na niski murek, który przeszkadza mi tylko w dotarciu do teatru. Zbudował go smutek i żal, który wywołałam u siebie tym, że nawet już nie potrafię zatańczyć konkretnego układu. Od 38 dni wegetuję. Robię tylko to, czego ode mnie oczekują. I nic więcej. Nic poza tym.
To był piątek. Wtedy po raz ostatni trzymałam w ramionach chłopca o płowych łanach włosów i niebieskich oczach, w których potęga morza i bezchmurnego nieba połączyła się 24 lata temu. 3 dni przed dniem dziecka, przed jego urodzinami. Biegnę. Opieram się na jakimś kamieniu i wyskakuję w górę, po czym twardo ląduję na ugiętych nogach. Dyszę. Brakuje mi powietrza, bo coś ściska mnie w piersi. Dławię łzy. To był piątek. I w piątek kawałek mojego serca oderwał się i odleciał za nim, gdy powiedziałam: "Wiesz, że będę za Tobą tęsknić".
Teraz czasem się odzywa. Na moją wyraźną prośbę. Ale nie jestem pewna, czy to dobrze. Niewielkie chwile euforii jego wiadomością, okupione są godzinami, w których w głowie mam tylko jego imię.
Mocno popycham drewniane drzwi, których rzeźbienia ostatnio jakby zmalały. Jakby przestano o nie dbać. Cały teatr oddaje to, co dzieje się w moim środku. A i tak nikt nie widzi. Winogrona oklapły, tak jak moje włosy. Okna straciły połysk jak moje oczy. Wszystko wyblakło, jak moje wnętrze. I czasem tynk się sypie, nawet gwałtownie, gdy brakuje mi sił, by się uśmiechać.
Wbiegam do garderoby. Jestem zła. Wściekła, chociaż cały czas powtarzam sobie "Zamknij się. Zamknij się! ZAMKNIJ SIĘ!". To jednak jest we mnie. Potwór rozdzierający mi klatkę piersiową i krzyczący Niesprawiedliwość!, podczas gdy ja nie mogę nic z tym zrobić. To bestia, niebieska i włochata, rozdziera mi wewnętrzne organy wielkimi zębiskami, wbija kły i szpony w moje serce.
Przecież ja nie chcę się kłócić. Robię wszystko, żeby nikt nie mógł się przyczepić. Naprawdę. Spełniam wszystkie oczekiwania i wymagania. Odpuściłam sobie dążenie do własnego szczęścia. Naprawdę. I już nie wiem, czy płakać, czy całkiem zamknąć się na uczucia. Pewnie przy drugiej opcji byłoby łatwiej. Nie mogę zdecydować się na maskę.
Po raz kolejny siadam z nogami przewieszonymi przez scenę i wbijam zęby we własną rękę. Tak jest najłatwiej. Fizyczność zabija ryczącą bestię. Ból ją obłaskawia. Przestałam się już przed nim bronić. Teatr jest zamknięty. Publiczności nie ma. Jest cicho i pusto. Nawet pająki się pochowały, a mysz spod lewej kolumny cichnie i przestaje chrobotać.
Coraz częściej myślę, że chyba jednak miałam rację, gdy wbijałam sobie ostrze w nadgarstki i żałować, że chwyciłam nie to narzędzie, co trzeba. Przecież jestem niepotrzebna...
- Znowu tu przylazłaś użalać się nad sobą? Ja sobie tego nie życzę! - krzyczy ktoś nad moją głową.
Wiem. Życzysz sobie mieć tylko osobę do pochwalenia się przed znajomymi i wypełniania poleceń.
- Przecież nie jestem ci potrzebna, to po co tu przychodzisz? - mówi bestia, zanim zdążę ją okiełznać. Szybko wstaję i wychodzę, chociaż wiem, że pójdzie za mną i dalej będzie prowadzić swoją tyrradę. Znam ją w końcu 23 lata.
Chcę krzyczeć, podczas gdy tylko siedzę i stukam palcami w klawiaturę.
poniedziałek, 18 lipca 2016
Czyżbyś znał...
Czyżbyś znał moje dzieciństwo?
Czyżbyś wiedział, ile krzywd wycierpiałam?
Czyżbyś znał te wszystkie rany?
Czyżbyś miał tak samo?
Ludzie mówią, że ze mną źle,
że potrzebuję pomocy,
ale nie chcę jej przyjąć...
Zanim mnie osądzisz...
Zanim uznasz mnie za straconą...
Czy widziałeś moje dzieciństwo?
Czyżbyś wiedział czym są blizny na mojej osobie?
Noszę je jak tatuaże,
Noszę je jak nagrodę,
I mimo to potrafię kochać...
Ludzie mówią, że ze mną źle...
Pozwól mi teraz latać,
bo dzieciństwo oberwało mi skrzydła.
_______________
Inspiracja: https://www.youtube.com/watch?v=6HDQFX0h9RM
Czyżbyś wiedział, ile krzywd wycierpiałam?
Czyżbyś znał te wszystkie rany?
Czyżbyś miał tak samo?
Ludzie mówią, że ze mną źle,
że potrzebuję pomocy,
ale nie chcę jej przyjąć...
Zanim mnie osądzisz...
Zanim uznasz mnie za straconą...
Czy widziałeś moje dzieciństwo?
Czyżbyś wiedział czym są blizny na mojej osobie?
Noszę je jak tatuaże,
Noszę je jak nagrodę,
I mimo to potrafię kochać...
Ludzie mówią, że ze mną źle...
Pozwól mi teraz latać,
bo dzieciństwo oberwało mi skrzydła.
_______________
Inspiracja: https://www.youtube.com/watch?v=6HDQFX0h9RM
sobota, 23 kwietnia 2016
Odsłona XVIII
Czasem zastanawiam się, czy od poprzedniego życia - od tego bólu, od strachu, od braku poczucia bezpieczeństwa - kiedyś da się uciec. Niby głównego agresora nie ma, alkoholu mniej, dom inny, bezpieczne osiedle... Ale tam za zamkniętymi drzwiami... dzieje się. Niby jest dobrze, niby niczego nie brakuje. Ale są dni, w których ktoś sięga po więcej alko, cholera wie, z jakiego powodu. I robi się problemy...
Wchodzę do teatru. Zakładam maskę. Tańczę uśmiechy. Tańczę radość. Choć od środka dusza od głodu przymiera.
Jak to tak?
Jak to tak...?
Wchodzę do teatru. Zakładam maskę. Tańczę uśmiechy. Tańczę radość. Choć od środka dusza od głodu przymiera.
Jak to tak?
Jak to tak...?
poniedziałek, 3 sierpnia 2015
Odsłona XVI
{muzyka}
Spadałam.
Długo, już naprawdę długo zimny wiatr smagał mi twarz i rozwiewał włosy, a ja spadałam w ciemność i nie wiedziałam, jak to powstrzymać, jak się obudzić.
Wiedziałam, że to sen. Musiał nim być. Nie ma na świecie przecież takiego dołu, w który mogłabym spadać godzinami. Spadałam po prostu sama w siebie. Chciałam już uderzyć o świadomość i dać się roztrzaskać. Nie miałam siły by walczyć.
I nagle...
głęboki wdech.
Żyjesz, ty idiotko. A życie to nie wybór tego, co dobre. Tylko mniejszego zła.
Podniosłam się z łóżka i podeszłam do szafki, na końcu której zostawiłam w szkatułce klucz. Był stary, nadgryziony zębem czasu. Gdyby nie to, że srebrny, pewnie zżarłaby go już dawno rdza. Dmuchnęłam w pudełko, by zetrzeć z wieczka pokaźną warstwę kurzu. Już dawno nie byłaś w swoim małym teatrze...
Nie można mieć ciastka i zjeść ciastka. A ja wybrałam zjeść.Już 20 lat głodowałam, czemu tym razem również miałam je zostawić?
Tylko, że Twoje ciastko nie chciało dać się zjeść.
Wyjęłam ostrożnie klucz, szybko wciągnęłam na stopy stare trampki i pobiegłam. Przed siebie. Szybko, zdecydowanie, aż dotarłam do tej ulicy, do tego skrzyżowania i do tej lampy, która niegdyś oświetlała wejście do mojego teatru. Wbiegłam do środka, do starego budynku, który już dawno powinien był się rozpaść, ale na szczęście tylko kurz był jedyną pamiątką po 9 miesiącach, które spędziłam szczęśliwie, w końcu nie sama. Maski wisiały tam, gdzie jest zostawiłam, spragnione mojej obecności, przyklejenia się do mojej twarzy, pokarmu, którym były ukrywane pod nimi łzy.
Przybyło mi od tego czasu kilka blizn. Dwie na nadgarstkach, dwie na kostkach i całe mnóstwo na duszy. I teraz to miało się skończyć. Miałam skończyć kolejny rozdział w życiu dziecka z Zamku na Piaskowej Skale... Mimo że wcale nie byłam pewna, czy to dobra droga.
Niech ktoś uleczy mnie z mojego bólu. On chyba nie umie...
_____________________
Polecam: Holes in the Sky
Spadałam.
Długo, już naprawdę długo zimny wiatr smagał mi twarz i rozwiewał włosy, a ja spadałam w ciemność i nie wiedziałam, jak to powstrzymać, jak się obudzić.
Wiedziałam, że to sen. Musiał nim być. Nie ma na świecie przecież takiego dołu, w który mogłabym spadać godzinami. Spadałam po prostu sama w siebie. Chciałam już uderzyć o świadomość i dać się roztrzaskać. Nie miałam siły by walczyć.
I nagle...
głęboki wdech.
Żyjesz, ty idiotko. A życie to nie wybór tego, co dobre. Tylko mniejszego zła.
Podniosłam się z łóżka i podeszłam do szafki, na końcu której zostawiłam w szkatułce klucz. Był stary, nadgryziony zębem czasu. Gdyby nie to, że srebrny, pewnie zżarłaby go już dawno rdza. Dmuchnęłam w pudełko, by zetrzeć z wieczka pokaźną warstwę kurzu. Już dawno nie byłaś w swoim małym teatrze...
Nie można mieć ciastka i zjeść ciastka. A ja wybrałam zjeść.Już 20 lat głodowałam, czemu tym razem również miałam je zostawić?
Tylko, że Twoje ciastko nie chciało dać się zjeść.
Wyjęłam ostrożnie klucz, szybko wciągnęłam na stopy stare trampki i pobiegłam. Przed siebie. Szybko, zdecydowanie, aż dotarłam do tej ulicy, do tego skrzyżowania i do tej lampy, która niegdyś oświetlała wejście do mojego teatru. Wbiegłam do środka, do starego budynku, który już dawno powinien był się rozpaść, ale na szczęście tylko kurz był jedyną pamiątką po 9 miesiącach, które spędziłam szczęśliwie, w końcu nie sama. Maski wisiały tam, gdzie jest zostawiłam, spragnione mojej obecności, przyklejenia się do mojej twarzy, pokarmu, którym były ukrywane pod nimi łzy.
Przybyło mi od tego czasu kilka blizn. Dwie na nadgarstkach, dwie na kostkach i całe mnóstwo na duszy. I teraz to miało się skończyć. Miałam skończyć kolejny rozdział w życiu dziecka z Zamku na Piaskowej Skale... Mimo że wcale nie byłam pewna, czy to dobra droga.
Niech ktoś uleczy mnie z mojego bólu. On chyba nie umie...
_____________________
Polecam: Holes in the Sky
sobota, 11 lipca 2015
Liść jesienią
Dreszcze z uśmiechu przechodzą
we łzy, co pod brodą się rodzą
siedzieć samemu - to bieda
Ciebie do bólu - nie trzeba...
Jestem schowana za łzami
Zgubiona ze swymi świętościami,
które przestały być aktualne
gdy uczucia nie są już rozpoznawalne...
Ja czuję jedno - i nie to wcale
co Ty - o tym samym - ja się nie
chwalę, ale to Ty każesz wyciągnąć mi
wnioski... a później mi ich zazdrościsz
Może i jestem okrutnym w swoim
osądzie stworzeniem. Może po prostu samotna
jak osamotniony liść na wierzbie jesienią...
we łzy, co pod brodą się rodzą
siedzieć samemu - to bieda
Ciebie do bólu - nie trzeba...
Jestem schowana za łzami
Zgubiona ze swymi świętościami,
które przestały być aktualne
gdy uczucia nie są już rozpoznawalne...
Ja czuję jedno - i nie to wcale
co Ty - o tym samym - ja się nie
chwalę, ale to Ty każesz wyciągnąć mi
wnioski... a później mi ich zazdrościsz
Może i jestem okrutnym w swoim
osądzie stworzeniem. Może po prostu samotna
jak osamotniony liść na wierzbie jesienią...
piątek, 3 kwietnia 2015
Kwietniowe kwiaty
Przyszedł kwiecień - przyszły chmury
śniegu trochę, szarej lury
Smutno...
Przyszedł kwiecień - wiatr i grad
Marznie w zimnie każdy kwiat
Smutno...
Przyszedł kwiecień - przyszły śniegi
Serce krwawi, miłość pieli
Łaknąc...
Przyszedł kwiecień - pełno chłodu
Skoro więdnie pół ogrodu
Zostaw może lepiej samą
Łaknąc(ą)...
Przyszedł kwiecień - już kwietniowe
kwiaty padły pod naporem oskarżenia
Tkwię znów w stanie zawieszenia
Z duszy cieniem z nad ramienia
Spadającą...
Powoli i w ciszy usycham...
Umieram...
śniegu trochę, szarej lury
Smutno...
Przyszedł kwiecień - wiatr i grad
Marznie w zimnie każdy kwiat
Smutno...
Przyszedł kwiecień - przyszły śniegi
Serce krwawi, miłość pieli
Łaknąc...
Przyszedł kwiecień - pełno chłodu
Skoro więdnie pół ogrodu
Zostaw może lepiej samą
Łaknąc(ą)...
Przyszedł kwiecień - już kwietniowe
kwiaty padły pod naporem oskarżenia
Tkwię znów w stanie zawieszenia
Z duszy cieniem z nad ramienia
Spadającą...
Powoli i w ciszy usycham...
Umieram...
wtorek, 24 lutego 2015
Blizny po piórze
Straciłam pióro
Pierwsze - gdy się urodziłam
Na plecach jednak
inne pozostały
Straciłam pióro
Gdy za pierwszym razem
Wolałam uciec od świata
w wyobraźnię. Cóż...
Straciłam pióro
bo chciałam marzyć
i żyć szczęśliwym
powietrzem oddychając. Lecz
Straciłam pióro
będąc wariatem
marzycielem, by perspektywę
dla siebie znaleźć.
Straciłam skrzydło
przy stracie dzieciństwa
Gdy ręka silna
na twarzy lądowała
Straciłam drugie
gdy - pełna nadziei -
pierwszy raz się
zakochiwałam
Wyrwane skrzydła
krwią zbroczyły plecy
ale wciąż żyłam
w nadziei na lepsze. Lecz...
Niedługo będzie
że stracę siebie
że w końcu odpoczynek
zbędzie życie.
I zamknę oczy
powieki ospałe
I oddam blizny
przeszłości łaskawej
Straciłam skrzydła
Być może podcięli
mi je niechętni
mojej osobie
Straciłam skrzydła
A teraz wśród mąk
Jestem jak demon
Niech dzieje się krzywda.
Pierwsze - gdy się urodziłam
Na plecach jednak
inne pozostały
Straciłam pióro
Gdy za pierwszym razem
Wolałam uciec od świata
w wyobraźnię. Cóż...
Straciłam pióro
bo chciałam marzyć
i żyć szczęśliwym
powietrzem oddychając. Lecz
Straciłam pióro
będąc wariatem
marzycielem, by perspektywę
dla siebie znaleźć.
Straciłam skrzydło
przy stracie dzieciństwa
Gdy ręka silna
na twarzy lądowała
Straciłam drugie
gdy - pełna nadziei -
pierwszy raz się
zakochiwałam
Wyrwane skrzydła
krwią zbroczyły plecy
ale wciąż żyłam
w nadziei na lepsze. Lecz...
Niedługo będzie
że stracę siebie
że w końcu odpoczynek
zbędzie życie.
I zamknę oczy
powieki ospałe
I oddam blizny
przeszłości łaskawej
Straciłam skrzydła
Być może podcięli
mi je niechętni
mojej osobie
Straciłam skrzydła
A teraz wśród mąk
Jestem jak demon
Niech dzieje się krzywda.
sobota, 22 listopada 2014
Niewysłuchana
{muzyka}
Wstrzymuję oddech
Niewysłuchana.
Dławione słowa
przetrawiam sama...
Zapadam się w głąb
uderzeń serca... a
może wcale
nie mam znów serca?
Może ponownie
stoję tu sama,
może znów jestem
nierozumiana?
A może w końcu
powinnam dostrzec,
że moja wina
jest niczym ostrze...?
Że w chwilach takich,
w tych załamania,
odtrącam wszystkich
od oddychania
moim powietrzem?
W koło, kółko, kółeczko
sama znów się kręcę...
Wstrzymuję oddech
Niewysłuchana.
Dławione słowa
przetrawiam sama...
Zapadam się w głąb
uderzeń serca... a
może wcale
nie mam znów serca?
Może ponownie
stoję tu sama,
może znów jestem
nierozumiana?
A może w końcu
powinnam dostrzec,
że moja wina
jest niczym ostrze...?
Że w chwilach takich,
w tych załamania,
odtrącam wszystkich
od oddychania
moim powietrzem?
W koło, kółko, kółeczko
sama znów się kręcę...
sobota, 15 listopada 2014
Nad kubkiem herbaty
Czasem potrzebuję ciszy
Choć rzadko się to zdarza.
Ale w końcu w ciszy
Łatwiej kłamstwa swoje rozpoznawać,
Choć trudniej pokonać...
Idę więc jesienią
Liście, trawy żółkną
albo się czerwienią.
Ptaki śpiewów swoich
Dawno zaprzestały...
Tylko krucze pióra
Tylko śmiechy mew
W uszach zostały,
Duszy życie umilały...
Spokój nie nadchodzi całkiem
Ale... Bez problemów
Byłoby za łatwo.
Byłoby zbyt dobrze...
Choć rzadko się to zdarza.
Ale w końcu w ciszy
Łatwiej kłamstwa swoje rozpoznawać,
Choć trudniej pokonać...
Idę więc jesienią
Liście, trawy żółkną
albo się czerwienią.
Ptaki śpiewów swoich
Dawno zaprzestały...
Tylko krucze pióra
Tylko śmiechy mew
W uszach zostały,
Duszy życie umilały...
Spokój nie nadchodzi całkiem
Ale... Bez problemów
Byłoby za łatwo.
Byłoby zbyt dobrze...
piątek, 31 października 2014
Ma siły
{muzyka}
Jakbym nie chciała
Jakbym się nie starała
Cały czas we mnie jest to
od czego uciekać miałam
Czai się chytrze
Czeka na moment
Łapie w objęcia
Czeka aż spłonę
Roztrzaskuje kraty
szklane oczy zabiera
pesymistyczny wędrowiec
i demon cierpienia
odpierać optymizm ma siły
I nie chcę sięprzyznać
że, choć uszczęśliwiona,
jestem niebezpiecznie
krawędzi zbliżona
Jakbym nie chciała
Jakbym się nie starała
Cały czas we mnie jest to
od czego uciekać miałam
Czai się chytrze
Czeka na moment
Łapie w objęcia
Czeka aż spłonę
Roztrzaskuje kraty
szklane oczy zabiera
pesymistyczny wędrowiec
i demon cierpienia
odpierać optymizm ma siły
I nie chcę sięprzyznać
że, choć uszczęśliwiona,
jestem niebezpiecznie
krawędzi zbliżona
środa, 22 października 2014
Znowu się gubię...
zgubiłam się pośród uczuć
zaprzedałam duszę wątpliwościom
niepewność należy gorącą kuć
Moja wystygła w mnogości spojrzeń
ostrych
złapałam się na rozdwojonych
myślach z których maski podpowiadać
miały lecz - bezsprzecznie -
sprzecznością w głowie mi namieszały
mocno
z jednej strony - ja optymistka
ja pewna ja gorąca
z drugiej - ja pełna obaw
ja zimna jak lody Alaski -
pesymistka
dlaczego dlaczego nie umiem
po prostu żyć - w potrzasku siedzę
po co po cholerę
zadręczam się czymś w co nie
mam prawa wierzyć
złapałam się na braku oddechu
złapałam się na jego ciszy
złamałam swoją pewność
zatraciłam się, zniknęłam pod powierzchnią
ostatnich serca uderzeń
zaprzedałam duszę wątpliwościom
niepewność należy gorącą kuć
Moja wystygła w mnogości spojrzeń
ostrych
złapałam się na rozdwojonych
myślach z których maski podpowiadać
miały lecz - bezsprzecznie -
sprzecznością w głowie mi namieszały
mocno
z jednej strony - ja optymistka
ja pewna ja gorąca
z drugiej - ja pełna obaw
ja zimna jak lody Alaski -
pesymistka
dlaczego dlaczego nie umiem
po prostu żyć - w potrzasku siedzę
po co po cholerę
zadręczam się czymś w co nie
mam prawa wierzyć
złapałam się na braku oddechu
złapałam się na jego ciszy
złamałam swoją pewność
zatraciłam się, zniknęłam pod powierzchnią
ostatnich serca uderzeń
sobota, 23 sierpnia 2014
Pomóż mi...
{muzyka}
Złap mnie za rękę
bo stoję tu w ciemności
zagubiona, zaćpana w ilości
nieprzychylnych spojrzeń
Podaj mi ręce
złap mnie czym prędzej
bo ciemność jest wrogiem
przeraża w swej potędze
Ogarnia mnie łatwo
Na duszę się czai
podkłada mi kłody
Niepewność utrwalać może
Zabija.
Ciągnie
Mnie
W dół
Podaj mi ręce
w kółko znów się kręcę
uczucia w nadmiarze
depresję dają w darze...
Złap mnie za rękę
bo stoję tu w ciemności
zagubiona, zaćpana w ilości
nieprzychylnych spojrzeń
Podaj mi ręce
złap mnie czym prędzej
bo ciemność jest wrogiem
przeraża w swej potędze
Ogarnia mnie łatwo
Na duszę się czai
podkłada mi kłody
Niepewność utrwalać może
Zabija.
Ciągnie
Mnie
W dół
Podaj mi ręce
w kółko znów się kręcę
uczucia w nadmiarze
depresję dają w darze...
wtorek, 19 listopada 2013
Odsłona X
{music}
Siedzę na "nowej" scenie, chociaż starej. Mnóstwo aktorów pałęta się po niej, a gapie znów zapełniają salę, jakby oczekiwali przedstawienia. Stara scena, stare śmieci... Dla mnie wszystko jest nowe, ale ten teatr pokrywa warstewka roztocz i kurzu, a psik!
- Na zdrowie!
Chóralna odpowiedź. Tu wszystko jest chóralne. Nie ma prywatności, wszyscy o wszystkich wiedzą dokładnie wszystko.
Macham beztrosko nogami, próbując sobie przypomnieć... po jaką cholerę wybrałam miejsce tak dalekie od domu?!
Dyszę.
Poprzedni teatr był mniejszy, przytulny, bliższy mojemu serduszku. Znałam go jak własną, przedziurawioną kieszeń w czarnym płaszczu, który wisi teraz obok, wisi i wzdycha, patrząc na mnie z dezaprobatą. No tak, już nie wyróżnia się wśród morza innych płaszczy, jest taki sam, nieindywidualny.
Gdy wychodziłam na deszcz... cóż, 15 minut i byłam w mieszkaniu, wciąż sucha, choć przecież nie omijałam kropelek. A teraz?
Próba skończona, opustoszały budynek... Czasem w Gorzowie wychodziliśmy razem po sztuce czy próbie. Tu każdy biegnie w swoją stronę, nikt się nie zastanawia... zostaję sama, choć bardziej sama jestem wśród tłumu...
Łzy zbierają mi się w kącikach coraz to bardziej zielonych oczu.
- I po cholerę mi to było?!! - wrzeszczę na siebie, pewna nieobecności nikogo innego, wściekła jak osa, wściekła na własną głupotę.
- Przecież sama chciałaś - rozlega się szept tuż za moimi plecami. Jest słodki, nieśmiały i prawie już zapomniany.
Nie wiedziałam, że tu jesteś. Sądziłam, że na zawsze zostałam bez Twojej cichej obecności. A Ty... po prostu pozwoliłeś, żebym poczuła się opuszczona...
- Ale już jestem - protestujesz, próbując złapać mnie za ramię. Tylko, że duchy i wspomnienia nie mogą mnie dotknąć. To nie ich świat, nie mogą mnie dopaść, gdy odcięłam się od nich na dobre.
- Nie wiedziałam, że umiesz czytać w myślach - parskam i wstaję. Chwytam za stalik*, płaszcz zarzucam lekko na ramiona i wychodzę - zagubiona pośród uczuć, pośród ludzi, pośród myśli... wychodzę - mając nadjeżdżający tramwaj w myślach.
___________
*dla niewtajemniczonych - Stalik - skrót od szalik Stali (klubu żużlowego z GW)
Siedzę na "nowej" scenie, chociaż starej. Mnóstwo aktorów pałęta się po niej, a gapie znów zapełniają salę, jakby oczekiwali przedstawienia. Stara scena, stare śmieci... Dla mnie wszystko jest nowe, ale ten teatr pokrywa warstewka roztocz i kurzu, a psik!
- Na zdrowie!
Chóralna odpowiedź. Tu wszystko jest chóralne. Nie ma prywatności, wszyscy o wszystkich wiedzą dokładnie wszystko.
Macham beztrosko nogami, próbując sobie przypomnieć... po jaką cholerę wybrałam miejsce tak dalekie od domu?!
Dyszę.
Poprzedni teatr był mniejszy, przytulny, bliższy mojemu serduszku. Znałam go jak własną, przedziurawioną kieszeń w czarnym płaszczu, który wisi teraz obok, wisi i wzdycha, patrząc na mnie z dezaprobatą. No tak, już nie wyróżnia się wśród morza innych płaszczy, jest taki sam, nieindywidualny.
Gdy wychodziłam na deszcz... cóż, 15 minut i byłam w mieszkaniu, wciąż sucha, choć przecież nie omijałam kropelek. A teraz?
Próba skończona, opustoszały budynek... Czasem w Gorzowie wychodziliśmy razem po sztuce czy próbie. Tu każdy biegnie w swoją stronę, nikt się nie zastanawia... zostaję sama, choć bardziej sama jestem wśród tłumu...
Łzy zbierają mi się w kącikach coraz to bardziej zielonych oczu.
- I po cholerę mi to było?!! - wrzeszczę na siebie, pewna nieobecności nikogo innego, wściekła jak osa, wściekła na własną głupotę.
- Przecież sama chciałaś - rozlega się szept tuż za moimi plecami. Jest słodki, nieśmiały i prawie już zapomniany.
Nie wiedziałam, że tu jesteś. Sądziłam, że na zawsze zostałam bez Twojej cichej obecności. A Ty... po prostu pozwoliłeś, żebym poczuła się opuszczona...
- Ale już jestem - protestujesz, próbując złapać mnie za ramię. Tylko, że duchy i wspomnienia nie mogą mnie dotknąć. To nie ich świat, nie mogą mnie dopaść, gdy odcięłam się od nich na dobre.
- Nie wiedziałam, że umiesz czytać w myślach - parskam i wstaję. Chwytam za stalik*, płaszcz zarzucam lekko na ramiona i wychodzę - zagubiona pośród uczuć, pośród ludzi, pośród myśli... wychodzę - mając nadjeżdżający tramwaj w myślach.
___________
*dla niewtajemniczonych - Stalik - skrót od szalik Stali (klubu żużlowego z GW)
sobota, 20 lipca 2013
Zbiory
[muzyka]
Rozanielony demon smutku
Stoi nad głową i szepce...
"Jesteś nic nie warty, głupku"
Z rozkoszą mówi: Nikt Cię nie chce...
Myśli złe podsyła
pełne goryczy, zmartwienia...
"Nikt Cię nie chce
Nic nie wartyś
Nikt Cię nie chce"
Kulę się pod siłą spojrzeń
co wbijają się we mnie jak noże
Palce zaciskam w udręce
Knykcie bielą się czym prędzej
Rozpaczy, odpuść!
Nie dziś twe zbiory mają się pokryć
ze żniwem ponurego kosiarza
Uciekam sprzed kosy
Znów ma być
bezpiecznie
Dosyć...
Rozanielony demon smutku
Stoi nad głową i szepce...
"Jesteś nic nie warty, głupku"
Z rozkoszą mówi: Nikt Cię nie chce...
Myśli złe podsyła
pełne goryczy, zmartwienia...
"Nikt Cię nie chce
Nic nie wartyś
Nikt Cię nie chce"
Kulę się pod siłą spojrzeń
co wbijają się we mnie jak noże
Palce zaciskam w udręce
Knykcie bielą się czym prędzej
Rozpaczy, odpuść!
Nie dziś twe zbiory mają się pokryć
ze żniwem ponurego kosiarza
Uciekam sprzed kosy
Znów ma być
bezpiecznie
Dosyć...
wtorek, 11 grudnia 2012
Odsłona VII
(music)
Na środku sceny siedzę samotnie. Włosy spływają mi falami na plecy i ramiona. Dźwiękowiec wziął sobie dzisiaj wolne. Światło też ustawiłam sobie sama. Ale to nic. Przecież dzisiaj tylko zwykła próba.
Mam na sobie ciemne spodnie i białą, lekką koszulkę, która zwisa z moich ramion. Ostatnio niewiele jem.
W rękach dzierżę gitarę - "Pan Gracjan" odwdzięcza się pięknym brzmieniem nowych strun za moją uwagę i ostrożność palców.
Myślę przez chwilę, próbując przypomnieć sobie, jak leciała TA piosenka, ale jedyne, co pamiętam, to układ funkcji, które już od dłuższego czasu zmieniam na gryfie.
Jestem sama. Wiem to i choć raz wcale mnie to nie przeraża. Samotność, cisza. Wcale nie są takie złe. Ot tak, po prostu nie są złe. Czy to nie dziwne?
Oprócz sceny, wszędzie jest ciemno. Jak na spektaklu. Drzwi pozamykałam, nie mam ochoty na to, by ktoś próbował przerwać mi i tak męczącą pracę.
Przymykam powieki i choć przez chwilę próbuję wykasować myśli. Nie umiem. Coś wciąż natarczywie się do nich pakuje. Szkoła, dom, szkoła, prawo jazdy, szkoła, wieczorek kolęd, kościół, szkoła. Czy nie zapomniałam o szkole? Nie? No cóż, jest zbyt istotna, żeby móc o niej zapomnieć.
Trzask z lewej przyciąga moją uwagę. Spoglądam w tamto miejsce, a zza rogu pojawia się niezwykle wysoka i bardzo chuda postać. Z początku myślę, że to znowu On. Że przyszedł mnie odwiedzić i jak kilka lat temu wypchnąć na scenę, kiedy wahałam się i chciałam uciec. Ale kiedy światło oświetla jego kręconą czuprynę wiem, że nie jest tym, kogo oczekiwałam. Dziwne, skoro On przychodził zawsze, gdy byłam sama. Teraz zaprzestał wizyt.
Ten tutaj, z czekoladowymi oczyma i nieco wypłowiałymi włosami podobnego koloru nigdy nie będzie nim, choć pozory mogłyby mylić. Choć jego spojrzenie jest tak samo przestraszone, kiedy powoli podchodzi do sceny. Choć ma łudząco podobny uśmiech, teraz ukryty.
Nawet smuci się w ten sam sposób!
- Mogę? - pytanie niepewnie, a ja wypuszczam ze świstem powietrze. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że je wstrzymywałam w tych moich astmatycznych płucach.
- Jasne - chrypię przez łzy, które nazbierały się w moich dziwacznych oczach, gdy próbowałam zdławić kaszel. Boli. - Widzę, że przyniosłeś gitarę - zauważam, próbując tym samym odwrócić jego uwagę od własnej chwili zawahania.
- No... tak - odpowiada i od razu widać, że się denerwuje. To też jest podobne do Niego. To jak cholerne deja vu.
- Hej, nie denerwuj się - mówię, łapiąc za ramię nowoprzybyłego i uśmiechając się pobłażliwie.
- Skąd wiesz, że się denerwuję?
Wzruszam ramionami.
Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, nie umiem przestać zachowywać się jak przy Nim. Nauczyłam się Go kiedyś na pamięć, a teraz muszę się tego oduczyć. To jakbym brała kokainę przez pół życia z tym samym skutkiem i wzięła kolejny raz, a skutek byłby odwrotny. To nierealnie niemożliwe.
środa, 5 grudnia 2012
Upór?
[music]
Patrzę i... widzę,
choć pewnie wolałbyś
gdybym po prostu odpuściła.
Nie dotykam, a czuję,
jak bolesny rytm serce
Twe wyrzuca w przestrzeń...
Nie słucham i nie chcę...
Przekleństwem moim - ton
wciąż słyszeć.
Nie całuję, nie szepcę...
Obecnością łatam dziury,
Upartością omijam mury.
Patrzę i... widzę,
choć pewnie wolałbyś
gdybym po prostu odpuściła.
Nie dotykam, a czuję,
jak bolesny rytm serce
Twe wyrzuca w przestrzeń...
Nie słucham i nie chcę...
Przekleństwem moim - ton
wciąż słyszeć.
Nie całuję, nie szepcę...
Obecnością łatam dziury,
Upartością omijam mury.
Subskrybuj:
Posty (Atom)